Reklama

Reklama

Meblościanka, czyli co Kowalscy dla Kowalskich wymyślili

Przy okazji remontów to zwykle meblościanki pierwsze wylatują na śmietnik. Bo duże, bo brzydkie, bo nieustawne. Wielu z nas nie wie, że wraz z nimi, pozbywa się sporego kawałka historii. O tym kto, jak i dla kogo tworzył meble w PRL oraz o tym, jakie skarby można dziś znaleźć w śmietnikowych altankach opowiada Katarzyna Jasiołek, autorka książki „Asteroid i półkotapczan. O polskim wzornictwie powojennym” (wyd. Marginesy).

Aleksandra Suława, INTERIA: Meblościanka w domu była?

Katarzyna Jasiołek: - Była, ale pojawiła się dość późno, dopiero w latach 80. Jaki to był model? Nie mam pojęcia. Pamiętam za to, że na półkach stało gładkie szkło z Krosna i prosta, biała porcelana z Lubiany, a w kuchni, na ścianie, kobaltowy włocławski fajans.

U nas był segment Hejnał. Brzydki jak noc, ale z ładną historią: Ponoć tata oświadczył się mamie słowami: "Kochanie, zdobyłem talon na meble. Może się pobierzemy"?

 - W mojej rodzinie przebiegło to bardziej klasycznie: zapisy, zaliczki, kolejka, niewykluczone, że jakaś łapówka. Za to miejsce zakupu jest warte odnotowania: legendarna warszawska Emilia, jeden z najlepszych salonów meblowych w PRL.

Reklama

Twoi rodzice, moi rodzice i setki tysięcy innych rodziców w całej Polsce przez trzy dekady kupowało meblościanki. Bo niczego innego w sklepach nie było? Czy dlatego, że ten mebel naprawdę trafiał w ówczesne gusta?

 - Przede wszystkim trafiał w potrzeby. Za meblościanką stała odpowiedzialna misja: zmieścić całe życie na czterdziestu metrach kwadratowych? Bo kiedy człowiek już dostał przydział na mieszkanie, gdy już odebrał klucze, gdy pierwszy raz wszedł do nowego lokum, to nagle okazywało się, że nie ma czym tej wymarzonej przestrzeni umeblować. Proszę sobie wyobrazić frustrację właściciela dwupokojowego mieszkania, któremu do sypialni proponuje się np. dwa łóżka, dwie szafki nocne, sporą szafę, a do tego umeblowanie gabinetu, jadalni, kuchni i mebelki dla dziecka. A wszystko to paczy się, trzaska, zacina. Były i nowsze modele, lekkie, eleganckie, funkcjonalne, tyle, że bardzo drogie.

Słowo "parapetówka" w takiej scenerii nabiera głębszego sensu.

 - Kwestia umeblowania polskich mieszkań była wtedy sprawą wagi państwowej. Powoływano instytucje, takie jak Instytut Wzornictwa Przemysłowego, na wystawy architektury wnętrz ciągnęły tysiące odwiedzających, a ich przebieg relacjonowały ogólnopolskie gazety. Jakby cały kraj poszukiwał odpowiedzi na pytanie: jak poradzić sobie z ciasnotą. Pomysły były rozmaite: a to dzielące mieszkanie kurtyny z materiału, a to łączenie kuchni i salonu, a to ożywianie wnętrza kolorem, a to projektowanie rozmaitych sprzętów typu półkotapczan, czy nastawka-sekretarzyk.

- Najdalej poszedł chyba Stanisław Kucharski, który na Osiedlu Młodych w Warszawie postanowił w ogóle zrezygnować ze ścian i zastąpić je meblami. Według jego koncepcji, mieszkanie miało być podzielone na pomieszczenia za pomocą meblościanek z płyt pilśniowych. Pozwalało to na zaoszczędzenie 25 proc. powierzchni mieszkania, niwelowało problem tynkowania i malowania, a do tego nosiło znamiona luksusu takie jak np. wbudowany barek. Idea całkiem niezła, gdyby chodziło o mieszkanie singla lub pary, ale nie wyobrażam sobie życia z dziećmi w lokum, w którym na stałe wydzielona i zamknięta drzwiami jest tylko łazienka.

Ktoś miał szansę to przetestować?

- 27 rodzin z Osiedla Młodych. Czy im się podobało? Nie do końca wiadomo, ale nawet jeśli, to projekt i tak był skazany na porażkę. Do produkcji mebli Kucharskiego oddelegowano pięć fabryk, które nie potrafiły dogadać się między sobą i podzielić pracą. Problem jednak pozostał i pojawiały się kolejne rozwiązania. Ciekawą i praktyczną rzecz wymyśliła Halina Skibniewska na Sadach Żoliborskich - tam meble również miały wydzielać strefy w mieszkaniu, jednak nie zamiast, a obok ścian. Zaprojektowała też interesujące okna: z długą pionową belką pośrodku, tak by w razie potrzeby można było postawić w tym miejscu ściankę działową. Jednak jej idei również nie udało się wypromować na masową skalę. Sukces odniosła dopiero meblościanka Bogusławy i Czesława Kowalskich, zaprojektowana na Konkurs Małych Mieszkań w 1961 roku - małych, czyli złożonych z dwóch pokoi z kuchnią i przedpokojem. To miał być system totalny, meblujący mieszkanie od salonu, przez pokój dziecięcy, po kuchnię. Składały się na niego tzw. kasetony, czyli prostokątne półki,  które można było dowolnie zestawiać, pozostawiając ich wnętrza odsłonięte, albo zakryte drzwiczkami, wypełnione szufladami, czy też mechanizmami pozwalającymi na wysuwanie łóżek, kanap, stolików.

I Polska oszalała z zachwytu?

 - Tak od razu to nie wszystkim się spodobało. Bogusława Kowalska wspomina, że kiedy pojechała z tym zestawem na Targi Wzornictwa Przemysłowego do Poznania, inni projektanci pukali się w czoło i mówili, że to nie są meble. Żeby pokazać ludziom jak ten system działa, wypożyczyli dwójkę aktorów i synka sąsiadów, który pokazywał jak by się w takim mieszkaniu żyło przez cały dzień. I udało się, wygrali.

I to jest ten moment, gdy Polska szaleje z zachwytu?

 - A zaraz potem staje w kolejkach, bo czego by nie mówić o urodzie meblościanki, w trzewiach tego mebla można było upchnąć całe życie. A poza tym, kojarzyła się z nowoczesnością: słowem-kluczem tamtych czasów. W latach 60.-70. ludzie mieli w pogardzie antyki, na śmietniki leciały np. secesyjne żyrandole. Wszystko miało być kompaktowe, składane, funkcjonalne, pozbawione ozdób. To przecież wtedy z naszych mieszkań zniknęły stoły do jadalni, zastąpione ławami. Całe pokolenia hodowały sobie skoliozę jedząc obiady w fotelu, przechylone nad ławą - jamnikiem.

***Zobacz także***

Nowoczesność to raczej ogólnoświatowa, a nie typowo polska tendencja.

- Popularne twierdzenie, że polskie wzornictwo w PRL było odcięte od światowych trendów, jest nieprawdą. PRL nie mógł zamknąć się na kapitalizm z prostego powodu: władzom zależało na pozyskaniu dewiz. Większość projektów, które wówczas tworzono, była inspirowana Zachodem i z myślą o Zachodzie tworzona. To tam zachwycano się i kupowano m.in. meble Edmunda Homy, nasze szkło i ceramika jeździły m.in. do Kanady, Szwajcarii, Danii i RFN. Od lat 60. projektowaliśmy i produkowaliśmy dla Ikei, projekt fotela Romana Modzelewskiego zachwycił samego Le Corbusiera. Nawet meblościanka, wbrew obiegowej opinii, nie jest rdzennie polskim wynalazkiem - podobne rozwiązania można znaleźć np. w skandynawskich katalogach.

Skąd wiedzieliśmy co się podoba za żelazną kurtyną?

 - Okna na świat były dwa. Pierwsze to doskonale wyposażona w zagraniczne pisma i książki biblioteka Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Drugie zaś, to wyjazdy, na które zabierały dizajnerów Centrale Handlu Zagranicznego. Podczas takich wycieczek można było np. odwiedzić zagraniczną fabrykę, styczność z zachodnimi projektami nasi twórcy mieli także prezentując swoje wzory na międzynarodowych targach. Bywały i okna nieoczywiste: niebagatelny wpływ na polską ceramikę wywarła twórczość Picassa, który odwiedził Polskę w 1948 roku. Jeszcze dekadę po jego wizycie panowała moda na "pikasy", czyli geometryczne, nieoczywiste formy o agresywnych kolorach. Nie wszystko jednak dawało się przenieść na polski grunt, choćby ze względu na braki materiałowe: kiedy Zachód zachłystywał się tworzywami sztucznymi, my wytwarzaliśmy ich zaledwie kilogram na głowę mieszkańca rocznie, często gorszej jakości niż te zagraniczne. W tych czasach sklejka była  materiałem, który w meblarstwie zastępował tworzywa sztuczne.

Dla mnie odkryciem był igielit: materiał, którym zwykle pokrywa się skocznie narciarskie, w PRL był wykorzystywany do produkcji mebli.

 - W latach 50. i 60. tworzono z niego siedziska, kwietniki, gazetniki, szafeczki. Nie każdy jednak chciał siedzieć na metalowym potworku wyplatanym sznurkiem. A igielit to tylko jeden z wynalazków. Mieliśmy jeszcze unilam, melaminę i metal, z którego próbowano zrobić wszystko. Toeplitz swego czasu kpił, że "trudno dziś odróżnić sklep meblarski od sklepu z urządzeniami kanalizacyjnymi".

Niedobór sprzyjał kreatywności?

 - Lubię takie minimalistyczne idee, ale w przypadku projektantów z PRL, chyba się one nie sprawdziły. Oni nie dość, że zmagali się z niedoborami, to jeszcze nie darzono ich szacunkiem. W fabrykach byli traktowani jak szeregowi robotnicy, w katalogach nie drukowano ich nazwisk. Dobrą ilustracją ówczesnego podejścia do projektantów jest nagroda, jaką Kowalscy dostali za swoją przełomową meblościankę. Podarowano im nie pieniądze, nie wycieczkę, ale telefon. Po to, żeby można się było do nich dodzwonić z fabryki.

Mnie bardziej podoba się inna, opisana w "Asteroidzie i półkotapczanie", historia. Ta, w której artyści pytają handlowców, dlaczego podoba im się dany wzór na tkaninie, a w odpowiedzi słyszą, że wzór jest nieważny, bo wieś i tak wykupi każdą ilość materiału na worki na kartofle.

 - Śmieszne i smutne, bo taki los często spotykał prace wybitnych projektantów. Dziś często nawet nie wiemy, jak się nazywali. Po 89. roku, gdy likwidowano kolejne fabryki, dokumenty po prostu wyrzucano. I tak wiedza o artystach, którzy na Zachodzie byliby pewnie uznani za ikony dizajnu, wyleciała na śmietnik.

Powszechny wnętrzarski niedobór zaowocował czymś na kształt tego co np. Barbara Hoff robiła z modą w "Przekroju"? Jakimś wnętrzarskim "zrób to sam"?

 - Nie spotkałam się z niczym takim. Bogusława Kowalska mówiła kiedyś, że projektując wraz z mężem meblościankę liczyli na to, że ludzie będą ją personalizować tak, jak Francuzki personalizują modę, doszywają guziczki, tasiemki, kołnierzyki. Jednak nic takiego się nie stało. Może ludziom zabrakło inwencji? A może nie przeszkadzało im, że mieszkanie w którym żyją, wygląda tak samo, jak miliony innych?

Tu akurat można wytyczyć kontinuum od PRL do dziś. W Polsce dalej "tak jak u Nowaków" znaczy "dobrze".

 - Urządzanie przestrzeni wokół siebie to kwestia wyboru, a ludzie czasem wolą nie wybierać, żeby się nie pomylić. Lepiej mieć tak jak wszyscy: willę w polu buraków, przemalowane na biało meble i trawnik ze żwirkiem, niż narazić się na śmieszność.

***Zobacz także***

Jak już dotarłyśmy do współczesności: moda na meble z PRL może być reakcją na standaryzację?

- W pewnym stopniu tak. W otaczaniu się przedmiotami nietkniętymi ludzką ręką, jest coś niezgodnego z naturą. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość przedmiotów, zanim trafiła do czyjegoś domu, przechodziła przez kilka par dłoni. Nawet przedmioty produkowane seryjnie, były bardziej niż dziś unikatowe, bo serie tworzono o wiele krótsze. Sporą rolę w tej popularności dizajnu sprzed lat odgrywa też sentyment: wiele wzorów pamiętamy z domów dziadków. Szczególnie kubki, talerzyki, filiżanki, budzą emocje, bo pamiętamy, że np. babcia podawała nam w wakacje galaretkę w miseczce z serii Ptasie Radio. Posiadanie takich przedmiotów sprawia, że dom nabiera charakteru, staje się miejscem do mieszkania, a nie kopią sklepowej aranżacji. Poza tym, powojenny dizajn można też traktować jako lokatę kapitału: jeśli kupię przedmiot, za którym stoi znane, cenione nazwisko lub producent, to nawet gdy mi się taki przedmiot znudzi, sprzedam go za takie same lub większe pieniądze.

Ikona designu kupiona za grosze to już chyba przeszłość. Nauczyliśmy się, że to, co babcia trzyma na meblościance, lepiej dwa razy wygooglować, zanim się wyrzuci?

 - Ludzie, którzy od dawna interesują się designem z PRL mówią, że trzy lata temu wystarczyło godzinę pojeździć po Warszawie, żeby zapakować dostawczaka po dach, a teraz po całym dniu ma się jedno krzesło. Mnie też cały czas jeszcze zdarza się chodzić na wieczorne spacery trasą od śmietnika do śmietnika, ale szansa, że coś z takiej wyprawy przyniosę, jest nędzna. Wiele zależy od szczęścia, od okolicy i od determinacji. Gdybym w altance śmietnikowej wypatrzyła meble Spółdzielni Ład, to czekałabym cały dzień, aż ktoś otworzy wiatę. Kiedyś już tak stałam w deszczu pod altanką, polując na  stare, drewniane drzwi. Na szczęście szybko poszło.


To musiały być niezwykłe drzwi.

 - Idealne do domku na działce. Ludzie tacy jak ja, mają taką przypadłość, że gdy mijają śmietnik to od razu głowa im się wykręca, bo a nuż coś ciekawego z altanki wystaje. I czasem cuda się zdarzają: koleżanka znalazła granatowy wazon Asteroid w torbie pełnej obierek z ziemniaków, innym udaje się złowić picassowskie patery, albo całe serwisy wrzucone do kosza na szkło, meble za kilkaset złotych lub więcej.

Wyrzucamy przedmioty, "bo się znudziły", ale też, "bo przestały być przydatne": popielniczki  - bo nikt nie pali, gazetowniki - bo nikt nie czyta, serwisy na 12 osób -  bo nikt już nie zaprasza do domu na kawę, lepiej umówić się na mieście. Co taka zmiana oznacza dla projektowania?

- To, że ludzie już nie wezmą byle czego. Byle co, byle jakie, byle było, mogliśmy kupować po wojnie, kiedy każdy zaczynał od zera. Przez pokolenia obrośliśmy w rzeczy i jeśli teraz mamy wydać na coś pieniądze, to owe "coś" musi być wybitne. Piękne, zaspokajające potrzeby, wyjątkowe, najlepiej zrobione ręcznie i na tyle uniwersalne, by pasowało do naszego nowego przystanku w nomadycznym życiu. Rzeczy nam się przejadły i coraz częściej mają wartość tylko wtedy, gdy towarzyszą im emocje. 


Katarzyna Jasiołek  - absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Pisała o nowych technologiach do "Komputer Świata" i na potrzeby innych projektów RASP, a wcześniej także o mediach do "Pressu", o technologii od strony biznesowej. Obecnie regularnie pisze do tytułu branżowego "Szkło i Ceramika", pisuje katalogi, których tematyką jest design i wzornictwo. Prowadzi blog Heliotrop (heliotropvintage.pl) o wydarzeniach związanych z wzornictwem, architekturą, fotografią, modą, a także pod marką bloga - podcast, do którego zaprasza twórców, rzemieślników, kolekcjonerów i inne osoby związane z designem.

***Zobacz także***

***

#POMAGAMINTERIA

Inżynierowie wywodzący się z Politechniki Śląskiej prowadzą zrzutkę na bramy odkażające dla szpitali. Chcą postawić ich co najmniej dziesięć, uruchomili już działający prototyp. Możesz im pomóc i wesprzeć szpitale w walce z epidemią koronawirusa.

Sprawdź szczegóły >>

 W ramach akcji naszego portalu #POMAGAMINTERIA łączymy tych, którzy potrzebują pomocy z tymi, którzy mogą jej udzielić. Znasz inicjatywę, która potrzebuje wsparcia? Masz możliwość pomagać, a nie wiesz komu? Wejdź na pomagam.interia.pl i wprawiaj z nami dobro w ruch!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje