Reklama

Reklama

Mieszkanie, które zabijało. Nie była to klątwa, ale... fizyka

Historia mieszkania przy ulicy Marii Prymaczenko w Kramatorsku w Ukrainie przyprawia o dreszcze, niczym film grozy. Ktokolwiek tam zamieszkał, szybko podupadał na zdrowiu, a w końcu umierał. Nie był to wynik działania pradawnej klątwy czy złych duchów, ale - jak to często bywało w Związku Radzieckim - pośpiechu, niedopatrzenia i “tumiwisizmu".

  • Do jakiej dziedziny by nie sięgnąć, czy to polityki, badań wojskowych, podboju kosmosu, irygacji gruntów, a także budownictwa mieszkaniowego, historie z Rosji i Związku Radzieckiego niejednokrotnie przypominają groteskową anegdotę
  • I zapewne byłoby to tyleż straszne, co i śmieszne, gdyby nie pociągało zawsze za sobą niewinnych ofiar w ludziach. 
  • Kolejnym takim przykładem jest pewien blok mieszkalny wybudowany w latach 70. przy ulicy Gwardii Kantemirowskiej (współcześnie Marii Prymaczenko) w ukraińskim Kramatorsku. 

Mieszkanie, które zabija

Kramatorskie osiedla mieszkaniowe z wielkiej płyty budowano w pośpiechu, tak aby zdążyć z oddaniem budynków przed Igrzyskami Olimpijskimi, jakie miały odbyć się w Moskwie w 1980 roku. Wielki plan rozbudowy miast i miasteczek miał spełniać rolę propagandową i rozsławić gospodarkę ZSRR wśród zagranicznych turystów. Biorąc pod uwagę, że już 12 lat później była ona w zupełnej zapaści, a sam Sojuz nie istniał, cel chyba nie został zrealizowany. 

Reklama

Z pewnością jednak wielka inwestycja rozsławiła wśród mieszkańców donieckiego Kramatorska adres Gwardii Kantemirowskiej 7/85. W 1981 roku młoda dziewczyna, mieszkająca tam ze swoją rodziną, zapadła bardzo poważnie na zdrowiu. Mając lat zaledwie 18 zmarła na białaczkę.

Nie minął rok, a ta sama choroba zabrała też ze sobą jej matkę i 16-letniego brata. Pod naciskiem władz, lekarze orzekli genetyczną skłonność rodziny do tego rodzaju nowotworu. Administracja bloku szybko przydzieliła lokal nr 85 kolejnym mieszkańcom. 

W 1987 roku mieszkanie zabrało kolejne życie. Zmarł mały chłopiec. Diagnoza brzmiała znajomo: białaczka. Zrozpaczony ojciec, gdy poznał historię poprzednich lokatorów, postanowił, że nie pozwoli, by sprawa znów rozeszła się po kościach. Wpłynął na to niedawny wybuch reaktora w czarnobylskiej elektrowni, który podniósł społeczną świadomość, co do możliwych skutków promieniowania radioaktywnego. 

Władze miasta w końcu uległy pod naciskami i przeprowadzono oględziny mieszkania pod kątem radiologicznym. Jedna ze ścian okazała się radioaktywna. 

Zobacz również: Katastrofa kysztymska: ostrzeżenie przed Czarnobylem, które udało się ukryć

Zagubiony czujnik

W 1989 roku rozkuto część ściany w feralnym mieszkaniu i przewieziono ją do Instytutu Badań Jądrowych w Kijowie. Na miejscu, w betonie odkryto kapsułkę cezu-137 z miernika poziomu radioizotopów. Numer seryjny widoczny na zabójczym elemencie prowadził do kamieniołomu karańskiego — to właśnie tam wydobywano materiał budowlany przyszłych bloków. 

Dość szybko ustalono, że w latach 70. w czasie prac wydobywczych zagubiono jeden z radioaktywnych czujników, którymi badano zawartość radioizotopów w gruncie. Rozpoczęto poszukiwania, ale nie przyniosły one natychmiastowych rezultatów. Ponieważ zbliżała się Olimpiada, przestój w pracy nie mógł być dłuższy niż kilka dni.

Na sprawę machnięto więc ręką, ograniczając się do ostrzeżenia odbiorców w Moskwie, by sprawdzali kolejne partie budulca. Zagubiony czujnik trafił jednak w zupełnie inne miejsce - do fabryki betonu, która produkowała elementy bloków. Kosztowało to życie czterech osób, w tym trójki dzieci. 

***

Przeczytaj także:  

Lenin był grzybem! Fake news, w który uwierzyli Rosjanie

Legendy miejskie PRL-u

Jak Rosjanie “bawili" się bronią biologiczną

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy