Reklama

Myślisz, że kupujesz sardynki w puszce? Tak producenci nabierają klientów

Sardynka, szprot, sardela, czy śledź? Wsio ryba — odpowiadają twórcy unijnego prawa. Na takich regulacjach korzystają producenci, a traci nieuważny klient.

Według unijnych urzędników marchewka jest owocem, a ślimak rybą. Dlaczego więc śledź nie mógłby być sardynką? Mógłby — i w świetle europejskiego prawa jak najbardziej jest. 

Dzięki tego typu rozporządzeniom producenci konserw mają prawo sprzedawać różne gatunki ryb pod nazwą “sardynka". Czy wiemy zatem, co naprawdę znajduje się w popularnych puszkach rybnych? Spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie.

Dokonując zakupu konserwy z napisem "sardynki w pomidorach" na etykiecie nie zawsze nabywamy prawdziwe sardynki, a jeśli sprawdzimy skład produktu możemy być zaskoczeni, że nie zawiera on ani kawałka ryby tego właśnie gatunku. 

Reklama

Takie praktyki producentów umożliwia Rozporządzenie Komisji Parlamentu Europejskiego nr 1181/2003 ,które z jednej strony wyraźnie nakazuje, by towary wprowadzone na rynek pod nazwą "sardynki konserwowane" oznaczały produkty przygotowane z ryb gatunku Sardina pilchardus — czyli sardynki europejskiej — z drugiej zaś, pozwala na obrót produktem "typu sardynka", który może być "prezentowany w taki sam sposób jak konserwowane sardynki". Tu właśnie zaczyna się problem konsumenta, który nie zawsze jest świadomy, co właściwie kupuje.


Sardynka, czy produkt sardynkopodobny?

Okazuje się, że aby zrozumieć, jak właściwie działa handel konserwową sardynką, należy posiąść wiedzę nie tylko z zakresu prawa europejskiego, ale także językoznawstwa i ichtiologii. Zacznijmy od tej pierwszej.

Wspomniane już rozporządzenie mówi, iż "konserwowane produkty typu sardynki" oznaczają produkty wprowadzane do obrotu i przygotowane z ryb wymienionych w tymże dokumencie gatunków. Odnajdziemy tu ponad 20 łacińskich nazw ryb, dozwolonych do sprzedaży pod nazwą "sardynki". Rozporządzenie nakłada jednak na producenta obowiązek podania na etykiecie nazwy łacińskiej użytego do wytworzenia konserwy konkretnego gatunku. Obecne w spisie są między innymi sardyny, szproty, śledzie atlantyckie i sardele. Wszystkie one należą do rodziny śledziowatych i są do siebie podobne, ale w praktyce handlowej sardynka najczęściej zastępowana jest szprotem. 

Świadomy konsument towarów wyprodukowanych w UE powinien też umieć rozróżnić pomiędzy nazwą potoczną, nazwą naukową, nazwą łacińską i nazwą handlową. Pojęcia te w praktyce mogą zupełnie się nie pokrywać. Dobrze też znać przynajmniej podstawowe nazwy łacińskie ryb sprzedawanych w sklepach. 

Sprawdzamy więc najpopularniejsze konserwy rybne dostępne na półkach polskich marketów, wyprodukowane przez trzy różne firmy. Każda z nich sprzedawana jest pod tą samą nazwą handlową "sardynki w sosie pomidorowym". Jednak już pierwsza z nich informuje nas drobnym drukiem, że mamy do czynienia ze szprotem o łacińskiej nazwie Sprattus sprattus. Zawartość drugiej stanowią szproty podwędzane, Sprattus sprattus, a dopiero w trzeciej z nich odnajdujemy sardynki, czyli Sardina pilchardus. 


Współczesna systematyka gatunków, tworzona przez brukselskich biurokratów zaskoczyłaby samego Karola Linneusza, a dla konsumentów z pewnością jest myląca. Wiele urzędniczych decyzji, jak ta odmawiająca bananowi bycia bananem, gdyby ten nie spełniał międzynarodowych norm jakości produktów, stało się przedmiotem zjadliwej satyry w mediach, co spowodowało zniesienie kontrowersyjnych przepisów i zastąpienie ich uproszczoną regulacją.

O wielu aktach prawa unijnego nie słyszymy jednak na co dzień, powinniśmy więc być czujni i dokładnie czytać etykiety. Nie tylko bowiem miłośnicy smaku sardynek, ale i fani innych wyrafinowanych przekąsek mogą poczuć się rozczarowani zawartością opakowania ulubionego produktu. Kupując na przykład anchois można przynieść do domu puszkę szprotów w opakowaniu opatrzonym nazwą ulubionego przysmaku. Choć prawdziwe anchois powstaje wyłącznie z sardeli europejskiej o łacińskiej nazwie Engraulis encrasicolus, to w praktyce pod nazwą anchois można kupić sardynki, bądź szprotki. To również jest zgodne z unijnym prawem, ale czy na pewno uczciwe wobec konsumenta?


Jak nie dać się oszukać?

Chociaż poeta z pewnością nie mylił się pisząc, że to, co zwiemy różą, pod inną nazwą pachniałoby tak samo, to jednak kosztować może już o wiele więcej. Zmieniając nazwę na etykiecie można więc zupełnie legalnie sprzedawać ten sam towar drożej.  

Zarówno sardynki, jak i anchois uważane są za produkty delikatesowe, za które klient jest gotów zapłacić więcej niż za zwykłe szproty. Producenci bez skrupułów wykorzystują więc naszą słabość do odrobiny luksusu. Porównując dwa produkty tej samej marki, kupione w tym samym sklepie zauważymy, że za konserwę z sardynką w nazwie zapłacimy więcej, choć producent stara się zatrzeć ślady manipulacji ceną. Pierwsza z konserw “szprot w sosie pomidorowym", o wadze netto 170 g i zawartości 60% mięsa kosztuje 5,03 zł, a druga — “sardynki w sosie pomidorowym" z gramaturą 110 g i zawartością mięsa 65% kupimy za 5,99 zł. Po wyliczeniu ceny za 100 gram zawartości konserwy, nie licząc różnicy 5% zawartości samej ryby, dowiemy się, że za “szprota" zapłacimy 2,99 zł za 100 gram, a za “sardynkę" 5,44. To bardzo duża różnica, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że obie puszki zawierają ten sam gatunek, Sprattus sprattus, czyli szprota.

Zobacz również: 

Tania i zdrowa ryba. Polacy nie doceniają jej właściwości 

Jedna z najzdrowszych polskich ryb. Zbije ciśnienie i cholesterol

Zapobiegają stłuszczeniu wątroby, łagodzą stany zapalne. Masz je w kuchni


 

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy