Reklama

Reklama

Najbardziej irytujący użytkownicy Facebooka

Są ludzie, którym pozwoliliśmy zasilić szereg naszych facebookowych znajomych, a potem, śledząc ich poczynania, złapaliśmy się za głowę. Cóż, zawsze możemy przestać ich obserwować lub usunąć z grona znajomych. Złośliwi powiedzą, że to „problemy pierwszego świata” i nie będą dalecy od prawdy.

Według słynnej teorii Robina Dunbara jesteśmy w stanie utrzymywać kontakt maksymalnie ze 150 osobami - pozwalają na to nasze przyrodzone i rozwijane w ciągu życia zdolności poznawcze. Badacz doszedł do takich wniosków m.in. dzięki analizowaniu funkcjonowania oraz liczebności klanów dawnych społeczeństw łowieckich i XI-wiecznych angielskich wsi.

Reklama

W porządku, ale jeśli Dunbar rzeczywiście ma rację, kim są dla nas setki facebookowych znajomych? Z większością z nich najprawdopodobniej nic nas już nie łączy, nawet jeśli kiedyś łączyło (bo np. chodziliśmy do równoległych klas w podstawówce). A teraz ten tłum ludzi każdego dnia serwuje nam wycinki ze swojego życia. Zatem widzimy czyjeś dziecko ulewające porcję mleka modyfikowanego, jakieś stopy odziane w kolorowe skarpetki czy sfotografowane jedzenie. Każdego dnia jesteśmy zasypywani takimi treściami produkowanymi przez prawie nieznane nam osoby. Chyba że z pomocą przyjdą nam opcje "przestań obserwować" i "usuń z grona znajomych".

Kiedyś, kiedy, zapomniana już nieco, Nasza-klasa przeżywała swoje złote czasy, kolekcjonowanie znajomych było trendy. Przynajmniej na początku. Teraz, gdy świat zdążył się zachwycić, a nawet nieco zachłysnąć Facebookiem, przyszedł czas na minimalizm. Odbyliśmy dziesiątki rozmów z pasjonatami mediów społecznościowych prosząc o wskazanie najbardziej irytujących typów użytkowników Facebooka. Takich, których najlepiej usunąć z listy znajomych raz na zawsze. Pewne odpowiedzi powtarzały się częściej niż inne. Dzięki nim powstało nasze zestawienie:

Mama Brajana - wytrwale tapetuje facebookowego walla zdjęciami swojej pociechy. Jeśli dobrze poszukasz, znajdziesz w jej archiwaliach nawet zdjęcia kup w pampersach. Ona od pewnego czasu nie jest nawet sobą, teraz definiuje ją już tylko macierzyństwo. Zawód? "Mama 24/h", ewentualnie szlachta. Ta co to nie pracuje.

Jeśli "mama Brajana" nie fundnęła maluchowi jeszcze profesjonalnej sesji zdjęciowej, to nic straconego, prawdopodobnie niebawem się szarpnie i to nadrobi. Póki co, pstryka samodzielnie. Później zresztą też będzie pstrykać. W końcu nie ma lepszego kronikarza dnia codziennego niż ona. Udostępnia filmiki z własnym dzieckiem (tańczącym, zanoszącym się od śmiechu czy dyndającym w "skoczku" czy innym chodziku) w roli głównej. Filmiki, które nie interesują nikogo poza nią samą. Fotografie, jakie masowo produkuje i prezentuje światu niewiele się od siebie różnią, ale jej koleżanki pieją z zachwytu, pewnie w nadziei, że "mama Brajana" zajrzy też na ich profile, żeby piać nad Alankiem.

Myli się ten, kto sądzi, że aktywność "mamy Brajana" ogranicza się do publikowania zdjęć i bardzo złych nagrań. Ona poza tym wszystkim inicjuje gorące dyskusje o tym, czy szczepionki są aby na pewno dzieciom potrzebne, nie bacząc na to, że od rozmów na ten temat internet dawno już pęka w szwach.

Dwuprofil - "Ania i Piotr Wiśniewscy", "Janusz i Grażyna Kowalscy". Tak, tak - dwie osoby, jedno wspólne konto. Status: "W związku małżeńskim" to dla nich mało, oni muszą dosłownie zlać się w jedno, aby nikt nie przeoczył, że są parą. Które wpadło na ten szatański pomysł? Kto tu komu siedzi pod butem? I najważniejsze - po co im to?

Są trzy hipotezy. Pierwsza zakłada, że za tym wszystkim stoi zwykle kobieta, które chce się pochwalić swoim "misiem", a przy okazji kontrolować jego poczynania. Według drugiej, dwuprofil jest po to, by potencjalni podrywacze wiedzieli, że nie ma tu czego szukać. Tak jakby rzeczywiście istnieli wielbiciele, których trzeba w ten sposób uświadamiać. Wreszcie - być może to strategia kolekcjonowania znajomych i zbierania upragnionych "lajków", w końcu Ania i Piotr wygenerują ich więcej niż sama Ania czy sam Piotr. Znajomi mają nie lada orzech do zgryzienia, bo nigdy nie mają pewności, do kogo właściwie piszą, tj. kto odczyta wiadomość, Anna czy Piotr? Dlatego szybko przestają do nich pisać.

Najwytrwalsi zakładają konta całym swoim rodzinom. Zatem ich profile, oprócz współmałżonka, obsługują jeszcze ich dzieci. Cóż, najwyraźniej w takiej cyberbliskości jest im dobrze.

Gamer - to po prostu osobnik dysponujący nadmiarem wolnego czasu, który spędza całe dnie haratając w gierki. Z jakichś niewiadomych przyczyn sądzi, że i ty będziesz zabawiać się w ten sposób, więc uparcie śle ci zaproszenia do udziału w grze. Twój brak reakcji ma za nic. Mało tego! On chce, żeby każdy wiedział, jak mu idzie, więc efekty zbierania diamencików czy uprawy wirtualnych kalafiorów udostępnia seriami na swoim profilu.

Sęp - wysyła ci wiadomości o treści: "Moje dziecko bierze udział w konkursie na najlepsze przebranie karnawałowe. Oto link do galerii, proszę polub zdjęcie nr 5". Niby nic w tym złego, ale na tym wasze interakcje zaczynają się i kończą. "Lajki" stały się dlań walutą, a ty jesteś tylko środkiem do osiągnięcia celu. Sęp przypomni sobie o twoim istnieniu, gdy uzna, że może na tobie coś ugrać. Natomiast sęp nieco innego rodzaju napisze ci, że właśnie rozkręca nowy biznes, do którego serdecznie cię zaprosi. Sęk w tym, że ów biznes polega na wciskaniu ubogim emerytom garnków bądź odkurzaczy zaprojektowanych przy udziale naukowców z NASA, ewentualnie upiornie drogich suplementów. Mało tego, żeby zacząć się w to bawić, będziesz musiał zakupić jeszcze droższy pakiet startowy. Przy okazji, być może z grzeczności sęp zapyta, czym się zajmujesz. Co z tego, że ta informacja stoi jak wół w twojej facebookowej "metryczce". Widać, że nigdy go to nie interesowało.

Zagorzały - zachowuje się jak niespełniony bloger. Ponieważ jednak nie ma popularnego bloga ani oddanych "followersów" za publiczność obrał sobie znajomych z Facebooka i to im relacjonuje swoje życie codzienne, marząc o tym, by przedzierzgnąć się w minicelebrytę: "Umieram na laborkach, jeszcze 20 minut", "Dopiero wstałem". Nic mu nie umknie. Cyklicznie aktualizuje zdjęcie profilowe przy użyciu kolejnych popularnych nakładek, z pasją komentuje aktualne wydarzenia, zwłaszcza jeśli chodzi o śmierć znanej osoby. Nagle przypomina sobie, że był jej wiernym fanem. Ba, największym. Odeszła wielka gwiazda? Wszystkie portale już o tym napisały, ludzie rozmawiają o tym na ulicy, w sklepie... ale nic to! On musi jeszcze stwierdzić zgon. I zapalić internetową świeczkę [*].

Nastolatek - na swoich selfie z dzióbkiem sprzed nieumytego łazienkowego lustra oznacza połowę znajomych, by wyciągać od nich "lajki". Dorabia sobie psią mordkę (trochę nie wiadomo po co). Wkleja linki do ulubionych piosenek, żeby wszyscy wiedzieli, że on lubi takie, a nie inne granie. Popisuje się smętnymi cytatami i autentycznie cieszą go infografiki mówiące o tym, że "w tym roku w ciążę zajdzie Ala, Natalia, Magda, Ewa i Katarzyna". Właściwie można mu nawet współczuć, że jest dzieckiem swoich czasów, które, zamiast zwisać z trzepaka, budować w krzakach bazy i ganiać z całą paczką po podwórku, scrolluje Facebooka z coraz bardziej przekrwionymi oczyma.

Dementor - nigdy nie złożył ci życzeń urodzinowych, nie skomentował ślubnego zdjęcia, ani nie pogratulował awansu. Taka facebookowa martwa dusza. Niby jest, a jakby go nie było. I ta jego cicha obecność byłaby ci nawet całkiem obojętna, gdyby nie fakt, że raz do roku łamie swą regułę milczenia. Zazwyczaj wtedy, gdy podzielisz się ze światem jakimś sukcesem. Dementor dopatrzy się błędu interpunkcyjnego w artykule naukowym, który opublikowałeś i skarci cię publicznie. Twój wyróżniony w ogólnopolskim konkursie wiersz uzna za "taki sobie", tekst nazwie "stronniczym", a twoje zdjęcia będą miały według niego "paskudną jakość".

Wyjątkowo wstrętny, toksyczny typ. O ile taka "mama Brajana" nikomu krzywdy nie robi (może poza własnym dzieckiem, któremu kiedyś usłużni koledzy podetkną wszystkie te zdjęcia pod nos), tak dementor wyssie z ciebie całą energię.

Kolekcjoner - zaprasza do znajomych jak leci. Ludzi z którymi chodził na lektorat z hiszpańskiego przez jeden semestr, osoby zapoznane na kursie tarcia chrzanu, czy tych, którzy stali z nim w kolejce do kasy w osiedlowym markecie (wtedy ewidentnie zaszalał). W zasadzie nie odzywa się do ciebie i nie reaguje na twoje aktywności (w tym względzie przypomina dementora), ale nie doszukuj się tu złej woli. Aby ogarnąć tysiące znajomych musiałby się chyba sklonować i to kilkakrotnie.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje