Reklama

Reklama

Najbardziej znane opowieści o UFO. Czy jest w nich ziarno prawdy?

- Czy sześćdziesięcioro dzieci rzeczywiście mogło kłamać, że na szkolnym podwórku wylądowało UFO? Między innymi na to i wiele innych pytań stara się odpowiedzieć Richard MacLean Smith w książce "Niewyjaśnione". Poniżej publikujemy jej fragment.

Z lasu w ciemność

- Znaleźliśmy dziwny ślad na wybrzeżach nieznanego.

Arthur Eddington, "Space, Time and Gravitation"

Od początku ludzkiej historii zapisujemy opowieści o dziw­nych zjawiskach na niebie, o bogach i potworach przychodzą­cych sponad nas, którzy albo nam grożą, albo nas chronią. Ze współczesnego punktu widzenia, po odrzuceniu elementów wierzeń religijnych i przesądów w wielu spośród tych opowie­ści można rozpoznać historie o "niezidentyfikowanych obiek­tach latających". Termin "latające talerze" - tak o nich mówiono, zanim nazwa "UFO" rozpowszechniła się w latach pięćdzie­siątych XX wieku - pochodzi podobno z artykułu prasowego z 1878 roku zawierającego relację teksańskiego farmera Johna Martina. Gdy Martin pracował któregoś ranka na swojej farmie, podobno zobaczył duży obiekt przypominający talerz, który le­ciał przez niebo z "niebywałą prędkością". Jednak dopiero latem 1947 roku "latające talerze" naprawdę wdarły się do zbiorowej wyobraźni. W lipcu tego roku amerykański pilot rekreacyjny Kenneth Arnold twierdził, że leciało za nim dziewięć "przy­pominających talerze" obiektów, gdy podróżował swoim sa­molotem nad Mount Rainier w stanie Waszyngton. W świecie wciąż ogarniętym głęboką traumą po drugiej wojnie światowej siły powietrzne Stanów Zjednoczonych nie chciały ryzykować i szybko podjęły próby ustalenia dwóch rzeczy: czym dokładnie są te dziwne obiekty oraz, co ważniejsze, jakie mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.

Reklama

Więcej o książce "Niewyjaśnione" Richard Macleana Smitha przeczytacie TUTAJ.


Po dokładniejszej analizie historia Arnolda okazała się mało interesująca dla wojska, jednak rozgłos doprowadził do niespoty­kanego wcześniej napływu relacji od setek innych ludzi chcących podzielić się własnymi doświadczeniami. Chociaż siły powietrzne śmiało ignorowały zgłoszenia cywilów, trudniej było zlekceważyć doniesienia pochodzące od ich własnych wyszkolonych żołnie­rzy. Dlatego w 1948 roku amerykańskie lotnictwo zrekrutowało Josefa Allena Hyneka, który miał pełnić funkcję konsultanta na­ukowego w nowym projekcie noszącym nazwę Operacja Znak (Operation Sign). Celem tego projektu było zebranie informa­cji o wszystkich incydentach, podczas których przypuszczalnie widziano UFO, i przeprowadzenie racjonalnego naukowego do­chodzenia mającego dostarczyć wiarygodne wyjaśnienie każdego zgłoszenia. Dla Hynka, doktora fizyki i astronomii Uniwersytetu Stanowego Ohio i człowieka oddanego nauce, okazja do obale­nia szerzących się mitów o małych zielonych ludzikach była zbyt dobra, by ją odrzucić.

Przez pierwszych kilka lat zadanie było dość proste - potem jednak Hynek zauważył w swojej pracy pewien wzorzec. Chociaż większość przypadków była wydumana i łatwo dało się je oba­lić, na każde dwadzieścia relacji, jakie otrzymywał, była przynaj­mniej jedna, której nie dało się wyjaśnić. Opowieści te oznaczał hasłem "Nieznane". Hynek uświadomił sobie też, że pomimo pier­wotnych założeń Operacji Znak w projekcie rzadko trzymano się jego własnych zasad metody naukowej, czyli reguły, że każdy przypadek powinien być traktowany z całkowitą obiektywnością i bez stronniczości. Stało się jasne, że nawet gdyby UFO wylądo­wało na drodze przed jego przełożonymi, oni nie chcieliby w nie uwierzyć. Szybko dotarło do Hynka, że jego zadaniem nie było badanie zgłoszeń o UFO, lecz ich obalanie.

W 1949 roku Operacja Znak została przemianowana na Ope­rację Uraza (Operation Grudge), a potem, w 1952 roku, zmieniła się w Projekt Błękitna Księga (Project Blue Book). Fani "Twin Peaks" Davida Lyncha i Marka Frosta być może pamiętają Błękitną Księ­gę dzięki postaciom majora Garlanda Briggsa i Windoma Earle’a, którzy, jak się okazało, pracowali razem w tej tajnej organizacji.

W miarę rozwoju fabuły okazuje się, że to operatorzy radiowi pracujący w Projekcie Błękitna Księga pierwsi wychwycili dziwne sygnały emanujące z lasu pod Twin Peaks, gdzie później odkryto międzywymiarową krainę znaną jako Czarna Chata. W rzeczy­wistości, przynajmniej o ile nam wiadomo, prawdziwa Błękitna Księga nigdy nie odkryła niczego sięgającego równie głęboko, ale samo istnienie takiego programu wskazuje, że największe świa­towe mocarstwo i militarna potęga traktowało wzmianki o UFO bardzo poważnie. Zanim w 1983 roku Hynek zmarł w wieku sie­demdziesięciu pięciu lat, nabrał przekonania, że zjawisko UFO jest prawdziwe, i wierzył, że jest dość dowodów, by zasugerować, iż zarówno pozaziemska, jak i pozawymiarowa inteligencja może być przyczyną znacznej części doświadczeń z UFO.

W Wielkiej Brytanii przez lata także pojawiło się sporo rela­cji o "UFO". Jedna z najbardziej znanych to opowieść Howdena Moora, o której wspominałem już w swoim podcaście. Niemniej dla prawdziwych entuzjastów brytyjskich kontaktów z UFO jedna historia wyróżnia się spośród innych. Do zdarzenia doszło w hrab­stwie Suffolk w ciągu trzech niezwykłych dni w grudniu 1980 roku.

Leżące na wschodnim wybrzeżu Anglii Suffolk to fascynują­ca i enigmatyczna kraina o bogatej, mrocznej historii. Krajobraz bladych mokradeł i wiejskich ogródków5 był ojczyzną owianego złą sławą fanatyka i samozwańczego "przywódcy łowców czarow­nic", Matthew Hopkinsa, którego duch podobno krąży po okolicz­nych polach, a także kompozytora Benjamina Brittena, którego prace często inspirowała idylliczna tajemniczość tej krainy. Od początku XX wieku jest ona również synonimem dziwnych taj­nych eksperymentów wojskowych.

Orford Ness to położona na wybrzeżu Suffolk szesnastoki­lometrowa mierzeja oddzielona od lądu rzeką Alde-Ore. Ten zakupiony przez War Office w 1913 roku cichy i dystyngowa­ny fragment wysp brytyjskich przez kolejne siedemdziesiąt lat miał służyć jako główne miejsce badań wyposażenia wojenne­go - sprawdzano tam zarówno trwałość ubioru ochronnego i spadochronów, jak i cechy balistyczne kul i bomb. W latach trzydziestych XX wieku zespół naukowców pod kierownictwem szkockiego fizyka Roberta Watsona Watta przybył do Ness (tak nazywają tę okolicę miejscowi), by opracować radykalny nowy system obrony dla brytyjskiego wojska znany dziś jako radar.

W czasie drugiej wojny światowej zdawało się, że mierzeja zmieniła się w bardziej gwarną wersję pałacyku Bletchley Park, gdy wypełnił ją personel w białych fartuchach i tweedowych ma­rynarkach planujący i liczący za wielkimi betonowymi ekranami, a pociski wypuszczano ku celom jeden za drugim. Wraz z erą ato­mu przyszła budowa dwóch dziwnych betonowych pagod ma­jących przetrwać uderzenie testowych eksplozji. Pod pagodami kryły się podziemne laboratoria, do których opuszczano skorupy bomb jądrowych i eksperymentowano na nich. Pomimo ciągłych plotek świadczących o czymś przeciwnym brytyjskie Minister­stwo Obrony utrzymuje, że na wyspie testowano tylko trwałość osłon, nie zaś materiał rozszczepialny.

W 1993 roku organizacja National Trust odkupiła Orford Ness od Ministerstwa Obrony i oczyszczono teren z (większości) nie­wybuchów. Dziś nadal fascynuje on zarówno jako rezerwat przy­rody, jak i poruszające, niepokojąco odosobnione świadectwo czujnie strzeżonej przeszłości; dziwaczne pagody wciąż tam stoją niczym architektoniczne apokryfy pozostałe po dawno upadłej, niezrozumiałej cywilizacji.

Zaledwie szesnaście kilometrów w głąb lądu od Ness, wśród gęstych sosnowych lasów Rendlesham i Woodbridge, leżą dwie złowrogo opustoszałe bazy lotnicze oddalone od siebie nawzajem o jakieś osiem kilometrów. Każdą z nich otacza wysokie ogrodze­nie. Były to bliźniacze bazy RAF Woodbridge i RAF Bentwaters, zbudowane w 1943 roku do obsługi uszkodzonych samolotów woj­skowych wracających z nalotów bombowych nad Europą. Z nadej­ściem zimnej wojny brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa uznało za stosowne udostępnić bazy amerykańskim siłom powietrznym, dla których było to miejsce postoju myśliwców. W 1980 roku bazy były już domem 81. Taktycznego Skrzydła Myśliwców i właśnie tu, pew­nego mroźnego grudniowego wieczoru, zaczyna się nasza historia...

- Popatrz tam, w linii drzew, zobacz. Widziałeś kiedyś coś podobnego?

Sierżant Bud Steffens zatrzymuje jeepa, wyłącza silnik i gasi światła. Ciemność ogarnia samochód, gdy kapral John Burroughs taksuje wzrokiem czyste nocne niebo. Gdy jego wzrok się przyzwy­czaja, z atramentowej czerni wynurza się mnóstwo gwiazd otacza­jących pęczniejący jasny księżyc wiszący wysoko po lewej stronie.

- Patrz tam! - powtarza Steffens.

Burroughs podąża wzrokiem za wyciągniętym palcem Steffen­sa w stronę dziwnego światła, które zdaje się wisieć gdzieś w od­dali nad sosnami pobliskiego lasu Rendlesham. Ponieważ jest Boże Narodzenie, zegar szybko zbliża się do północy, a w planach nie ma żadnych późnych lotów, w bazie było dziś szczególnie spo­kojnie, a najbardziej tutaj, przy jej wschodniej granicy. Burroughs mruży oczy, by lepiej się przyjrzeć, ściskając trzymany przy no­dze karabin M16.

- Co to jest?

Gdy mężczyźni przyglądają się dokładniej, dostrzegają dwa światła błyskające na czerwono i niebiesko, jedno u góry, a dru­gie jakieś półtora kilometra na wschód od bramy. Ponieważ nale­żą do policji bezpieczeństwa 81. Skrzydła, dzisiaj to właśnie John i Bud mają obowiązek patrolować bazę Woodbridge i rozglądać się za zbłąkanym personelem lub kimkolwiek innym, kto mógł wypuścić się nieco za blisko ogrodzenia bazy. Jest rok 1980, sam środek zimnej wojny, toteż nagłe pojawienie się na nocnym nie­bie niespodziewanych świateł to poważny powód do niepokoju.

Steffens jest co prawda starszy stopniem, ale dopiero niedaw­no został przeniesiony tu ze Stanów, dlatego to dwudziestoletni Burroughs stwierdza, że cokolwiek to jest, zdecydowanie nie sta­nowi części zwykłego krajobrazu.

- Co robimy? - pyta Steffens.

- Coś tam jest - odpowiada Burroughs, otwierając drzwi i wpuszczając do środka powiew mroźnego powietrza. - Lepiej to sprawdźmy.

Zanim Steffens ma czas zaprotestować, Burroughs wyskaku­je z auta i zamyka za sobą drzwi. Steffens przez chwilę się waha, a potem odpala silnik i oświetla Burroughsa reflektorami, gdy ten pochyla się, by otworzyć bramę, a z jego ust unoszą się wirujące chmury oddechu. Parę chwil później jadą drogą wzdłuż krawędzi lasu za wschodnią bramą. Wbijają wzrok w niezwykłe światła na niebie, które teraz zdają się opadać między drzewa. Gdy docie­rają do końca, Steffens ostro skręca w prawo, a potem, po zaled­wie pięćdziesięciu metrach, zatrzymuje się na początku drogi do przewozu drewna prowadzącej głębiej w las.

Gdy dwaj wartownicy zerkają między drzewa, wyraźnie wi­dzą smukłe pnie sosen czarnych oświetlone od tyłu, zapewne przez źródło tamtego światła. Burroughs zerka na Steffensa i wzrusza ramionami, a potem ostrożnie otwiera drzwi i wy­chodzi w mróz. Od razu uderza go dziwne wrażenie elektrycz­ności, jakby wokół niego powietrze było naładowane energią. Robi krok do przodu, czuje, jak włoski na karku stają mu dęba, a całą skórę ogarnia dziwne mrowienie. Patrzy z niepokojem i widzi, jak odległe światło robi się coraz mocniejsze. Nie tylko się porusza, ale sunie prosto na nich. Gdy Burroughs uświa­damia sobie, że nie dostali pozwolenia na wyjazd poza teren bazy i nie mają prawa wezwać wsparcia, w ataku paniki wska­kuje do jeepa i mężczyźni pędzą z powrotem do bramy, by zgłosić zdarzenie.

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: UFO | ufolodzy | niewyjaśnione

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje