Reklama

Reklama

Niewierny mąż czy morderca? Zaskakujące dowody zbrodni

W spokojny lipcowy ranek 2003 roku Lynn Kimsey przyszła do pracy. Nie zdawała sobie sprawy, że wydarzenia tego dnia zamienią kolejne cztery lata jej życia w koszmar rodem z thrillera psychologicznego. Biuro prokuratora generalnego zwróciło się do niej o pomoc. Wysłuchała, na czym ma polegać jej zadanie, po czym stała się autentycznym wcieleniem doktora Pilchera, zezowatego "faceta od robali" z filmu "Milczenie owiec". Przeczytaj fragment książki "Myślenie czarno-białe" autorstwa Kevina Duttona.

Parę tygodni wcześniej, w niedzielę 6 lipca, niejaka Joanie Harper z trójką swoich dzieci i matką, Earnestine Harper, udała się na nabożeństwo do niewielkiego kościoła w Bakersfield w Kalifornii. Był to dla nich wielki dzień, zwłaszcza dla najmłodszego z maluchów. Półtoramiesięczny Marshall po raz pierwszy w życiu uczestniczył we mszy. Po lunchu w lokalnym barze cała rodzina wróciła do domu na popołudniową sjestę. Joanie z dziećmi jak zwykle położyła się w sypialni od strony podwórza, natomiast jej matka wypoczywała w pokoju na drugim końcu domu.

Później zamierzali ponownie wybrać się do kościoła, na wieczorne nabożeństwo. Tego wieczoru nikt jednak nie widział tam Harperów.

Reklama

We wtorek rano przyjaciółka rodziny, Kelsey Spann, postanowiła sprawdzić, co się z nimi dzieje. Nie tylko nie widziała ich w kościele, lecz także nie miała z Joanie kontaktu od niedzieli. Dzwoniła do niej, ale nikt nie odbierał telefonu. Zaczęła się niepokoić.

Joanie na wszelki wypadek dała jej kiedyś klucz. Niestety, Kelsey nie udało się otworzyć nim drzwi. Wyglądało na to, że coś blokuje je od środka. Okrążyła dom i spróbowała odsunąć przeszklone drzwi na taras. Ku jej zdumieniu ustąpiły. Zastanowiło ją to. Jej przyjaciółka zawsze dokładnie sprawdzała wszystkie zamki. Kelsey weszła do środka i skierowała się do sypialni Joanie.

O siódmej rano dyspozytor na posterunku policji w Baker­s­field odebrał telefon. Wkrótce potem wysłał patrol do domu z numerem 901 przy Trzeciej Ulicy. Nawet najbardziej doświadczeni funkcjonariusze byli zszokowani tym, co zastali na miejscu. Joanie Harper leżała na łóżku twarzą do dołu. Została postrzelona z pistoletu kaliber 22 trzy razy w głowę i dwa razy w rękę. Na jej ciele znaleziono również siedem ran kłutych. Obok leżał jej czteroletni synek Marques. Miał otwarte oczy i ranę postrzałową z boku głowy, a opuszki palców prawej dłoni przygryzione aż do kości. Śledczy uznali to za reakcję na stres. Chłopczyk najprawdopodobniej był świadkiem morderstwa i przerażony włożył palce do ust. Dwuletnia Lyndsey Harper, wciąż ubrana w niebieską sukienkę, w której widziano ją w kościele, zginęła od jednego strzału w plecy. Jej ciałko spoczywało w nogach łóżka.

Życie Earnestine Harper, matki Joanie, zakończyło się na podłodze w holu. Napastnik zastrzelił ją z bliskiej odległości, dwukrotnie trafił w twarz. Kimkolwiek był, kobieta najprawdopodobniej próbowała z nim walczyć, o czym świadczył porzucony obok ciała pistolet.

Początkowo funkcjonariusze myśleli, że półtoramiesięczny Marshall zaginął. W końcu znaleźli go obok matki, ukrytego pod poduszką. Podobnie jak jego siostra Lyndsey został zabity pojedynczym strzałem w plecy.

Śledztwo od razu nabrało rozpędu i policja szybko wytypowała głównego podejrzanego. Joanie Harper była w separacji z czterdziestojednoletnim Vincentem Brothersem. Jako głowa rodziny Brothers uchodził za filar lokalnej społeczności. Zrobił licencjat na uniwersytecie w Norfolk i ukończył studia pedagogiczne na Uniwersytecie Stanowym Kalifornii. W 1987 roku podjął pracę w szkole podstawowej w Bakersfield i po ośmiu latach awansował na stanowisko wicedyrektora.

Miał również mroczne oblicze. Chociaż Joanie bez wątpienia kiedyś go kochała i nie szczędziła wysiłków, żeby być wzorową żoną, między nimi niezbyt dobrze się układało. Pierwszy kryzys nastąpił w 2000 roku, zaledwie miesiąc po ślubie. Mimo to wkrótce potem urodziła się Lyndsey, ich drugie dziecko. Brothersa nie było przy jej porodzie, tak samo jak dwa lata wcześniej nie towarzyszył przy narodzinach pierworodnego Marquesa. W 2001 roku się rozwiedli - Vincent powoływał się na niemożliwe do pogodzenia różnice charakterów, a Joanie zarzucała mu oszustwo. Podobno wtedy jeszcze nie miała pojęcia o jego dwóch poprzednich żonach.

Patrząc z perspektywy czasu, gdyby znała przeszłość swojego męża, mogłaby uniknąć tragicznej śmierci. W 1988 roku Brothers został skazany na sześć dni aresztu za maltretowanie swojej pierwszej żony i trafił pod nadzór kuratorski. W 1992 roku ożenił się ponownie, ale już rok później jego druga żona wniosła pozew rozwodowy. Twierdziła, że mąż dopuszczał się wobec niej aktów przemocy i groził jej śmiercią. W 1996 roku zaatakował i napastował seksualnie w swoim domu pracownicę szkoły, w której pełnił funkcję wice­dyrektora. Z akt sprawy wynika, że zaciągnął kobietę do sypialni i pobił, a następnie zaczął jej robić zdjęcia. Wniosła przeciwko niemu oskarżenie, chociaż policjanci próbowali ją odwieść od tego zamiaru, ponieważ Brothers był szanowanym obywatelem i lokalna społeczność uważała go za "wzór do naśladowania".

W styczniu 2003 roku Joanie i Vincent pobrali się po raz drugi w Las Vegas, jednak już w kwietniu Brothers znowu wyprowadził się z domu przy Trzeciej Ulicy z powodu nieustannych konfliktów z teściową. W maju urodził się Marshall - ten, który żył zaledwie sześć tygodni. Nie dało się więc ukryć - jak przekonywał prokurator, gdy w lutym 2007 roku rozpoczął się głośny proces - że ich związek był nietrwały, a Brothers nie tylko dopuszczał się przemocy, lecz także zdradzał żonę. Na serii jego domniemanych romansów opierała się w znacznej mierze linia oskarżenia. Zdaniem prokuratury głównym motywem zbiorowego morderstwa miało być skąpstwo - chęć uwolnienia się od zobowiązań finansowych, jakie pociągało za sobą utrzymanie coraz liczniejszej rodziny.

Vincent Brothers został aresztowany w kwietniu 2004 roku i usłyszał zarzut pięciokrotnego zabójstwa z premedytacją. W sądzie nie przyznawał się do winy.

Jego alibi miało podłoże geograficzne. Obrona utrzymywała, że kiedy doszło do zbrodni, przebywał w oddalonym o ponad trzy tysiące kilometrów Columbus w Ohio. Wybrał się tam w odwiedziny do swojego brata Melvina (swoją drogą, nie utrzymywał z nim kontaktu od dziesięciu lat). Na dowód przedstawił umowę wynajmu samochodu z wypożyczalni - dodge’a neona, później zabezpieczonego przez detektywów - i dwa potwierdzenia zapłaty kartą kredytową ze sklepu w Karolinie Północnej, gdzie rzekomo robił zakupy w dniu morderstwa. Właśnie tam, w domu matki, dotarła do niego policja, żeby przekazać mu wiadomość o tragicznej śmierci jego rodziny.

Prawda zaczęła jednak stopniowo wychodzić na jaw. Po wnikliwej analizie potwierdzeń zapłaty i nagrań z monitoringu w sklepie okazało się, że zakupy robił Melvin. Posłużył się kartą brata i podrobił jego podpis.

Co więcej, śledczy zbadali dokładnie samochód z wypożyczalni i odkryli, że choć Brothers faktycznie wynajął dodge’a w Ohio, przejechał nim prawie dziewięć tysięcy kilometrów. W normalnych okolicznościach pokonanie takiego dystansu w trzy dni wydawało się mało prawdopodobne, lecz prokuratura doszła do wniosku, że Brothers mógł odbyć nawet dłuższą podróż niż do Bakersfield i z powrotem.

Dowody, choć przekonujące, wciąż opierały się jedynie na poszlakach. Brothers mógł być niewiernym mężem, argumentowała obrona, ale to nie czyniło go mordercą. Gdyby istniała taka współzależność, to statystycznie jedna trzecia przysięgłych też powinna zasiąść na ławie oskarżonych. Ponadto nawet jeżeli Melvin użył karty Vincenta, żeby zapłacić za zakupy w Karolinie Północnej, nie dowodziło to jeszcze, że w tym czasie jego brat na drugim końcu kraju mordował swoją rodzinę. Równie dobrze mógł czekać na parkingu przed sklepem. Tak samo stan licznika dodge’a nie świadczył o tym, że Brothers był akurat w Kalifornii. Mógł się wybrać dokądkolwiek. Teoretycznie nie musiałby nawet przekraczać granicy Ohio, żeby nabić tyle kilometrów.

Prokuratura potrzebowała faktów. Nie sugestii czy domysłów, ale twardych, niepodważalnych dowodów.

Los zaczął sprzyjać wymiarowi sprawiedliwości, kiedy pewien mieszkaniec Bakersfield zeznał, że w dniu morderstwa widział oskarżonego w pobliżu domu Joanie Harper. Ale przecież mógł się mylić. Czy byłby gotów przysiąc, że widział Brothersa? A jeżeli to był ktoś inny? Sytuacja stawała się irytująca. Wszystkie dowody niezbicie wskazywały na jednego człowieka, lecz musiał nastąpić przełom, który pozwoliłby zamknąć sprawę.

Zdaniem śledczych kluczowe znaczenie miał stan licznika wynajętego samochodu. Byli przekonani, że istnieje jakiś sposób na połączenie w logiczną całość zbiorowego mordu i przejechanych przez Brothersa kilometrów.

Tylko jak to zrobić?

Naturalny system lokalizacyjny

Rankiem 25 lipca 2003 roku dwaj agenci FBI i funkcjonariusz policji z Bakersfield wmaszerowali do muzeum entomologii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis, niosąc osłonę chłodnicy samochodowej. Chcieli bliżej zapoznać się z owadami przyklejonymi do panelu wlotu powietrza. Owady same w sobie nie są niczym nadzwyczajnym, przynajmniej w Południowej Kalifornii, niezwykłość z definicji całkowicie zależy jednak od kontekstu. Przylepione do atrapy owady mogły być pospolite w Kalifornii, ale czy występowały również w innych miejscach? Na przykład w Ohio? Albo w Karolinie Północnej?

Trzech gości powitała ostrzyżona na chłopczycę drobna, energiczna kobieta o przenikliwym spojrzeniu orzechowych oczu. Czterdziestokilkuletnia Lynn Kimsey była profesorem entomologii Uniwersytetu Kalifornijskiego i kuratorką muzeum w Davis. Jeżeli kogoś interesowała biogeografia owadów, zwłaszcza tych żyjących w Kalifornii, nie mógł lepiej trafić. Kimsey potrafiła orzec, czy samochód, z którego pochodziła osłona chłodnicy, jeździł po drogach na zachód od Gór Skalistych. Analizowała gatunki owadów, jakby czytała naświetlone przez naturę zdjęcie rentgenowskie. Uważnie obejrzała dostarczony element karoserii i odesłała go do laboratorium.

W zeszłym roku wybrałem się do Davis, żeby porozmawiać z Lynn Kimsey o sprawie sprzed blisko dwudziestu lat. Mimo upływu czasu wciąż była dla badaczki świeżym wspomnieniem.

- Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że biorę udział w śledztwie dotyczącym morderstwa - wyjaśnia mi, kiedy idziemy przez linneański labirynt wśród starannie opisanych okazów najrozmaitszych owadów. - Zataili to przede mną i chyba wiedzieli, co robią. Wiele eksperymentów najlepiej przeprowadzać "na ślepo", żeby badacz nie wiedział, jaką właściwie łamigłówkę próbuje rozwiązać. Dzięki temu nie przeszkadza sam sobie, nie wypacza metod naukowych własnymi oczekiwaniami. To była szczegółowa kwestia, do jej rozwiązania nie potrzebowałam znać całokształtu. A ponieważ miałam wystąpić jako biegła w procesie o morderstwo, moja opinia mogła wywołać poważne konsekwencje.

Wodzę spojrzeniem po równiutkich rzędach płytkich drewnianych szufladek opatrzonych białymi etykietkami. Łuskoskrzydłe (Lepidoptera): motyle i ćmy. Długoskrzydłe (Orthoptera): świerszcze i pasikoniki. Błonoskrzydłe (Hymenoptera): pszczoły, mrówki i osy. Żadnych innych stworzeń ludzie nie konserwują z taką pieczołowitością jak owadów.

Zatrzymujemy się przy szufladce z etykietką Xanthippus corallipes pantherinus. Kimsey wysuwa ją z regału.

- Znaleźliśmy trzydzieści pojedynczych okazów w różnych częściach osłony - mówi. - A raczej ich części. Skrzydła, odnóża, tułowie w całości i w kawałkach, głowę z tułowiem bez skrzydeł i odnóży... Ostatecznie uzyskaliśmy odpowiedź dzięki sześciu z nich. Zacznijmy od dwóch chrząszczy, które żyją jedynie we wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Dwa inne gatunki, Neacoryphus rubicollis i Piesma brachiale, występują tylko w Arizonie, Utah i Południowej Kalifornii. Znaleźliśmy je w filtrze powietrza. Oprócz nich natrafiliśmy na dużą klecankę złocistą, Polistes aurifer. Ten gatunek osy zamieszkuje głównie Kalifornię, najdalej na wschód widziano ją w Kansas. No i ten mały koleżka, Xanthippus corallipes pantherinus, powszechnie znany jako pasikonik czerwononogi, a raczej to, co z niego zostało. Rozpoznaliśmy go po jednym z tylnych odnóży, od wewnętrznej strony są jaskrawoczerwone.

Kimsey wyjmuje z szuflady niewielką kasetkę ze szklanym wieczkiem i wręcza mi ją. Zaglądam do środka. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, by odgadnąć, skąd się wzięła nazwa owada. Rzeczywiście jego odnóża czerwienią się niczym rozżarzone węgielki na tle popielatego, pokrytego cętkami ciała. Nie mieści mi się w głowie, że takie małe stworzenie doprowadziło do skazania człowieka na śmierć.

- Gdzie żyje ten Xanth... pasikonik? - pytam, kiedy zawracamy w stronę szafek z łuskoskrzydłymi.

- Na wschodzie obszar występowania Xanthippus corallipes pantherinus sięga nie dalej niż do Kansas i środkowego Teksasu - wyjaśnia z uśmiechem Kimsey. - Zatem, ogólnie rzecz biorąc, owszem... samochód, z którego pochodziła osłona wlotu powietrza, musiał się znaleźć we wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Ale musiał przejeżdżać również przez stany położone na zachód od Kolorado, co pokrywało się z hipotezą, że Brothers przyjechał do Bakersfield z Ohio drogą międzystanową numer siedemdziesiąt albo czterdzieści.

Stróże prawa nie posiadali się z radości. Po tygodniu zjawili się w muzeum, żeby odebrać dowód rzeczowy i dowiedzieć się, co fachowa wiedza Lynn Kimsey wniosła do śledztwa. Odpowiedź brzmiała dla ich uszu jak najpiękniejsza muzyka. Okazało się, że analiza śladów entomologicznych jest równie skuteczna jak nawigacja satelitarna. Jak gdyby dodge Brothersa był wyposażony w system lokalizacyjny, który pozwalał na odtworzenie trasy.

Odkrycie doprowadziło do przełomu. Kimsey przedstawiła swoją ekspertyzę w sądzie i 15 maja 2007 roku ława przysięgłych uznała Vincenta Brothersa za winnego zabójstwa żony, trojga dzieci i teściowej.

Zatrzymujemy się przy kolejnej szufladce. Na etykietce widnieje napis Acherontia styx. Ćma zmierzchnica, znana jako "trupia główka", jest ważnym motywem w filmie Milczenie owiec. Kimsey otwiera szufladę i wręcza mi kasetkę.

- Sędzia nie zgodził się na dożywocie bez prawa do przedterminowego zwolnienia i wydał wyrok śmierci - mówi beznamiętnie. - Obecnie Brothers czeka na egzekucję w San Quentin.

Moje ciało przeszywa ulotny dreszcz.

- Jakie to uczucie? - Oglądam zawartość kasetki. - Bądź co bądź trafił tam przez dowód, który pani dostarczyła.

Wzrusza ramionami.

- Nic nie czuję. Trafił tam przez swoje czyny, ja tylko wykonałam swoją pracę. Zrobiłam to, co robię codziennie. Poukładałam rzeczy na właściwym miejscu.

* Więcej o książce "Myślenie czarno-białe" przeczytasz TUTAJ.

***

Zobacz również:

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: zbrodnie | kategoryzacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje