Reklama

Reklama

Ratownik - brutalna rzeczywistość

Ratownicy medyczni nie leczą. Ich zadaniem jest nie pozwolić nam umrzeć. Pracują nieustannie, a ich najmniejsza pomyłka może kosztować pacjenta życie. Dzięki Tomaszowi Mitrze, autorowi książki "Ratownik", możemy zajrzeć za kulisy ich pracy i przekonać się, jak naprawdę wygląda ich codzienność. Przeczytajcie fragment kontrowersyjnej i do bólu szczerej opowieści!

Siedmioletni Jaś pochłania opary z maski z nebulizatorem, jakby chciał się w niej schować. W przeciwieństwie do większości dzieci z dusznością maska nie sprawia mu dyskomfortu i mały wolnym, świszczącym wdechem wciąga w siebie opary soli fizjologicznej wymieszanej z adrenaliną. Z wyczuciem, bo już wie, że najlepiej robić to jednostajnie, żeby nie drażnić śluzówek i nie zainicjować kaszlu.

Ma staż. Za jakieś dziesięć lat, kiedy zapali pierwszego blanta, będzie mu łatwiej.

Przed naszym przybyciem chłopak zdążył się trochę pomęczyć. Wcześniej jedna k... wysłała nas do pękniętego żylaka podudzia, a potem druga, solidaryzując się z pierwszą w kwestii sprowadzania zespołu ratownictwa medycznego do roli mobilnej poradni ogólnomedycznej, próbowała odbić wezwanie matki Jasia, wciskając jej, że skoro to kolejne zapalenie krtani, to lepiej wsadzić małego w samochód i pojechać na izbę przyjęć. W tym czasie ja, mając pod blokiem OIOM na kółkach, pokazywałem babie, jak się przywiązuje szmatę do nogi.

Reklama

Ludzie z reguły są bezradni. Nie umieją żyć. Nie rozumieją, że skoro jest ch..., to lepiej być ostrożnym. Zamiast czytać, analizować, kombinować, żeby jakoś zapobiec ch... dnia jutrzejszego, biegną przed siebie z wywalonym jęzorem, nie patrzą pod nogi i w końcu potykają się o byle co, rozbijają sobie gęby i przygryzają te wywieszone jęzory. A potem płaczą.

- Lepiej? - zadaję Jasiowi retoryczne pytanie, bo przecież widzę tor oddechowy i wskazania pulsoksymetru.

- Lepiej - odpowiada zaniżonym, ale wciąż dziecięcym głosem, trochę jak przepuszczonym przez filtr w anonimowych wywiadach.

- Dajemy sterydy? - pyta Wojtek.

Wzdycham. Wypadałoby. Warto zabezpieczyć małego na najbliższy czas przed kolejnym napadem, ale nie chce mi się negocjować z nim warunków wykonania wkłucia.

Wojtek to kierownik wypizdowskiego pogotowia. Dzisiaj korzysta z zaszczytu, by móc nosić za mną sprzęt. Dziwna sprawa, bo sam siebie wpisał w grafik jako "tego drugiego", mimo iż niepisana reguła mówi, że kierownik również na zespole jest kierownikiem. Na samym początku sporo z nim jeździłem, będąc z tyłu, bo naturalnie musiał mnie wyczuć. Teraz nagle, nie wiedzieć czemu, wykreślił Bobola z grafiku i wpisał siebie.

- Dajemy - mówię i wtykam nos w kwity, żeby Wojtek sam gadał z Jasiem.

Nie owija w bawełnę.

- Jasiu, zastrzyk w pupę zrobimy.

Jaś zaczyna pojękiwać. Ma swój staż chorobowy i wie, że się nie uchroni. Wydaje z siebie pojedyncze płaczliwe dźwięki, próbując kontrolować oddech i nie rozbeczeć się do reszty.

- Do żyły - poprawiam Wojtka. - Załóż od razu venflon - dodaję.

- Jasiu, w żyłę zrobimy - mówi jeszcze bardziej obcesowo, jakby wysyłał go po fajki.

Jaś kapituluje. Płacze, na ile jest to możliwe przy wysiłkowym oddechu. Duszność się nasila.

- Wy to chyba nie macie dzieci! - wtrąca się matka. Podchodzi do Jasia, siada przy nim i obejmuje chłopca. - Jasiu, pamiętasz, jak miałeś szczepionkę?

Jaś nie odpowiada. Dobrze wie, że to tylko próba dodania mu otuchy.

- Widzisz, nawet nie pamiętasz! Czyli wcale nie bolało!

Matka patrzy ukradkiem na Wojtka jak na zwierzę. Nie ma nawet trzydziestu lat, ale przez ogólne estetyczne zaniedbanie chce się dać jej sporo więcej. Kawalerka, w której jesteśmy, ma jakieś dwadzieścia metrów. Na prowincji nie robiło się takich klitek, więc musiała być wydzielona z większego mieszkania. W Wypizdowie mało kto nie ma w bliskiej rodzinie chałupy na wsi. Coś w jej życiu poszło nie tak.

Tuli Jasia. Wojtek tymczasem uwala się obok niego i łapie za przedramię. Wygląda jak stary, przemęczony lekarz, który dla przyzwoitości tworzy pozory jakiejkolwiek empatii. Oraz jak podopieczny Monaru, który cieciuje przed bramą i ma być symbolem pokonania nałogu i powrotu do społeczeństwa, ale jego twarz wyraża wyłącznie czystą tęsknotę za gorzałą i wieczną wątpliwość, na ch... mu ta robota i cała ta trzeźwość. Jeśli dodać do tego masywne okulary, chyba po pradziadku, wystające ładnych kilka centymetrów za uszy, mocno podkrążone za szkłami oczy i płochliwe spojrzenie oraz krótki wąs nad ciągle zwiniętymi w rurkę ustami, to nagle się okazuje, że jedyne, co wzbudza w nim zaufanie, to napis RATOWNIK MEDYCZNY na polarze.

- Słyszałem, że twardy z ciebie facet, a nie żadna baba - mówi, nie patrząc na Jasia.

***Zobacz także***

Chłopiec próbuje oderwać się od mamy, prostuje rękę i do reszty się rozkleja. Mama przytrzymuje go za nadgarstek. Jaś się odwraca, maska opiera się o ramię mamy i zsuwa się małemu na skroń. Saturacja minimalnie spada.

Generalnie można powiedzieć, że po stosunku do dzieci można ocenić format człowieka. Wojtek, mimo iż ma dwoje swoich, gada do Jasia jak do kawałka mięsa. Nawet nie udaje, że gdyby nie pewne przyjęte normy, zwyczajnie na siłę wykręciłby mu rękę i zrobił swoją robotę, bez zbędnego cackania się. Ale Wojtek to ratownik starej daty, jeden z pierwszych w Polsce. Jeden z pracujących niegdyś w pogotowiu sanitariuszy, którzy skończyli studia i zostali naprawdę dobrymi medykami, mimo że ich robota polegała głównie na targaniu torby za lekarzem i pomaganiu kierowcy przy sporządzaniu lewych kilometrówek, żeby przelane do kanistra paliwo figurowało jako rzeczywiście wyjeżdżone. Potrafi i zrobi wszystko, co powinien potrafić i robić ratownik, i w przeciwieństwie do swoich rówieśników jest naprawdę decyzyjny. Posiadł wiedzę, umiejętności i opanował cienką strukturę ratunkowego działania, ale mentalnie to wciąż prosty chłop, od noszenia zakupów i nielubienia teściowej, który kiedyś przyjął na świat niewydolnego oddechowo wcześniaka, którego wzorowo zaopatrzył zgodnie z wyciągniętą ze spodni ściągą, ale dalej uważa, że jest facetem wyłącznie dlatego, że ma prawo jazdy kategorii C i biegle posługuje się zgrzewarką.

Można wymagać od niego wszystkiego, nawet przeliczania z marszu mikrogramów na miliekwiwalenty, ale nie miękkich umiejętności.

Prawdopodobnie to właśnie prostackie podejście do życia i brak wyobraźni, wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych sprawiły, że Wojtek został ratownikiem, jak tylko taki zawód zaistniał na horyzoncie. Wzięcie się za naukę wydawało się mniejszą niedogodnością od zmiany pracy w wieku trzydziestu lat. I tak oto, po latach, okazało się, że jest całkiem niegłupi i niechcący został zawodowcem w dziedzinie, którą niby opanował, ale która mentalnie go przerasta. Po kilku kolejnych latach, kiedy okazało się, że jest najstarszy z tych najbardziej rozgarniętych, został kierownikiem tutejszego pogotowia, czego oczywiście nie chciał, ale bał się odmówić "ważnym ludziom". I teraz zarządza - trochę tak jak piszą o tym w książkach, trochę po swojemu. W związku z tym żyje w przewlekłym stresie, bo mimo że zrobił prawdopodobnie jedną z lepszych możliwych karier w ratownictwie, to dalej marzy o prostym noszeniu torby.

Odnoszę wrażenie, że ten facet na nic tak nie czeka jak na emeryturę, do której mu jeszcze daleko. Nigdy się nie przyzwyczai, że jest medykiem, i za każdym razem, kiedy zabiera się za poważniejszego pacjenta, sapie i nerwowo się oblizuje, nawet jeżeli setny raz wykonuje dany zabieg, za każdym razem równie skutecznie. Gdyby z jakiegoś powodu przez pół roku nie pracował, pewnie zapomniałby połowę dawek leków i algorytmów, za to odmłodniałby o jakieś dziesięć lat.

Maska z powrotem ląduje na twarzy Jasia. Chłopiec zaczyna się uspokajać, bo venflon szybko i bezboleśnie osiadł w jego żyle. Wojtek podaje leki, po czym od razu wręcza młodemu zużytą strzykawkę. To standardowy manewr, mający na celu uspokojenie dziecka poprzez danie mu do zabawy i pełnej kontroli czegoś, czego jeszcze przed chwilą się bało; jednak w wykonaniu Wojtka, przy jego wrodzonym nieokrzesaniu, wygląda to tak, jakby młody dostał papierek po cukierku albo inny śmieć. Jaś znowu się odwraca, tym razem z maską na twarzy, i płacze. Matka patrzy na Wojtka z obrzydzeniem, po czym przenosi wzrok na mnie, jakby chciała zapytać, co to za troglodyta.

Teraz, po lekach, będzie już tylko lepiej. Gdyby narastający obrzęk zaczął uniemożliwiać pochłanianie choćby minimalnej niezbędnej ilości powietrza, trzeba by było na szybko usypiać i intubować, modląc się o jakikolwiek prześwit w krtani, albo wchodzić do Jasiowej tchawicy przez szyję, przebijając się przez błonę między chrząstkami. Wtedy jeszcze bardziej k... na przetrzymujące to wezwanie dyspozytorki, ale skoro jest tak jak jest, to zrobiłyby nie lada prezent. Mnie i mojemu ego.

***

Więcej o książce przeczytasz tutaj

***Zobacz także***

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy