Remigiusz Grzela: Śmierć jest boleśnie nieprzewidywalna

- Współwłaścicielka warszawskiej księgarni Tarabuk powiedziała mi, że moja książka stoi u niej na półce „śmierć”. Zazwyczaj działy mają inne, bardziej zwyczajne nazwy: „prawo”, „medycyna”, „ogrodnictwo”. A u niej jest: „śmierć” – mówi Remigiusz Grzela, autor książki „Obecność”.

Katarzyna Pruszkowska: Ma pan w swojej komórce numery do osób, które już nie żyją?

Reklama

Remigiusz Grzela: - Tak. Mam kilka numerów do osób, z którymi byłem bardzo związany. Nie umiem ich wykasować.

Dlaczego?

- Myślę, że ludzie, którzy stracili bliskich, chcą zachować jakiś związek z tymi, których już nie ma. To jasne, że numer z komórki już nigdy nie zostanie wykorzystany, ale zapisanie go daje poczucie, że ten ktoś nadal jest, że nie wszystkie nici, które nas łączyły, zostały przecięte.

Mam koleżankę, która zachowała numer męża. Ale nie opłacała abonamentu, więc pewnego dnia, kiedy zadzwoniła, żeby sprawdzić, czy numer działa, usłyszała obcy głos.

- Ja mam koleżanki, które opłacają rachunki za telefony mężów właśnie po to, żeby móc usłyszeć ich głos nagrany na pocztę głosową. Film Magdaleny Łazarkiewicz o Piotrze Łazarkiewiczu ("(Nie)obecność" - przyp. red.) rozpoczyna się odtworzeniem nagrania z poczty głosowej Piotra. Magda mówi w filmie o panice, w jaką wpadła, kiedy komórka męża się rozładowała, a ona uświadomiła sobie, że nie zna do niej PIN-u. Przeraziła się, że już nigdy nie usłyszy jego głosu. Nie wiem, czy można znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla takich zachowań. Pewnie wszystko sprowadza się do tego, że chcielibyśmy, żeby bliscy byli ciągle obok, a komórka daje takie złudzenie.

Być może to ten sam powód, dla którego przechowujemy rzeczy po zmarłych.

- Tak, po śmierci te przedmioty nabierają szczególnego znaczenia. Po śmierci Agaty Kabat, której zadedykowałem moją książkę, zacząłem przyglądać się temu, co od niej dostałem. Nagle porcelanowy korek do wina z ostatnich wakacji w Walencji stał się czymś wyjątkowo cennym, czymś, czego za nic nie chciałbym zgubić. Krystyna Morgenstern nie wyrzuciła koszul męża, Krystyna Janda nie zamknęła "Dzienników" Sandora Maraia, czyli ostatniej książki, którą czytał Edward Kłosiński. Maria Iwaszkiewicz i Alicja Kapuścińska dbają o pracownie mężów tak, jakby tamci zaraz mieli do nich wrócić. 

Czy rozmowy z ludźmi, którzy stracili bliskich, oswoiły pana z tematem "śmierć"?

- Nie jestem pewien, czy ten temat można oswoić. Po wydaniu książki miałem wrażenie, że nie rozmawiam o niczym innym, tylko o śmierci. Zauważyłem, że teraz mówię o niej już inaczej, że już mnie to tak nie boli. Można to chyba nazwać nabraniem dystansu. Wiele zawdzięczam czytelnikom, którzy opowiadali, opisywali bardzo osobiste historie o stracie. To moja czternasta książka, ale nigdy dotąd nie spotkałem się z takimi osobistymi reakcjami.

Jak pan reaguje na te opowieści?

- Czasem nie wiem, jak powinienem reagować. Podczas jednego ze spotkań autorskich podeszła do mnie starsza kobieta, poprosiła o dedykację dla synowej. Powiedziała, że książka ma być prezentem, że ma pomóc synowej poradzić sobie ze śmiercią męża, który popełnił samobójstwo. Zaczęła opowiadać  synu, o tej tragicznej historii, a ja czułem, że nie jestem na to gotowy. Że to rozmowa, która powinna odbyć się w innym miejscu, potrwać dłużej.

Nie wydaje się panu, że śmierć jest nadal tematem tabu, więc niewiele jest okazji, żeby o niej spokojnie porozmawiać?

- Jest w tym sporo prawdy. Współwłaścicielka warszawskiej księgarni Tarabuk powiedziała mi, że moja książka stoi u niej na półce "śmierć". Zazwyczaj działy mają inne, bardziej zwyczajne nazwy: "prawo", "medycyna", "ogrodnictwo". A u niej jest: "śmierć". Zacząłem dopytywać, dlaczego stworzyła taki dział. Odpowiedziała, że często przychodzili do niej ludzie w żałobie, którzy szukali czegoś dla siebie, ale sami nie wiedzieli, czego. Nie wiedzieli, gdzie szukać. Więc ona zaczęła szukać za nich - książek o śmierci, żałobie, odchodzeniu, radzeniu sobie ze stratą.

- Dla mnie to było niesamowite, że w tej księgarni śmierć się tak wyemancypowała. Podczas tamtej rozmowy zrozumiałem, że ludzie przeżywający żałobę często nie wiedzą, czy ich zachowania są normalne. Czy to, że nie chcą pozbyć się rzeczy zmarłego, jest normalne? Czy to, że nie potrafią płakać, jest normalne?  Czy to, że wolą spotykać się z ludźmi, którzy znali zmarłego, niż z tymi, którzy go nie poznali - jak Krystyna Janda - jest normalne? A z książek mogą się dowiedzieć, że cierpią, ale że nie stracili zmysłów.

- Niedawno w prasie ukazał się wywiad z Oriną Krajewską, córką Małgorzaty Braunek. Orina opowiadała o tym, co działo się z nią po śmierci mamy. Powiedziała, że dziwiła się wtedy -jak ludzie mogą dalej normalnie żyć, śmiać się, robić zakupy, chodzić do pracy, kiedy jej właśnie zatrzymał się świat? Rozejrzała się dookoła i ten świat wyglądał tak samo, jak przedtem. A przecież był już inny. Pomyślałem sobie wtedy, co może brzmieć banalnie, że śmierć jest tak boleśnie nieprzewidywalna. Kilka lat temu jechałem z Małgosią Braunek na spotkanie autorskie, wiozła nas właśnie Agata Kabat. Dziś obie nie żyją, chociaż wtedy były zdrowe, nikt w tamtym samochodzie nie myślał o umieraniu.

Myśli pan, że książki i takie wywiady, jakiego udzieliła Orina, pomagają ludziom rozmawiać o śmierci?

- Tak. Myślę, że wielu ludzi chce rozmawiać o śmierci, ale nie wiedzą jak, wstydzą się. Mariusz Szczygieł, w jednym z reportaży z książki "Zrób sobie raj" napisał, że Czesi nie chcą odbierać prochów swoich zmarłych, unikają jak mogą dopełnienia tego obowiązku. Zjawisko było tak powszechne, że wprowadzono nawet specjalną ustawę, która miała zmusić obywateli do zgłaszania się po prochy. Byłem tym wstrząśnięty, bo nawet najbardziej prymitywne kultury mają rytuały związane z pochówkiem i pożegnaniem. Mariusz był kompletnie zdziwiony moim zdziwieniem. Dopiero niedawno przyznał, że rozumie, o czym wtedy mówiłem. Że pożegnanie się z kimś, choćby tylko symboliczne, jest ważne. I że mówienie o zmarłych jest ważne.

Czy do śmierci bliskich można się przygotować?

- Myślę, że nie. Że nie ma znaczenia, czy śmierć była nagła, czy było wiadomo, że nadejdzie. Na końcu i tak zawsze zostaje pustka. Choroba Agaty przebiegała bardzo gwałtownie. Wiedzieliśmy, że nie ma z niej ratunku. Pod koniec życia pożegnała się ze wszystkimi, a później zapadła w śpiączkę. Wiedzieliśmy, że już się z niej nie wybudzi, że w tej śpiączce odejdzie. To trwało dwa tygodnie. Czekaliśmy na wiadomość ze szpitala. Ale kiedy zadzwoniła do mnie jej siostra i powiedziała, że Agata odeszła, przeżyłem szok. Podobnie było ze śmiercią mojej babci, która chorowała na Alzheimera. Choroba pogłębiała się, z czasem z babcią nie było już żadnego kontaktu. Spodziewałem się jej śmierci, wiadomość o niej nie powinna była mnie zaskoczyć. Ale zaskoczyła. Myślę, że wiadomość o tym, że ktoś bliski umarł, nieważne w jakich okolicznościach, zaskakuje zawsze.

Jak udało się panu nakłonić rozmówców do tak intymnych rozmów?

- Wielu rozmówców znałem już wcześniej - choćby Leszka Sankowskiego. Jego żona, Teresa Torańska, umarła 2 stycznia, niespełna dwa miesiące później, 16 marca, umarła Agata. Z obiema rozmawiałem w trakcie choroby, także o odchodzeniu. Po śmierci Agaty wiedziałem, że chcę napisać książkę - nie o śmierci, ale o tym, co dzieje się z bliskimi potem, o tym, co pozostaje. Zacząłem wiec nagrywać rozmowy z Leszkiem.

- Myślę, że  moi rozmówcy wiedzieli, że będą mogli mi zaufać, że nie będę przekraczał granic. Dlatego się zgodzili. To nie były krótkie i łatwe spotkania. Widywaliśmy się po kilka razy, rozmowom towarzyszyły emocje. Starałem się reagować, kiedy stawały się zbyt silne, pomagać rozmówcom wycofując się, zwłaszcza, kiedy pojawiały się łzy. Nie zależało mi na zadawaniu im dodatkowego bólu. W końcu to książka także o nich, o tych, którzy zostali.

 

 

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje