Siostra Anastazja przechodzi na emeryturę

Myślę, że Bóg bardzo kocha ludzi, którzy wykonują proste zajęcia, którzy nie są "na świeczniku". Zwykłą, codzienną pracą, wykonywaną w ukryciu naprawdę można się uświęcić - o bieszczadzkich smakach, pracy w hucie i "zbuntowanych" ciastach i o ostatniej książce przed emeryturą z Siostrą Anastazją Pustelnik FDC, cenioną kucharką i autorką książek kucharskich, rozmawia Sławomir Rusin.

Sławomir Rusin: Dla wielu czytelników książki Siostry są powrotem do kuchni z dzieciństwa, czyli do smaków najlepszych. Są jakieś potrawy, które z tego okresu szczególnie mocno zapadły Siostrze w pamięć?

Reklama

Siostra Anastazja: - W czasach mojego dzieciństwa kuchnia była bardzo uboga. Gospodynie nie znały wtedy tylu produktów i przepisów. Może w miastach sytuacja była inna, ale na wsi było po prostu biednie. Wychowywałam się na Podkarpaciu, na terenach bieszczadzkich. Tam ludzie utrzymywali się z tego, i jedli to, co sami zebrali z pól i co wyhodowali w oborach. Życie było bardzo ciężkie. Niemniej pewne potrawy pamiętam doskonale: barszcz biały, pierogi, gołąbki z ziemniakami. Mięso pojawiało się bardzo rzadko.

Ja też pochodzę z Podkarpacia, jako dziecko uwielbiałem pieczone przez babcię na kuchennej blasze proziaki (placki z sodą)...

- O tak, proziaki są mi doskonale znane, ale u mnie w domu na blasze piekło się też trochę rzadsze, rozrabiane ciasto. Do tych placków mama podawała nam świeże mleko "prosto od krowy". Było jeszcze cieplutkie, z pianką, a do tego te placuszki. To było pyszne danie.

Czasami te najprostsze rzeczy wspomina się najlepiej.

- Zgadza się. Pamiętam też pieczone proste drożdżowe ciasta zawijane z marmoladą lub z jabłkami. No i oczywiście z makiem - dawniej można było siać go bez pozwoleń, był więc dość popularny.

Podkarpacie to także pierogi, i to różne: ruskie, z kapustą, ze słodkim serem...

- U mnie w domu w każdą niedzielę czy święto na śniadanie jadło się właśnie pierogi.

Czy kuchnia regionalna jakoś kształtowała styl gotowania Siostry już tu w Krakowie?

- Oczywiście. W książkach można znaleźć wiele przepisów regionalnych. Nie tylko z Podkarpacia. Dziś, w związku z tym, że wiele osób zmienia miejsce zamieszkania, wyjeżdża do dużych ośrodków, wiąże się z osobami z innych regionów, kuchnia polska jest coraz mniej podzielona na regiony. Te różne wpływy mieszają się w domach.

- Są potrawy, które doskonale sprawdzają się w pewnych regionach, są tam popularne, ale gdzie indziej już nie. Pamiętam, że kiedy przebywałam na placówce w Jastrzębiu, czyli na Śląsku, przygotowałyśmy pierogi z jarskim farszem. Po obiedzie jedna z pielęgniarek podeszła do nas do kuchni zapytać, z pewną pretensją nawet, co to za danie niezjadliwe było na obiad? Koleżanki zaczęły się z niej śmiać: "Jak to? Nie znasz pierogów? Nie wiesz, co to jest?".

Na Wschodzie robi się również inne pierogi - duże, pieczone, z różnym farszem.

- Tak, takie pierogi zabierało się do prac polowych. Dawniej praca przy żniwach trwała cały dzień, od rana do wieczora. Nie było przecież kombajnów, żęło się sierpami, potem kosami. Wychodząc z domu trzeba było zabrać prowiant na kilka, kilkanaście godzin. I najczęściej braliśmy takie pieczone pierogi z drożdżowego (oczywiście nie najlepszej jakości) ciasta z farszem, np. z kapustą i serem albo na słodko, z jabłkiem. To było bardzo dobre, sycące danie.

A co do picia?

- Najczęściej braliśmy do butelek sok z wodą. Piliśmy też zwykłą wodę źródlaną. Pola były wtedy zadbane, nic nie stało odłogiem. Dziś, kiedy czasem wracam w rodzinne strony, wszystko pozarastane jest trawą lub młodym lasem. Dawniej wiedzieliśmy, gdzie można znaleźć źródełko i chodziliśmy do niego czerpać wodę. Pamiętam ją doskonale - czysta i zimna. Orzeźwiała i gasiła pragnienie. Dziś w tej gęstwinie trudno byłoby odnaleźć te miejsca.

Zaczęła Siostra samodzielnie gotować po śmierci mamy, jako siedemnastoletnia dziewczyna.

- Mama zmarła w żniwa. W nocy. Wstaliśmy rano z bratem (tata zmarł, kiedy miałam pół roku) i trzeba było coś przygotować do jedzenia. Zrobiłam więc ziemniaki z kwaśnym mlekiem. To było moje pierwsze danie w pełni samodzielne.

Początki były trudne?

- Były trudne, bo do sklepu było daleko - piechotą 12 kilometrów. A w sklepie też nie można było wszystkiego kupić. Chleb na przykład był dostępny tylko rano.

12 kilometrów? Trzeba było iść ponad dwie godziny...

- Dlatego chleb najczęściej piekło się samemu. Pierwszy, który piekliśmy z bratem, spaliliśmy. Nie mieliśmy jeszcze wyczucia, jaka powinna być temperatura w piecu.

Przecież nie było termometrów...

- Dziś w niektórych piecach też ich nie ma, ale gospodynie często mają taką wprawę w ocenianiu temperatury, że żadne termometry nie są im potrzebne. Moja bratowa wkłada rękę do pieca i doskonale wyczuwa, czy jest to dobra temperatura na przykład na pieczenie ciastek. To jest kwestia doświadczenia.

Siostra sama dochodziła do tego, jak gotować i piec?

- Trochę zapamiętałam z nauk mamy. Ale pomagały mi też sąsiadki, starsza siostra, która mieszkała już poza domem... Jak sobie z bratem ugotowaliśmy, tak też zjedliśmy. Trzeba było sobie jakoś radzić.

Niedługo po śmierci mamy wstąpiła siostra do zakonu?

- Oj nie. Nasza sytuacja materialna była dość trudna, a jako młoda dziewczyna chciałam mieć jakąś ładną sukienkę. W końcu każda kobieta, nie tylko młoda, chce pięknie wyglądać. Dorabiałam więc przy różnych pracach, np. przy sadzeniu lasu. Były to jednak prace sezonowe, dość krótkie. Dlatego postanowiłam znaleźć jakąś stałą pracę. I tak trafiłam do huty szkła w Czechosłowacji.

Gdzie? O tym epizodzie z życia Siostry nie wiedzą chyba nawet najwierniejsi Czytelnicy. Jak to się stało?

- W czasach mojej młodości na wsi nie było telefonów. Ludzie przekazywali więc sobie informacje, ogłoszenia za pomocą wędrującej od domu do domu kartki, którą określaliśmy mianem "motyl".

Dziś użylibyśmy zapewne słowa newsletter. "Motyl" ma o wiele więcej uroku.

- Też mi się tak wydaje. Pewnego dnia natrafiłam w jednym z takich "motyli" na ogłoszenie o pracę w Czechosłowacji. Trzeba było wysłać zdjęcie i dane osobowe. Organizatorzy załatwiali resztę formalności, wyrabiali nawet paszport. Zgłosiłam się więc i po jakimś czasie wyjechałam. Tak, jak chciałam, zarobiłam trochę pieniędzy, kupiłam sobie sukienkę i nie tylko... Tyle, że chyba niepotrzebnie, bo po dwóch latach pracy w hucie wstąpiłam do klasztoru.

Praca w hucie była ciężka?

- Bardzo. Źle ten czas wspominam. Polerowałyśmy obrazovki, czyli po prostu ekrany do telewizorów. Czasem dzień pracy miał 16 godzin. Wychodziłyśmy mokre, zarówno od wysokiej temperatury, jak i od wody służącej do mycia ekranów. Do fabryki dowożono nas 20 km. Nie można było się spóźnić, transport odjeżdżał punktualnie i nie było innego sposobu, by dostać się do huty. Dodam, że był to okres po inwazji wojsk Układu Warszawskiego, więc Czesi nie zawsze traktowali nas dobrze... Pamiętam, że 8 marca, Dzień Kobiet świętowały tylko Czeszki, my pracowałyśmy normalnie.

W jaki sposób dowiedziała się Siostra o Córkach Bożej Miłości, do których wstąpiła?

- Siostra dziewczyny, z którą dzieliłam pokój, była w tym zgromadzeniu. Słyszałam więc opowieści o tym zakonie. Od koleżanki dostałam też adres klasztoru. Napisałam do sióstr, że chcę wstąpić, ale pod warunkiem, że nie będzie to zakon kontemplacyjny (śmiech). Dostałam odpowiedź i pojechałam.

- Nasz główny dom jest w Krakowie, na ul. Pędzichów. Pamiętam, że miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Pochodziłam przecież z malutkiej biednej wioski w Bieszczadach. Dom wybudowany przez tatę składał się z jednej izby, sieni i części stajennej. Szok był zatem naprawdę duży.

W klasztorze od razu poznano się na Siostry talencie? Czym się Siostra zajmowała?

- Nie. Formacja zakonna kładzie na początku nacisk na inne elementy. Ale podczas pomagania siostrom odkryłam z czasem, że to praca w kuchni najbardziej mnie pociąga. Na pytanie więc matki przełożonej o to, co chciałabym robić, odparłam: "Gotować".

- Tak też się stało. Moją pierwszą placówką po ślubach był Pleszów (niedaleko Nowej Huty), dziś ten dom zakonny znajduje się w Prusach (gm. Kocmyrzów). Potem przeniesiono mnie do Jastrzębia, gdzie gotowałam dla chorych dzieci i dla personelu w zakładzie leczniczo-opiekuńczym. Pracowałam tam dwanaście lat. A potem znów Kraków...

Jaki jest charyzmat Córek Bożej Miłości?

- Nasze zgromadzenie powstało w Wiedniu, w drugiej połowie XIX w, w okresie rewolucji przemysłowej. Jego założycielką była Matka Franciszka Lachner. Wiele dziewcząt przyjeżdżało wtedy ze wsi do miast w poszukiwaniu pracy, były bez opieki, niewykwalifikowane, niepiśmienne, łatwo było je wykorzystać, wciągnąć na złą ścieżkę. Trzeba było się nimi zaopiekować, zająć się ich edukacją. Do dziś prowadzimy szkoły i bursy. Do kształcenia dochodzi też katechizacja, opieka nad upośledzonymi dziećmi, prowadzenie Domów Samotnej Matki. To są główne obszary działalności Córek Bożej Miłości.

Matka założycielka mówiła, że powołaniem Córek Bożej Miłości jest: "Czynić dobro, nieść radość, uszczęśliwiać, prowadzić do nieba". Myślę, że Siostra, dzięki swojej kuchni, doskonale wpisuje się w to zawołanie - i czyni dobro, i niesie radość, i uszczęśliwia, i w jakimś sensie prowadzi do nieba...

- Miło mi to słyszeć. Zwykła praca, nawet w kuchni, może być jak najbardziej realizacją powołania. Oczywiście są ludzie powołani do tego, żeby być "na zewnątrz", żeby głosić Ewangelię, być misjonarzami, kaznodziejami, wydawać książki, ale te osoby potrzebują wsparcia, zaplecza. Takie powołanie jest też bardzo ważne. Mnie bardzo cieszy moja praca, to że komuś smakują moje specjały. Czyjaś radość z posiłku jest też moją radością.

- Myślę, że Bóg bardzo kocha ludzi, którzy wykonują proste zajęcia, którzy nie są "na świeczniku". Kiedy popatrzymy na prywatne objawienia, to ich świadkami są zwykle osoby skromne. Zwykłą, codzienną pracą, wykonywaną w ukryciu naprawdę można się uświęcić.

Praca pracą, ale proszę powiedzieć, jak Siostra odpoczywa?

- Po pracy w klasztorze jezuitów wracam do swojego domu klasztornego. Tam - jak to w klasztorze - jest modlitwa, ale też czas na odpoczynek. Bardzo lubię czytać książki, pochłaniam ich wiele, słucham też nagranych sesji rekolekcyjnych. Daje mi to odprężenie, a zarazem pożytek duchowy, intelektualny. Tak się składa, że w naszym domu mieszkają starsze, chore siostry, więc czasem im pomagam.

W domu klasztornym Siostra nie przygotowuje już posiłków...

- Nie.

A posiłki przygotowane przez inne siostry smakują? Jako świetna kucharka jest Siostra zapewne surowym krytykiem kulinarnym...

- Nie, zdecydowanie nie. Uważam - i zawsze to powtarzam - że po kucharkach nie powinno się poprawiać jedzenia. Jak jest podane, tak zjem. Nawet przypraw nie dodaję. Wiem bowiem, że każdy, kto gotuje, stara się zrobić to jak najlepiej, stara się dogodzić wszystkim. Choć to, jak wiemy, jest niemożliwe. Dlatego nie poprawiam i nie krytykuję.

To zupełnie inne podejście niż w niektórych programach kulinarnych w telewizji...

- Być może. Telewizji praktycznie nie oglądam; czasem w niedzielę wraz siostrami oglądamy program Między Ziemią a Niebem. Tyle. Trudno mi więc odnosić się do programów kulinarnych. Nie inspiruję się nimi w żaden sposób. Jak już powiedziałam, wolę poczytać w wolnym czasie dobrą książkę.

Zawsze wszystko Siostrze wychodzi w kuchni?

- Raczej tak. Pamiętam jednak, że kiedyś piekłam ciasto, które trochę "się buntowało". Pani, z którą pracuję - jak zauważyłam - co chwilę spoglądała na to, co robię, ale nie komentowała. Ja za to raz za razem wpadałam na kolejne pomysły, jak ten wypiek uratować i wcielałam je w życie. W końcu się udało. Podeszła do mnie wtedy ta pani i powiedziała: "Już myślałam, że nic z tego nie będzie. Jak to Siostra zrobiła, że tak fajnie to wyszło?".

- Mamy w kuchni zasadę, zwłaszcza jak gotowania uczą się młode osoby, żeby nigdy nie krytykować, nawet jeśli komuś na początku coś nie wyjdzie. Nawet wtedy należy pochwalić. Po jakimś czasie można powiedzieć, że to danie można było jakoś poprawić, inaczej zrobić. Ale zawsze należy to robić delikatnie, żeby nie podcinać skrzydeł.

Siostra, jak widzę, jest nie tylko świetną kucharką, ale również psychologiem...

- Zawsze trzeba zachęcać, chwalić, nie tylko dzieci. Wtedy łatwiej się uczymy. Bardzo ważne jest to, żeby człowiek uwierzył w siebie. I tę wiarę powinniśmy pomóc budować. Tym bardziej, że gotowanie, zwłaszcza na współczesnych produktach nie jest tak proste, jakby się wydawało. Mamy wiele dostępnych produktów, ale zwykłe masło, budyń, mąka, w zależności od producenta, zachowują się bardzo różnie i nie zawsze praca pójdzie po naszej myśli i według przepisu. Niestety, dziś już mało kto wyrabia własne masło, śmietanę, robi własne sery czy wędliny.

Siostra gotuje prawie czterdzieści lat, w tym u jezuitów osiemnaście. Nie znudziło się?

- Oj nie. Gotowanie sprawia mi wielką radość. Niestety moje nogi nie do końca chcą przestrzegać ślubu posłuszeństwa i czasem odmawiają współpracy. Tak naprawdę każdy dzień mojej pracy jest inny. Cały czas wymyślamy coś w kuchni, opracowujemy nowe przepisy, poprawiamy niektóre. Po prostu twórcza praca.

Może Siostra wskazać przepis, z którego jest szczególnie dumna?

- Wydaje mi się, że wszystkie są dobre.

Zdecydowanie...

- Każdy może sobie coś wybrać dla siebie. Są przepisy świąteczne, postne, droższe i tańsze. Staram się zawsze, żeby kuchnia była zróżnicowana. Raczej nikt nie je codziennie świątecznego obiadu. W życiu trzeba umieć pościć, ale trzeba też umieć świętować. Ważne jest także wspólne przygotowanie, w tym posiłków, do święta.

Jezuita, ojciec Stanisław Groń powiedział kiedyś, że należy się Siostrze medal, państwowe odznaczenie nie tyle za przepisy, ile za jednanie, gromadzenie polskich rodzin wokół przygotowywania i spożywania posiłków. Myślę, że to bardzo trafne zdanie.

- Na spotkaniach z czytelnikami zawsze powtarzam, że w domu posiłki powinno się przygotowywać wspólnie. Oczywiście w miarę możliwości, np. w dni wolne od pracy. Nie traktujmy osoby, która przyrządza obiad (kobiety czy mężczyzny, bo mężczyźni dziś też świetnie gotują) jak kucharki i kelnera w jednej osobie. Przecież rodzinne przygotowywanie posiłków to dla dzieci radość. Obserwuję to u moich znajomych.

- Oczywiście najmłodszym można powierzyć tylko najprostsze prace, ale nawet wtedy będą czuły się ważne i potrzebne. Taka wspólna praca bardzo łączy. Przez wieki najważniejszym meblem w domu był stół, dziś w wielu domach jest nim telewizor. Warto zadać sobie pytanie, z kim łączy nas ekran, a z kim stół...

Niedługo odchodzi Siostra na emeryturę, na rynku pojawiła się też ostatnia książka Siostry. Pałeczkę przejmie ktoś inny. To godny następca?

- O tak. Siostra Salomea fantastycznie gotuje i piecze.

Takie słowa w ustach Siostry, to chyba najlepsza rekomendacja.

- Myślę, że może być nawet bardziej cenioną kucharką.

Czuje Siostra radość, że znalazł się następca tego dzieła?

- Na pewno. Cieszę się, że jest ktoś, kto będzie się dzielił tym dobrem, które ma w sobie, tym talentem, który otrzymał od Boga. I że inni będą z tego daru czerpali radość.

Jest jakaś rada, którą chciałaby Siostra pozostawić dla siostry Salomei?

- Kucharskiej rady nie mam. Siostra Salomea ma swoje tajniki. Jedyną radę, jaką mogłabym jej pozostawić to ta, żeby zawsze wkładała serce w to, co robi. Jestem jednak spokojna o to, bo nasze zgromadzenie, Córek Bożej Miłości, żyje jednym duchem i jednym sercem. Zawsze wkładamy w naszą działalność, w to, czym się zajmujemy całe nasze serce, wszystkie nasze siły, talenty. To jest jedność.

Owszem, jest jedność, każdy ma jednak swoje indywidualne talenty.

- I jestem pewna, że siostra Salomea je wykorzysta. Ja mam za sobą doświadczenie pracy wyłącznie w Polsce, w kontakcie z naszą kuchnią. Siostra Salomea pracowała natomiast we Włoszech, myślę więc, że smaki z tamtych rejonów będą w jej książkach również obecne. Z czego bardzo się cieszę i myślę, że czytelnicy też.

Na rynku sprzedały się ponad trzy miliony Siostry książek. Osiągnęła Siostra wielki sukces, a jednocześnie zachowała niezwykłą skromność, nieśmiałość. Jak to Siostra robi?

- Ktoś nawet napisał: "Pierwsza Kucharka Rzeczpospolitej". Papier wszystko przyjmie. Ja nie lubię takich określeń. Najlepiej czuję się w kuchni, na uboczu, przy pracy. Spotkania z mediami mnie krępują.

- Jeśli pracy towarzyszy radość, efekty stają się widoczne dla wszystkich. Kto wykonuje swój zawód pod przymusem, nigdy nie będzie dobrym specjalistą, niezależnie od tego, czy jest lekarzem, stolarzem czy nauczycielem. Swoją pracę trzeba lubić. Trzeba też wiedzieć, dla kogo się pracuje. Ja moją pracę wykonuję z miłości do Pana Jezusa i staram się tak przygotowywać posiłki, jakby były dla Niego. To mi bardzo pomaga. Nie mam wtedy względu na osoby, nie patrzę, czy kogoś darzę sympatią, czy nie.

Co prawda, w zakonie o miejscu pobytu, zajęciu decydują przełożeni, ale może zdradzi nam Siostra, czemu chciałaby się teraz poświęcić?

- Na pewno trochę odpocznę, ale wiem, że moja pomoc przyda się w opiece nad innymi siostrami. Mamy też w domu duży ogród.

Lubi Siostra pracę w ogrodzie?

- Uwielbiam, ale nie wiem, czy zdrowie pozwoli mi na takie zaangażowanie w jego pielęgnację, jakiego bym pragnęła.

Życzę zatem zdrowia przede wszystkim, i myślę, że nie jestem osamotniony w tych życzeniach.

- Bardzo dziękuję. Bóg zapłać. A ja obiecuję modlitwę za wszystkich korzystających z moich przepisów. Moje książki co prawda przestaną się już ukazywać, ale moja modlitwa nie ustanie. Wszyscy potrzebujemy modlitwy.



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje