Reklama

Reklama

Spinalonga - przeklęta wyspa trędowatych

Dziś Spinalonga to niezamieszkała wyspa, położona na wschód od Krety. Jednak jeszcze pół wieku temu służyła ona za leprozorium – miejsce przymusowego odosobnienia dla chorych na trąd. Mieszkańcy, cierpiący na śmiertelną i stygmatyzującą chorobę, zbudowali sobie tam namiastkę życia: uczestniczyli w nabożeństwach, handlowali, nawet zawierali małżeństwa. O ich życiu pisze Magda Knedler w książce „Szepty z wyspy samotności”, której fragment publikujemy.

To jednak wyjątkowi chorzy. Tacy, których się nie leczy, ale izoluje. Na których prowadzi się obserwacje. Z którymi coś trzeba zrobić, bo się przecież wszystkich naraz nie odstrzeli. Odgradza się więc nas od reszty świata, bo zarażamy, lecz także dlatego, że przykro na nas patrzeć. Nie każdy ma siłę pracować, lecz ci, których kończyny uległy zniekształceniu lub całkiem odpadły, którzy potracili wzrok i pozapadały im się nosy - tak, nadal żyją! Co więc z nimi zrobić? Leczyć ich? Jak i czym? Zostawić, aby głodowali i umierali w brudzie? Nie godzi się, nie w dwudziestym wieku. 

Reklama

Wypłacić rentę? Owszem. Niewysoką, ale taką, która zapewni podstawy materialnego bytu i umożliwi handel z pobliską wioską. Dzięki temu jakoś pchamy ten wózek dalej. My dzięki ich towarom, oni dzięki naszym pieniądzom. Wiedzą, że mogą nam podać dowolną cenę za swe produkty, bo przecież nie będziemy negocjować. Nie będziemy szukać konkurencyjnych ofert. 

Elefterios ma jedno oko zdrowe i czasem łypie nim na mnie kpiąco. Co my tam wiemy o umieralni, mówi, umieralnia to była w 1905 roku. Pusto, gorąco, ruiny wszędzie, gołe kamienie. "Ja jestem człowiek ze wsi, a dziadostwa takiego jeszcze nie zaznałem". Turcy dopiero co poszli. "Mówiono, że Spinalonga od lat się wyludniała, kiedyś tu żyło ponad tysiąc ludzi, a przed nami ledwie powyżej dwustu". Domy się waliły, nie było komu remontować. Elefterios zawsze się w tym momencie zamyśla, robi pauzę, a później z lekkim wyrzutem dodaje, że pewnie Turcy w rujnowaniu dopomogli, co nieco podpalili. Opuszczali Spinalongę z goryczą, nie chcieli rekompensaty pieniężnej. Elefterios ich w sumie rozumie, trudno przyjąć pieniądze za utracony rodzinny dom i jeszcze za nie podziękować. "Ciężko odbijać od brzegu z myślą, że w moich czterech ścianach zamieszka plugawy trędowaty", mówili.

Nigdy się w takich chwilach nie odzywam, bo przypłynąłem tu dwadzieścia sześć lat po Turkach, ale starsi mieszkańcy mówią, że Turcy szybko stąd uciekali, kiedy się dowiedzieli, kto ma wyspę zasiedlić. Zostawiali ponoć w popłochu część swoich rzeczy, mebli, sprzętów... To jak to w końcu jest, pytam czasem Elefteriosa, zostawiali czy niszczyli? Nie umie odpowiedzieć. Nie może machnąć ręką, ale wiem, że na pewno by chciał.

Wiem też, że trzydzieści jeden lat temu na wyspie korzystano jeszcze z weneckich cystern na deszczówkę, a Wenecjanie odeszli stąd w 1715 roku. Wiem, że nie było toalet lub choćby dołów kloacznych i odchody wyrzucano w iście średniowieczny sposób - na zewnątrz, by nie zalegały w domu. Ewentualnie, jeśli ktoś miał siłę, fatygował się z wiaderkiem na mur i chlustał jego zawartością w nasze piękne turkusowe morze. Wiem, że w wielu domach nie było podłóg, dachów i drzwi. Kto nie wie, jak wygląda zima na Krecie, temu się może zdawać, że jest tu ciągle ciepło, a tak nie jest. Wiem, od Elefteriosa i innych, a ci wiedzą od jeszcze innych, co się o Spinalondze mówiło między ludźmi. Że to umieralnia i śmietnik. Że się tu pije, bluźni, kopuluje i czeka na śmierć. A nawet kiedy było już lepiej, kiedy zakwitł handel, przybyli robotnicy z zewnątrz i pielęgniarki, przysłano kapłana, by niósł ludziom pociechę duchową, kiedy domy nabrały godziwych kształtów i można w nich było po ludzku mieszkać, kiedy się trochę uprzątnęło i ułożyło, a ludzie zaczęli budować wspólnotę, odtwarzając znane sobie rytuały związane z cyklem natury i świętami religijnymi - nawet wtedy wyspę odwiedził francuski lekarz, który później opisał ją we francuskiej gazecie jako miejsce, gdzie chorzy przeklinają swój los, a trądu nikt nawet nie próbuje leczyć.

Było to dwa lata przed moim przybyciem na Spinalongę. Wszyscy mi powtarzali, że teraz już idzie ku dobremu. Że ja nie wiem, jak to było dawniej, bo gdybym wiedział, miałbym w oczach jeszcze większy strach. Pewnie mają rację. Na wyspę przypływa lekarz od ciał. Tym, co w głowie, nikt się nie zajmuje. Nikt i tak by nie umiał, nawet gdyby chciał. Ale nikt nie chce. Sam zresztą nie wiem, jak wytłumaczyłbym komuś dramat rozgrywający się w mojej głowie, z czym walczę każdego dnia, wokół czego skupiają się moje myśli i pragnienia. Nikt, kto nie doświadczył podobnego losu, nie wie, że wszystko zamyka się w teraźniejszości, bo przyszłość nigdy nie zaistnieje. Przyszłość, którą można by planować i rysować w wyobraźni, tak jak się rysuje wielką panoramę, rozmieszczając na czystej płaszczyźnie płótna figury i obiekty. Moje życie nie jest już czystą płaszczyzną, są na nim plamy i zabrudzenia. Mam tylko przeszłość, którą wspominam, i tę chwilę. Właśnie tę, kiedy piszę. Pytam więc: co z naszymi umysłami? Czy dożyję dnia, w którym na wyspie postawi stopę lekarz dusz? Otrzepie ubranie, rozejrzy się, zmruży oczy, wystawi twarz na wiatr? Czystą twarz o jasnej, gładkiej skórze. A później powie:

- Rozumiem was.

Nie ma nikogo takiego. Żeby nas zrozumieć, trzeba podzielić nasz los. Trzeba dołączyć do wspólnoty, by pojąć, co to znaczy być żywym, a jednak umarłym. Ja sam należę do wspólnoty już od sześciu lat. Pierwsza noc spędzona tutaj, w nowym domu, którego długo nie potrafiłem nazwać "moim", była najtrudniejsza. Chciałem skończyć ze sobą od razu, nie mieściło mi się w głowie, że mogę rozpadać się dzień po dniu, kawałek po kawałku. Dopiero później zmieniłem zdanie. Zrozumiałem, że na wyspie ciszy też toczy się życie, że każdy człowiek trzyma się go kurczowo, celebrując dni, które jeszcze zostały. Tutaj mamy to, czego nie mogliśmy otrzymać nigdzie indziej. Namiastkę normalności. Codzienność ubraną w określony kształt. Poczucie przynależności do grupy, której członków łączy wspólne doświadczenie i to samo piętno od wieków wymuszające izolację i wykluczenie ze świata zdrowych.

A jednak pierwszej nocy chciałem ze sobą skończyć, bo diagnoza odebrała mi dawne życie, dom, bliskich i wszelką nadzieję. Nie potrafię opisać, co wtedy czułem. Teraz zastanawiam się, czy dziewczyna o popielatych włosach czuła to samo. Ludzie mówią, że tak. Powtarzają to w kółko, odkąd lekarz wyraził przypuszczenie co do zażycia trucizny. Mam zamiar z nim porozmawiać, zadać kilka pytań. Wiedziałem, że nie będzie dociekał przyczyn jej postępowania, bo tutaj to nie pierwszy taki przypadek. Nawet jeśli samobójcy częściej kończą na skałach lub na stryczku, niż sięgają po truciznę. Truciznę trzeba jakoś zdobyć, a przecież my jesteśmy więźniami. Myślę, że dziewczyna wystarała się o nią w swoim dawnym świecie i przywiozła na wyspę. Może chciała się jeszcze namyślić? Może miała nadzieję, że zobaczy tutaj coś, pod czego wpływem zmieni zdanie?


Samobójcy. Nazywam ich "pięknymi". Piękni samobójcy. Ludzie kończą ze sobą wtedy, kiedy mogą jeszcze bez skrępowania patrzeć w lustro i nie boją się widoku własnej twarzy. Jak ona. Jak ona? Czy na pewno? Dziewczynę pochowaliśmy na cmentarzu, odprowadziliśmy ją tak, jak odprowadzamy każdego. Dla nas to żadna nowość przejść tę drogę. Ona była tu wprawdzie krótko, ale przybyła z identycznych powodów co reszta. Pozostała młoda i piękna. Wszyscy zaakceptowali to, że targnęła się na swoje życie, nikt się specjalnie nie dziwił. Śpiewaliśmy, modliliśmy się, kroczyliśmy za trumną, ktoś cicho łkał, ktoś głośno zawodził. Nie chodziło tylko o smutek z powodu czyjejś śmierci, lecz o smutek z powodu własnej. Kiedy kogoś chowamy, jest tak, jakbyśmy chowali samych siebie. Wyświechtana życiowa prawda głosi, że wszyscy umrzemy, ale na wyspie te słowa znaczą coś zupełnie innego. Umieramy każdego dnia i każdej minuty, nasze ciała rozkładają się na naszych oczach. Kroczymy w wiecznym żałobnym korowodzie, prowadzeni przez ponurego żniwiarza. Danse macabre. Taniec śmierci.

To nasze przeznaczenie.

Tak, zdecydowanie muszę porozmawiać z lekarzem. Wydaje mi się, że dziewczyna połknęła cyjanek. Medyk musi podzielać moje przypuszczenia, bo kiedy wyraziłem je głośno, nie odezwał się, tylko spuścił głowę. Czy się przejął? Jest człowiekiem niepozbawionym empatii, ale nie może przecież wylewać łez z powodu każdego pacjenta. W tym zawodzie musiał się uodpornić, zwłaszcza odkąd przyjeżdża na wyspę. Z początku mówił, że opracuje dla nas lek i że wszyscy wreszcie opuścimy to miejsce. Teraz już tak nie mówi.

Dziewczyna przywiozła ze sobą cyjanek, żeby zapewnić sobie jedyną drogę ucieczki ze Spinalongi, jaka istnieje. Być może zaplanowała to już wcześniej, a plan zamierzała zrealizować tutaj, z dala od rodzinnego domu, by nie przysparzać dodatkowych cierpień bliskim. To rozsądna teoria i najpewniej pokrywa się z rzeczywistością. A jednak...

Jest coś, co nie daje mi spokoju. Mieszkam najbliżej domu, w którym to się stało. Wcześniej oprowadziłem ją po wyspie, objaśniłem co i jak. Nie narzucałem się i nie pocieszałem na siłę. Nikt z nas tego nie lubi. Kiedy chciała zostać sama, spełniłem jej prośbę. Skąd mogłem wiedzieć...? Późnym popołudniem zapukałem do drzwi. Zamierzałem zapytać, czy nie potrzebuje pomocy, przyniosłem też świeżą wodę i coś na skromną kolację. Wiedziałem, że nie przywiozła ze sobą nic do jedzenia. Zaniepokoiła mnie głucha cisza. Nie pukałem ponownie, od razu szarpnąłem za klamkę. Tamtego dnia lekarz wprawdzie nie odpłynął jeszcze z wyspy, ale kiedy go sprowadzono, nie mógł już pomóc dziewczynie. Zostaliśmy sami w izbie, mężczyźni poszli się zatroszczyć o wino, chleb i oliwę, a kobiety o płótno do owinięcia ciała i poinformować kapłana. Wtedy właśnie doktor półgębkiem wspomniał o truciźnie, a ja - konkretnie o cyjanku potasu. Nie wiem, czy jest coś, co równie szybko sprowadza na człowieka śmierć. Na powolnym umieraniu znam się już całkiem dobrze, ale na szybkim - w ogóle.

Być może powinienem znaleźć kogoś, z kim mógłbym o tej sprawie porozmawiać. Dziewczyna na pewno chciała odebrać sobie życie, jednak jest jeszcze coś. To imię, które wyszeptała, kiedy zbliżaliśmy się do jej nowego domu. Poprosiłem, by powtórzyła, ale ona spłoszyła się i zamilkła. I to spojrzenie, jakie po przybyciu na Spinalongę wymieniła z... Nie, nie mogę tego zapisać. Nie wolno mi wyciągać tak absurdalnych wniosków. Nie będę z nikim rozmawiał, bo i po co? Wszyscy tutaj mają swoje zmartwienia, własne obawy i złudzenia, że coś jeszcze może się zmienić na lepsze. Wszyscy tutaj, jak już pisałem, mają - jeszcze - swoje własne życie, którego trzymają się kurczowo, nawet jeśli wiedzą, że nić każdego z nas staje się coraz krótsza. Kloto wciąż ją przędzie, Lachesis odpowiada za przydzielony nam los, ale Atropos już unosi dłoń, już wysuwa ostrze, by dokonać ostatecznego, nieodwracalnego cięcia. Mojry są tu przez cały czas. Trzy boginie przeznaczenia, którego nie da się oszukać. Za dużo sobie pozwalam. Spojrzenie dziewczyny mogłem przecież niewłaściwie zinterpretować, wyszeptane imię źle usłyszeć. Mieszkam na wyspie od sześciu lat i izolacja z pewnością mi nie służy.

A jednak... to dziwne.

Tekst jest fragmentem książki "Szepty w wyspy samotności" Magdy Knedler (wyd. Mando). 

 

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy