Reklama

Reklama

To był pierwszy taki wyczyn w Polsce. Wielu wątpiło w sukces

Przez całe lato 1931 roku starano się dochować pewnej lotniczej tajemnicy. To miała być niespodzianka dla całej Polski. Dwa miesiące przygotowań i treningów dzień w dzień, gdy tylko pozwalała pogoda. Przeczytaj fragment książki "Awiatorzy. Podniebne przygody polskich lotniczek i lotników", z którego dowiesz się, do jakiego wyczynu się szykowano.

Na lotnisku lwowskim, na wschodzie kraju, startowały pilotki Wanda Olszewska i Danusia Sikorzanka. Wyszkoliły się niedawno w miejscowym aeroklubie, mogły już siadać za stery zupełnie same. A gdy ktoś pytał zdziwiony, czemu nadal tyle czasu spędzają w powietrzu, skoro ukończyły kurs, mówiły, że tak po prostu sobie latają, żeby nie wyjść z wprawy. Warczały silniki, trawa pryskała spod kół drewnianych samolotów. Ale im bliżej było końca września, tym więcej osób we Lwowie przeczuwało, że coś się szykuje. Tylko co?

Na lotnisku pojawiły się nowe samoloty PZL-5. Drewniane, kryte płótnem, zwane dwupłatowcami od podwójnej pary skrzydeł, były najnowszym modelem sportowych maszyn latających. Wyprodukowano je rok wcześniej w Warszawie według projektu polskich inżynierów. Dziewczyny szybko zapoznały się z PZL-5 i uznały, że lata się nimi świetnie. Silnik pracował bez zarzutu, samolot mógł się rozpędzić do prędkości 160 kilometrów na godzinę. Dziś potrafi to wiele samochodów, ale wówczas taką prędkość uznawano za zawrotną. Trzydziestego września atmosfera była pełna napięcia. Z lwowskich gazet krzyczały okraszone wykrzyknikami teksty:

Reklama

Urządzenie rajdu jest przedsięwzięciem bardzo śmiałym. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę jego trasę. Prawie 3000 km od Katowic przez Kraków, Lwów, Stanisławów, Tarnopol, Łuck, Brześć i Wilno do Lidy, Grodna i Warszawy, aż wreszcie przez Toruń nad morze do Pucka, potem do Poznania, Łodzi i z powrotem do Katowic. I to wszystko oblecą nasze dzielne lwowianki, Wanda i Danuta, w parze z pannami ze Śląska. Trzymamy kciuki za powodzenie wyprawy!

Od razu rozpętała się burza. Nikt w Polsce nie wierzył, że coś takiego jest możliwe.

- Kobiety za sterami samolotów? Kto to widział! Po własnym domu niech latają! - grzmiały głosy oburzenia.

- Taka długa i niebezpieczna trasa, nad całą Polską? To się nie uda! - wątpili inni.

Wielu ludzi wtedy w ogóle nie miało jeszcze okazji zobaczyć samolotu. Bali się, gdy na stację zajeżdżała lokomotywa, buchając kłębami dymu, a co dopiero gdy dziwna maszyna, drewniana jak zwykły wóz drabiniasty, miała, przecząc rozumowi, wzbić się w przestworza! Do tego większość ludzi uważała, że miejsce kobiety jest w domu, w roli gospodyni. A te panie miałyby pilotować podniebne skrzydlate ptaszyska?

Tak, właśnie dlatego Wanda i Danuta z pomocą organizatorów, którzy zapewnili samoloty, podjęły się tego wyzwania. Chciały przelecieć nad całą Polską, lądować, gdzie się da, i wszystkim pokazywać, że dziewczyny mogą być pilotkami. Za granicą było to już powszechne, wiele lotniczek biło rekordy swoich krajów. Rajd był dobrą próbą przed podjęciem podniebnej rywalizacji Polek z koleżankami ze świata.

Organizatorzy mieli jeszcze jeden cel: pokazać całemu krajowi, jak świetnie rozwija się przemysł lotniczy. Samoloty PZL-5 polskiej konstrukcji nadawały się do tego doskonale. Lotniczki brały udział w czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy akcją promocyjną. Miały za zadanie pokazywać wszędzie, gdzie wylądują, swoje statki powietrzne, chwalić je i namawiać każdego do zapisywania się na kurs pilotażu. Co może bardziej zachęcić do latania niż pogłaskanie pięknego, lśniącego nowością samolotu?

Wspaniała pogoda 1 października sprzyjała planom, start zaplanowano w Katowicach. Tam do Danusi i Wandy dołączyły dwie Marie: Wardasówna i Lierówna. Ślązaczki, które były w trakcie szkolenia lotniczego, ale jeszcze nie latały samodzielnie. Ponieważ pezetele były dwumiejscowe, dziewczyny zaprosiły koleżanki, by towarzyszyły im w roli obserwatorek. W kabinie swojego samolotu Danusia znalazła miejsce dla jeszcze jednego małego pasażera - ulubionej maskotki, misia. 

Dwie załogi w dwóch srebrzystych samolotach o nazwach "Śląsk" i "Powstaniec" wzbiły się w górę. Bez szumnych zapowiedzi, bo niewiele jeszcze gazet, poza lwowskimi, wiedziało o rajdzie, bez reklamy, która była popularna przy lotniczych wydarzeniach. Wystartowały do Krakowa. Przed nimi rozciągała się w dole zielona panorama przetykana połyskującymi wstążkami rzek i czarnymi kreskami torów kolejowych. Jeszcze tego samego dnia chciały być we Lwowie, gdzie miały nocować.

Tymczasem dwa samoloty śmigały nad polami w kierunku wawelskiego grodu. Pomimo słonecznej pogody w otwartych kabinach maszyn było chłodno. Wiatr targał szalikami i włosami wystającymi spod czapek. Na szczęście dziewczyny były ubrane w grube kombinezony podszyte futrem. Miały też ze sobą paczkę o specjalnym przeznaczeniu. Gdy nadleciały nad Kraków, gdzie zamierzały lądować, wyciągnęły z paczki trochę kartek i rozsypały je z góry na ulice miasta. Na ziemię sfrunęły pozdrowienia od regionu śląskiego i zaproszenia do zwiedzania. Ciekawe, czy ktoś z mieszkańców Krakowa się ucieszył, gdy spadła mu na głowę taka ulotka. Może pomyślał, że to poczta lotnicza specjalnie dla niego?

We Lwowie cztery lotniczki zostały hucznie powitane, pozowały z fotografami, odpowiadały na pytania dziennikarzy. I tak już było w każdym większym mieście na trasie. Zdarzały się też takie punkty lądowania, gdzie nikt na bohaterskie dziewczyny nie czekał. Po opuszczeniu Lwowa i zwiedzeniu Stanisławowa, Tarnopola i Łucka, gdy minęły Brześć, dotarły do Baranowicz. W tamtym czasie było to leżące na wschodzie Polski ważne miasto, które zyskało lotnisko zaledwie kilkanaście dni wcześniej. Oczywiście nie takie, jakie znacie dziś. Ot, drewniany baraczek i długi pas trawy.

Gdy nasze bohaterki wylądowały tam 4 października, były pierwszymi w historii tego miejsca pilotkami. Wzbudziły zachwyt na równi z pięknymi samolotami. Zatankowały pezetele i ruszyły z Baranowicz na północ, w kierunku Lidy i Wilna. Pogoda zaczynała się psuć. Z Wilna do Grodna leciały we mgle, ziemia tylko czasami migała im między dziurami w chmurach. Od Grodna czekał je długi odcinek trasy do Warszawy.

Siódmego października w Warszawie świeciło piękne słońce. Wieść o rajdzie pilotek zdążyła się już roznieść po całym kraju. Kilkadziesiąt osób oczekiwało na lotnisku w stolicy przybycia dwóch srebrnych samolotów. Na niebie co chwila przemykały inne skrzydlate maszyny. Snujące się w powietrzu nitki babiego lata wplątywały się w śmigła samolotów warczących nad głowami gapiów. Co rusz jakiś lądujący samolot wzbudzał entuzjazm, by za chwilę rozlegały się głośne westchnienia rozczarowania. Z kabiny nie wysiadała kobieta.

Czekały kosze więdnących kwiatów. Czekali dziennikarze i warszawscy fani lotnictwa. Wszystkich ogarniało zniecierpliwienie i w końcu zaniepokojenie. Gdzie są lotniczki? Gdzie dwa samoloty, a w nich Wanda z Marysią i Danusia z Marysią? Piloci z aeroklubu warszawskiego postanowili wylecieć im na spotkanie. Niestety pomimo kilku wypadów w powietrze wracali z niczym. Czy coś się stało? Dopiero pod wieczór przyszła wiadomość. W gęstej mgle dziewczyny nie dały rady lecieć, musiały wylądować 100 kilometrów od Warszawy. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Czekają teraz na poprawę pogody w okolicach Szepietowa.

Następnego dnia przed południem zalśniła na niebie srebrna pezetelka. "Powstaniec" wylądował, a z nieosłoniętej kabiny wyjrzała opalona twarz o delikatnych rysach, rozciągnięta w szerokim uśmiechu. Pilotka Wanda wyskoczyła wprost w ramiona podbiegających gapiów. Otoczyła ją gromada witających. Okrzykom podziwu, gratulacjom, oklaskom i pochwałom nie było końca. Lotniczki z ulgą ściągnęły ciężkie futrzane kombinezony i opowiadały ze śmiechem przygody, pozując z kwiatami do fotografii.

Ale, ale! Gdzie jest drugi samolot?! Minęły dwie godziny i wszyscy znowu zaczęli się niecierpliwić. Jak poprzedniego dnia do każdego lądującego samolotu podbiegali dziennikarze i rozczarowani wracali. Wanda stała z boku z lekkim uśmiechem, aż w końcu i ona zadarła głowę i ruszyła na powitanie lądującego samolotu. Zdziwieni dziennikarze jeden przez drugiego zasypali ją pytaniami:

- Ale skąd pani wie, kto leci?

- Słyszę motor. Poznaję po dźwięku, że to ten właśnie z PZL-5 - odpowiedziała.

Zgadza się! Jest! Oto pilotka Danuta, pod pachą jej miś lotnik, a u boku pasażerka Maria. Bez śladu zmęczenia na twarzy, radosne, ożywione, machają do tłumu.

- Panno Danuto! Nic pani nie odbiera zdrowia ani urody ta wyczerpująca wyprawa! - zakrzyknął jeden z dziennikarzy.

- Najważniejsze, że samolot cały! - Pilotka się zarumieniła.

Uhonorowane bankietem w stolicy kraju, obdarowane pamiątkowymi medalami, następnego dnia ruszyły w trasę nad Bałtyk. Przez Toruń i Grudziądz dotarły do Pucka. W tamtych latach nasza ojczyzna wyglądała na mapie inaczej niż dziś. Morska granica była bardzo krótka, a Gdańsk nie należał do Polski. Dziewczyny miały specjalną misję. Gdy dotarły nad bałtyckie fale, zniżyły lot, by wrzucić do wody bryłę śląskiego węgla. W ten sposób chciały symbolicznie połączyć północne i południowe polskie ziemie.

Czas było wracać na Śląsk. Czekały je jeszcze lądowania w Poznaniu i Łodzi, a wszędzie witano je jak bohaterki i zapraszano na lokalne przyjęcia. Uciekały z nich najszybciej, jak mogły, chowały się do samolotów i startowały. To po to wyruszyły na ten rajd. By latać. By zachwycać się krajem z góry. By Polska mogła podziwiać maszyny i umiejętności pilotek. Powróciły do Katowic po 11 dniach wyprawy. Okrążyły granice Polski, odwiedziły kilkanaście największych miast w kraju. Tysiące ludzi dzięki nim dowiedziały się, jak wygląda samolot i że mogą nim z powodzeniem latać dziewczyny.

* Więcej o książce "Awiatorzy. Podniebne przygody polskich lotniczek i lotników" przeczytasz TUTAJ.

***

Zobacz również:

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: lotnictwo | piloci | samolot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje