Reklama

Reklama

​Wiewiórka terroryzuje mieszkańców nowojorskiej dzielnicy

Wbrew pozorom nie jest to opis thrillera klasy B ani spin-off "Ptaków" Alfreda Hitchcocka. Mieszkańcy Rego Park, mieszczącego się w dzielnicy Nowego Yorku - Queens, żyją w strachu przed atakiem krwiożerczej wiewiórki. Ofiary uważają, że gryzoń jest szalony.

Cytowana przez TheGuardian.com Micheline Frederick, mieszkanka wspomnianej dzielnicy, opowiedziała, że gryzoń zaatakował ją 21 grudnia w momencie, gdy przytrzymywała otwarte drzwi frontowe, przepuszczając tragarzy, którzy przenosili meble. Gdy wiewiórka przebiegła jej po nodze, nie zareagowała, bo nie uznała tego za zagrożenie. Chwilę później poczuła ugryzienie.

"To był pojedynek zapaśniczy, który bardzo szybko stał się bardzo krwawy" - relacjonowała Frederick. Tragarze ukryli się w głębi mieszkania, a ona w panice starała się strącić zwierzę z siebie.

Reklama

"Wiewiórka była zła, okrutna i niezwykle silna" - wyjaśniała poszkodowana. W końcu pokonana wiewiórka odskoczyła, ale nie uciekła daleko, wbiegła na drzewo i stamtąd przyglądała się swojej ofierze.

Inni mieszkańcy tej okolicy również skarżą się na ataki. Twierdzą, że wiewiórka znienacka wskakuje człowiekowi na plecy lub wspina się po jego nogach. Jeśli kąsa, to na ogół ręce. Zgodnie nazywają ją szaloną albo obłąkaną. Chyba, że to... nie jedna wiewiórka, a cały gang - poszkodowani nie są bowiem pewni, czy napastnik zawsze był ten sam. W zasadzie taki sam jest tylko modus operandi, czyli sposób działania, który opisuje charakterystyczny i często powtarzalny sposób zachowania się sprawcy.

Według TheGuardian.com urzędnicy miejscy nie mają pojęcia, dlaczego łagodne i płochliwe na ogół gryzonie stały się namolne, żeby nie powiedzieć - napastliwe. Podeszli jednak do sprawy poważnie.

"Aktywnie współpracujemy z mieszkańcami, aby uzyskać więcej informacji na temat pogryzień i konsultujemy to z traperem" - powiedział rzecznik nowojorskiego wydziału zdrowia (mianem trapera określa się w USA myśliwych polujących na zwierzęta futerkowe, przyp. red).

Micheline Frederick ma mieszane uczucia co do koncepcji zatrudnienia myśliwego, zwłaszcza po tym, gdy dowiedziała się, że małe gryzonie prawie nigdy nie chorują na wściekliznę. Chciałaby przestać żyć w strachu przed wiewiórką, ale pragnęłaby też, żeby problem został rozwiązany humanitarnie. Sama z początku wychodziła z domu uzbrojona w łopatę. Teraz nieco już oswoiła się z niebezpieczeństwem i uważa, że do ochrony wystarczą jej solidne rękawice.

Zobacz również:

Dowiedz się więcej na temat: Wiewiórka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje