Reklama

Reklama

Wirusy w zwierzęcej skórze

Przed wybuchem pandemii praca wirusologów nie budziła powszechnego zainteresowania. SARS-COV-2 wszystko zmienił. Cały świat z zapartym tchem czeka na lek i szczepionkę przeciwko COVID-19. Tymczasem Mira Suchodolska rozmawia z najwybitniejszymi polskimi naukowcami, którzy rozwiewają wątpliwości i obalają mity. Poniżej fragmenty rozmowy z dr. hab. Krzysztofem Śmietanką - epidemiologiem, wirusologiem, specjalistą ptasich chorób, szczególnie grypy, kierownikiem Zakładu Chorób Drobiu w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym, pochodzące z książki "Wirusolodzy".

Unia Europejska przeciwko wściekliźnie

Reklama

Mira Suchodolska: Jakie są najstarsze przekazy o chorobach, które wirusy powodowały u zwierząt?

Krzysztof Śmietanka: - To, oprócz księgosuszu właśnie - wścieklizna. Wzmianki o niej pochodzą jeszcze sprzed dwóch tysięcy lat przed naszą erą.

Wspomniał pan o wściekliźnie jako o chorobie, która jest znana od tysięcy lat. Wydaje się, że w Polsce przestała już być problemem, natomiast gdzie indziej - zwłaszcza w Afryce, Azji i Ameryce Południowej - wirus ją wywołujący wciąż powoduje liczne zgony.

- Wścieklizna została opisana już w starożytnych dokumentach, jej objawy są na tyle charakterystyczne - między innymi konwulsje, światłowstręt, wodowstręt, ślinotok, agresja - że trudno ją pomylić z czymś innym. Wścieklizna zawsze budziła grozę, bo jest to jedna z niewielu chorób, kiedy w momencie pojawienia się objawów klinicznych szanse na przeżycie są bliskie zeru. Opisywano dosłownie pojedyncze przypadki, gdy człowiek, który został zakażony wirusem wścieklizny, zachorował i przeżył. Zawsze wyjątek od reguły może się zdarzyć, ale generalnie nie ma szans na uratowanie człowieka czy zwierzęcia, jeśli choroba się rozwinie.

Co robi wirus wścieklizny, kiedy się dostaje do żywego organizmu?

- Jak wiadomo, przenosi się przez pogryzienie, czyli kontakt zakażonej śliny z raną. Następnie wzdłuż nerwów przemieszcza się do centralnego układu nerwowego, co może zająć wiele tygodni. Ale kiedy się już tam dostanie, zaczyna się tam namnażać. I niszczyć mózg, dlatego pojawiają się objawy neurologiczne: drgawki, brak koordynacji ruchowej, w zależności od tego, jaka część mózgu została zaatakowana, może to być też porażenie ciała.

- Przez wiele wieków rezerwuarem wirusa były psy. Nadal są nim w Azji i w Afryce, natomiast w Europie, odkąd wprowadzono szczepienia na masową skalę, już tak nie jest. Wścieklizna to świetny przykład choroby, która na naszym kontynencie jest skutecznie kontrolowana przez szczepienia i dzięki temu została niemal wyeliminowana. Obowiązek szczepienia psów przeciw wściekliźnie został u nas wprowadzony w 1949 roku i już po krótkim czasie choroba została opanowana. Natomiast pojawiło się bardzo ciekawe zjawisko - zmiana gospodarza. Wirus, dla którego rezerwuarem były wcześniej psy, "przeskoczył" na lisy i to te zwierzęta stały się w Europie głównym rezerwuarem. Poprzez nie choroba zaczęła się szerzyć w XX wieku.

Ale i z tym poradziliśmy sobie.

- Tak, w latach dziewięćdziesiątych wprowadzone zostały na wielką skalę szczepienia lisów, czy szerzej - zwierząt wolno żyjących, przeciwko wściekliźnie. Z samolotów na tereny leśne i łąki zrzucano specjalne kapsuły, zawierające osłabione albo genetycznie modyfikowane wirusy zatopione w specjalnej przynęcie, której zwierzaki nie mogły się oprzeć i ją zjadały. Opanowanie wścieklizny u lisów w Europie było pierwszym udanym przypadkiem skutecznej kontroli choroby u zwierząt wolno żyjących. W Polsce także to się udało, najpierw - poczynając od początku lat dziewięćdziesiątych na zachodzie kraju, dopiero później - w 2002 roku - objęto programem szczepień całe terytorium. I o ile w latach poprzedzających akcję stwierdzano nawet powyżej dwóch tysięcy przypadków wścieklizny u lisów rocznie, to w kolejnych latach nastąpił gwałtowny spadek do kilkunastu, kilkudziesięciu przypadków, nie licząc chwilowego wzrostu w latach 2010-2013, co można tłumaczyć tym, że zakażone zwierzęta przychodziły do nas zza wschodniej granicy, gdzie nie ma tak skutecznych programów. Od 2016 roku odnotowujemy dosłownie pojedyncze przypadki wścieklizny u lisów. Redukcja liczby przypadków u tego gatunku szła w parze ze spadkiem liczby innych zakażonych zwierząt dzikich, takich jak jenoty czy łasicowate, z kilkudziesięciu rocznie - praktycznie do zera. Sukces był efektem skoordynowanej akcji wielu krajów Unii Europejskiej. W Azji, Ameryce Południowej czy w Afryce takie działania są na razie niemożliwe, a ponadto tam wciąż rezerwuarem wirusa wścieklizny są psy. Ale nie tylko one, bo w Ameryce Północnej także skunksy i szopy. Szczególną rolę w epidemiologii tej choroby odgrywają nietoperze, chociaż stwierdzane u nich wirusy wścieklizny różnią się nieco genetycznie od wirusów stwierdzanych u innych ssaków. Jednak wciąż są niebezpieczne dla innych zwierząt i dla człowieka.

Rok temu, w lipcu 2019 roku, w Poznaniu był przypadek pogryzienia człowieka przez nietoperza, który był wściekły.

- Nietoperze są objęte monitorowaniem - każde padłe zwierzę jest badane na nosicielstwo wścieklizny. Także w naszym instytucie, w Zakładzie Wirusologii, jest zespół badawczy, który się tym zajmuje.

Co takiego jest w nietoperzach, że mają w sobie tyle wirusów?

- Przede wszystkim to bardzo duża grupa zwierząt, obejmująca ponad tysiąc czterysta gatunków - to obok gryzoni największa grupa ssaków, więc siłą rzeczy mają mnóstwo patogenów. Jako że są to ssaki, które uzyskały zdolność do lotu, mają bardzo przyspieszony metabolizm. Wykształciły więc takie mechanizmy odporności, które potrafią bardzo szybko reagować na zakażenie patogenami. Ich układ odpornościowy potrafi błyskawicznie przytłumić zakażenie. Natomiast taki czy inny wirus, który nie szkodzi nietoperzom, może być bardzo niebezpieczny dla innych gatunków, również dla ludzi. Przez wiele lat nietoperze żyły w ustronnych miejscach, nie wadziły człowiekowi. Natomiast jak zaczęliśmy naruszać ten habitat, wycinać lasy, wchodzić na obszary, które wcześniej były siedliskiem tylko nietoperzy, zaczęło dochodzić do kontaktu między nimi a nami, a także innymi zwierzętami.

Robiłam przegląd różnych epidemii, o których się ostatnio mówiło. Miałam wrażenie, że w zasadzie wszystkie to były choroby wywołane wirusami odzwierzęcymi.

- Większość na pewno tak.

Ptasia grypa, świńska grypa, SARS, Ebola, denga. I jeszcze gorączka doliny Rift, ta ostatnia na razie słabo znana.

- Naukowcy europejscy dość mocno się interesują gorączką doliny Rift, podobnie jak innymi chorobami przenoszonymi przez wektory.

Wektory, czyli?

- To słowo kojarzy nam się z pojęciem stosowanym w fizyce, natomiast w epidemiologii to jest organizm, który przenosi patogen, w tym przypadku wirusy. Najczęściej są to stawonogi, do których zaliczamy owady i pajęczaki, przede wszystkim kleszcze i komary. Gorączka doliny Rift jest przenoszona przez te ostatnie, tak samo jak gorączka Zachodniego Nilu, która występuje już w Europie. Przez komary przenoszony jest także wirus Usutu, występujący również u ptaków, który może jednak być zagrożeniem dla człowieka.

Co to jest ten Usutu?

- To egzotyczny wirus, należy do rodziny Flaviviridae i jest spokrewniony z wirusem japońskiego zapalenia mózgu oraz wirusem gorączki Zachodniego Nilu. Występuje głównie u ptaków, powoduje niekiedy ich masowe padnięcia, na przykład kosów, co miało miejsce latem 2011 roku w południowo-zachodnich Niemczech, gdzie zachorowało i padło tysiące tych ptaków. Może zakażać także ssaki - nietoperze, konie, psy czy jelenie. Oraz ludzi. Nie znajduje się on na czołowym miejscu zagrożeń, jeśli chodzi o zdrowie ludzi, ale już w Europie zaczęły się pojawiać pierwsze przypadki zachorowań, na przykład we Włoszech. Część zakażonych przechodzi chorobę bezobjawowo, ale u osób o słabszej kondycji może dojść na przykład do zapalenia mózgu czy opon mózgowych. No i nie wiadomo, co będzie się z tym wirusem dalej działo, jak będzie mutował. No, ale to ewentualna przyszłość, natomiast już dziś mamy u bram Europy bardziej konkretne zagrożenia, jak na przykład gorączka krymsko-kongijska. To choroba bydła, zakażenia są zwykle bezobjawowe, a wirus jest przenoszony przez kleszcze. Gorzej jest, jeśli zakazi się tą gorączką krwotoczną człowiek, rokowania nie są najlepsze, gdyż śmiertelność wynosi od piętnastu do nawet czterdziestu procent.

Więcej o książce "Wirusolodzy" Miry Suchodolskiej przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: Covid-19 | ptasia grypa | A/H1N1 | wirus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje