Reklama

Reklama

Wtłoczono nam do głowy, że Oświęcim to Auschwitz

- Niestety uderzamy pamięcią po oczach zamiast uderzyć po głowie. Zamiast postawić na solidną edukację, stawiamy na symbole, które często są sztuczne albo przaśne - mówi Marcin Kącki, dziennikarz, reporter, autor książek "Lepperiada", "Białystok. Biała siła, czarna pamięć" czy "Poznań. Miasto grzechu". Interii opowiada o swoim najnowszym reportażu pt. "Oświęcim. Czarna zima".

Katarzyna Pawlicka, Interia: Oświęcim jest ładnym miastem?

 Marcin Kącki: - Tak, z perspektywy turystycznej. Ma dwie rzeki: Sołę i Wisłę. Wzdłuż pierwszej, która dzieli miasto, są spacerowe bulwary, które wiosną latem i jesienią - jesienią to już czysty impresjonizm - wyglądają przepięknie. Rynek jest niestety betonowym placem. Drzewa wycięto na modłę wielu współczesnych ryneczków w małych miastach, czego kompletnie nie rozumiem. Elementem odczarowującym jest na pewno inwestycja w kwiaty: wiszą w wielkich donicach, zdobią ronda, które tutaj są chyba najpiękniejsze w Polsce. To wszystko są pomysły na odczarowanie przeszłości, zachętę, by pojawili się tu wreszcie turyści. Ale przyznam, że nie chciałbym być rzecznikiem prasowym urzędu miasta w Oświęcimiu. Miastu nie wypada się nawet reklamować na zapałkach.

Reklama

Piszesz o tym, że każde hasło reklamowe w zderzeniu z historią Oświęcimia nabiera dodatkowego, często niechcianego, kontekstu.

 - W Oświęcimiu wszędzie jest ironia. Też wstydziłem się swoich skojarzeń, np. przy tabliczce "Uwaga! Zły pies" z owczarkiem, napisach "najtańszy gaz w mieście" czy "chemia z Niemiec", albo komunikacie "Achtung! Zug" na dworcu. I to jeden z problemów miasta: że jest skazane na ironię i dwuznaczność. Paradoks polega też na tym, że z dwóch milionów turystów przyjeżdżających co roku do muzeum, tylko kilka tysięcy wchodzi do miasta.

Może po wizycie w Muzeum Auschwitz-Birkenau chcą jak najszybciej wsiąść do autokaru, uciec, pomilczeć.

- Właśnie. Czy można coś zrobić, żeby zobaczyli, że obóz jest na terenie miasta, które żyje? I ma też 800-letnią historię, daleko sięgającą przed II wojnę światową. Mniej więcej połowę społeczności Oświęcimia stanowili kiedyś Żydzi.

Widać w mieście ślady ich obecności?

- W książce opisuję historię kamienicy Jakoba Haberfelda, producenta wódek i likierów z okresu przedwojennego. Przez lata niszczała zapomniana, potem przejęli ją gangsterzy, a na koniec zaczęła sypać się ludziom na głowy, więc zdecydowano o jej zburzeniu. Jej historia, to opowieść o degradacji resztek pamięci pożydowskiej i jej wyparciu. Gdyby nie ludzie tacy jak Tomasz Kuncewicz z Centrum Żydowskiego, które nie ma nic wspólnego z muzeum, a jest inicjatywą oddolną, tej pamięci nie byłoby wcale.

Nie wszyscy mieszkańcy wiedzą o przeszłości Oświęcimia. A może nie chcą wiedzieć?

- Niestety, nie wszyscy są świadomi, że to było przed wojną miasto w połowie żydowskie. Są tacy, którzy po prostu bardzo chcą zapomnieć o historii. Ale to jest problem ogólnopolski, o którym pisałem też w książce "Białystok. Biała siła, czarna pamięć".

- Nie chcą też pamiętać, bo czasami się boją. W latach 90. w Oświęcimiu powstało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Izraelskiej, założone przez kolejnego pasjonata, Mirosława Ganobisa. Szybko je rozwiązano, a założyciel został dosłownie zdeptany przez lokalnych radnych w obawie przed żydowskimi roszczeniami względem kamienic. Dzisiaj tożsamość ideowa oparta na jednoznacznym wskazaniu wroga rośnie w siłę. Wzmacnia się potrzeba zapomnienia i kreowania sztucznej wizji Polski, w której nigdy nie było żadnych mniejszości.

Ale pasjonatów, robiących wszystko, by ocalić pamięć o przeszłości jest w Oświęcimiu więcej. Rozmawiałeś też z tymi, którzy zbierają wszelkie możliwe pamiątki z okresu wojny.

- Fascynujące, jak wielu jest w Oświęcimiu ludzi zajmujących się, jak to nazywam, zbieraniem pamięci, czyli poobozowych artefaktów. Kieruje nimi pasja, mają w sobie niezwykłe, naturalne paliwo. Pamiętam pierwsze spotkanie z Dagmarem Kopijaszem, człowiekiem, który dopłaca do tego interesu, ale nie ustaje w poszukiwaniach. Kiedy wsiadałem do jego starego samochodu, wypadła porcelanowa gałka. Okazało się, że to gałka z drutów obozowych z Birkenau. Pierwszy raz w życiu miałem w ręku namacalny artefakt, który był świadkiem ludobójstwa. Dla mnie to było niezwykłe przeżycie i wtedy zadałem sobie pytanie, czym jest dla nich. W muzeum takie rzeczy widzimy za szybą, przez co nawet włosy, buty czy garnki mają niewzruszalną postać obiektu muzealnego.

I tracą być może na autentyczności. Bo zostały na nowo ułożone, zaaranżowane...

- A tu podnosisz, trzymasz w ręce... Dagmar dostał raz stary materac, który zobaczył u kogoś na strychu. Gdy włożył do niego rękę, wyjął pukle kobiecych włosów. To już wychodzi poza doznania historyczne, to metafizyka, obcowanie między sacrum a profanum, kultem śmierci a potrzebą życia.

Te przedmioty stają się później eksponatami muzealnymi?

- W materialnym wymiarze tak. Mirek Ganobis ma muzeum na zwykłym osiedlu, w małej piwniczce. Można tam wejść i obejrzeć stołek, na którym powieszono komendanta obozu Rudolfa Hessa. Do Dagmara można przyjść i zobaczyć kawałek samolotu, który spadł w okolicach Oświęcimia. Mają rzeczy wielkie i małe, wszystkiego można dotknąć. Piorunujące wrażenie. Muzeum Auschwitz też jest oczywiście wielką galerią okrucieństwa. Przyznam, że dopiero teraz wracają do mnie przeżycia związane z pisaniem tej książki. Odbija mi się w duszy roczny pobyt na cmentarzysku.

A poznałeś przecież ludzi, którzy na terenie obozu mieszkają całe życie!

- Byłaś w muzeum? Zwróciłaś uwagę na firanki w oknach i kwiatki na parapetach?

Absolutnie nie.

- Pamiętam, że jak w końcu wszedłem do muzeum, bo przez pół roku chodziłem wyłącznie po mieście...

Zrobiłeś to celowo?

- Od 10 - 15 lat zajmuję się kwestią Holokaustu, głównie w kontekście relacji polsko-żydowskich. Nie wiem, dlaczego zostawiłem wizytę w obozie na koniec. Może czułem, że mogę się tam rozsypać. A jak w końcu poszedłem i zobaczyłem wspomniane firanki i kwiaty, pomyślałem: trochę głupi dowcip.

- Przypomniałem sobie o nich podczas wizyty w willi Hessa, gdzie mieszka normalna rodzina, której to gospodyni boi się schodzić do piwnicy. Dowiedziałem się od niej, że na terenie muzeum mieszka kilkadziesiąt osób. Wszedłem do pierwszego z tych mieszkań i poznałem osobę mieszkającą na terenie obozu od 30 lat. Podobnie było w kolejnych. W książce jest np. fragment poświęcony kobiecie, która nie lubi wychodzić do miasta, bo muzeum jest jej domem. Która w dzieciństwie bawiła się lalkami na wieżyczce strażników. Niezwykłe, że od czasów powojennych na terenie obozu żyją ludzie, często są to dzieci więźniów Auschwitz. Mają widok z salonu na krematorium, willę Hessa i ścianę śmierci.

To przecież musi wpływać na ich życie!

- Kiedy pytałem, jak wpływa, jeden z nich odpowiedział: "A jak się żyje ludziom pod Grunwaldem?". Oczywiście, to jest próba oswojenia miejsca, w którym się żyje. Bo przecież między Grunwaldem a Holokaustem jest różnica historyczna i w wymiarze przemysłowego ludobójstwa, okrucieństwa.

- Myślę, że historia w pewnych miejscach odciska nie tylko swój ślad, ale też piętno. I w Oświęcimiu odcisnęła właśnie piętno. Gdy zapytałem sołtysa Brzezinki, co by było, gdyby muzeum powstało nie u niego, a kilka kilometrów dalej, po prostu się rozmarzył.

- Wielu mieszkańców Oświęcimia marzy, żeby wszystkie miejsca pamięci zaorano. Nie dlatego, że są złymi ludźmi, bo są dobrymi. Ale dlatego, że jak jadą na urlop do Kołobrzegu i mówią komuś na plaży, że są z Oświęcimia, to nie chce im się po raz kolejny tłumaczyć, że wcale nie śpią na pryczach obozowych, tylko w normalnym bloku. Chociaż np., jeśli żyją w martwej strefie między muzeum a miastem, nie mogą wywieszać prania czy zamontować anteny satelitarnej.

- Wtłoczono nam do głowy, że Oświęcim to Auschwitz. Taki kapitał kulturowy w sobie nosimy. Być może dlatego wycieczki, które tam przyjeżdżają, nie widzą normalnego miasta.

Więcej o książce Marcina Kąckiego pt. "Oświęcim. Czarna zima" przeczytasz TUTAJ

Może trzeba zacząć organizować wycieczki do samego Oświęcimia, z wyłączeniem wizyty w muzeum?

- Dzięki mieszkańcom w mieście powstaje coraz więcej miejsc dla turystów. Marcin Suseł, miejscowy architekt dopiął swego i dziś w Oświęcimiu można zatrzymać się w hotelu Hilton, zejść do piwnicy Haberfeld Story i skosztować alkoholi z przedwojenną recepturą, otwierają się także hostele. To zasługa lokalnych przedsiębiorców, bo włodarze od 30 lat starają się zrobić coś, żeby miasto zaczęło żyć, ale nie mają pomysłu. A druga rzecz to brak należytej współpracy między miastem i muzeum.

Większość mieszkańców nie ma chyba najlepszego zdania o tej instytucji?

- Po rozmowach z mieszkańcami, pracownikami muzeum i włodarzami miasta odnoszę wrażenie, że miasto i muzeum po prostu się nie lubią. To są wieloletnie zawiłości, sięgające czasów powojennych, gdy rozpoczęto budowę muzeum. Pierwszym problemem było wyznaczenie właśnie tzw. strefy ciszy, czyli bardzo szerokiego pasa wokół muzeum, sięgającego początkowo nawet kilometra, w którym nie wolno było mieszkać czy prowadzić działalności.

- To także pytanie, jak postrzegać martyrologię. Wokół każdego pomnika zamiera życie, bo jeśli masz np. pomnik ofiar Katynia, a takich pomników jest wiele, nie wypada wokół niego zrobić imprezy latem, postawić ławeczek, przysiąść ze znajomymi. Trzeba tam stać i płakać. Niestety uderzamy pamięcią po oczach zamiast uderzyć po głowie. Zamiast postawić na solidną edukację, stawiamy na symbole, które często są sztuczne albo przaśne. Mieszkańcy Oświęcimia postrzegają często muzeum Auschwitz, jako miejsce, z którego nic nie mają. Podchodzą do niego logistycznie, bo to miejsce ich życia. Chcą współistnieć z muzeum na równych prawach.

- Najbardziej znienawidzonym dniem w roku dla wielu mieszkańców jest Marsz Żywych, na który przyjeżdżają głównie osoby pochodzenia żydowskiego. Oświęcim jest wtedy zamykany, nie można z niego normalnie wyjechać czy poruszać się po mieście. Rodzi się niechęć, antysemityzm, nienawiść do muzeum, a przyczyną jest oczywiście frustracja. Pojawiają się spiskowe teorie, że Żydzi chcą zamienić miasto w cmentarzysko. Może zrobić się niebezpiecznie.

Tak jak niebezpiecznie zrobiło się w 1981 roku, kiedy to mieszkańcy Oświęcimia spalili domy swoich romskich sąsiadów. Co się wtedy stało?

 - Oświęcim jest miastem, w którym wiele rzeczy mnie zaskoczyło, a kwestia pogromu Romów mną wstrząsnęła. Zdałem sobie sprawę, że to jest ostatnie miasto na świecie, w którym powinno dojść do przemocy. A tu się nagle okazało, że wielu mieszkańców Oświęcimia pewnego jesiennego wieczora wzięło pochodnie i chciało spalić ulicę, przy której mieszkali ich sąsiedzi-Romowie. Mieszkali tam zresztą nie z własnej woli, bo prowadzili koczowniczy tryb życia, ale w latach 60. zostali zmuszeni przez władze, by się osiedlić.

- Tego wieczora ich samochody były wrzucane do rzeki, doszło do pobić, podpaleń. Ostatecznie wręczono im wilcze bilety, paszporty w jedną stronę i powiedziano "wypad". Wyjechali do Szwecji, Niemiec, nieliczni do pobliskiego Chrzanowa. - Po latach wrócił jeden, Romek Kwiatkowski i założył Stowarzyszenie Romów w Polsce, które wykonuje niezwykle ważną pracę i stara się przywrócić pamięć oraz relacje polsko-romskie. Zresztą podobnie jak jego córka, Joasia Talewicz-Kwiatkowska, która jest naukowcem z Uniwersytetu Jagiellońskiego i żywym, wspaniałym dowodem, że można mieć pochodzenie romskie i robić wspaniałą karierę.

Jednak o pogromie oświęcimskim właściwie w ogóle się nie mówi. Dowiedziałam się o nim dopiero z twojej książki.

- Nawet część historyków nie ma o nim pojęcia. Kiedy pytałem ich o źródła, kwerendę, mieli problem ze wskazaniem. Tematu dotknęła Lidia Ostałowska w książce "Cygan to Cygan", ale poza tym nie ma po nim śladów. Wielu ludzi, którzy wciąż w Oświęcimiu żyją, wzięli udział w tym pogromie. I cały czas się wstydzą, temat nie został przegadany.

- Kwiatkowski miał wtedy 20-kilka lat i codziennie patrzy w oczy sąsiadom, którzy wtedy chcieli go zabić. To jest bąbel, który może brzydko pęknąć.

I brzydko pachnieć... Mieszkańcy Oświęcimia skarżą się, że w mieście unosi się niepokojący zapach. I tu znów wrócić trzeba do ironii, bo kiedy myśli się o smrodzie i Oświęcimiu, w pierwszej kolejności przychodzi do głowy smród wydobywający się z kominów. Co śmierdzi w mieście w 2020 roku?

- Kiedy ktoś po raz pierwszy powiedział mi: "I jeszcze ten smród", myślałem, że chodzi mu właśnie o smród historii.

- Ale gdy uciekniemy z metaforycznej klątwy, na pierwszy plan wysuwa się klątwa geograficzna. Oświęcim jest położony w Kotlinie Oświęcimskiej, ma ten sam problem, co Kraków. Wszystkie smrody okolicznych fabryk schodzą w dół, do miasta. Mieszkańcy prowadzą nieustanne śledztwo. Od kilku ładnych lat próbują wyśledzić pochodzenie tych zapachów. Niektóre z nich są bardzo tajemnicze, bo pojawiają się i znikają. Bezradne są też służby środowiskowe.

- Mieszkańcy w pewnym momencie rzucili oskarżenie na fabrykę Synthos, która jest spółką akcyjną, ale tak naprawdę jest kontynuacją wielkiej, niemieckiej inicjatywy, czyli zakładów IG Farben. To jest dokładnie ten sam zakład, tylko zmodernizowany. Ten, który podczas wojny truł rtęcią, o czym też nie wiedziałem. W ziemi oświęcimskiej do dziś czai się zmora tej działalności.

- Sam poczułem ten zapach i faktycznie jest nie do określenia, nigdy wcześniej nie czułem czegoś podobnego. Mówiłem, że nie chciałbym być rzecznikiem miasta, ani jego prezydentem. Młodzi wyjeżdżają, coraz mniej jest zakładów pracy, niektórzy inwestorzy rezygnują po tym, jak dowiadują się, że Oświęcim to Auschwtitz. McDonald’s długo zastanawiał się, czy zainwestować w Oświęcim. Dziś jest jednym z najbardziej dochodowych, bo w nim zatrzymują się wycieczki autokarowe wracające z muzeum. Więc to McDonald’s ucieczki.

- Ten smród jest takim ostatecznym dobiciem i bardzo współczuję mieszkańcom, że próbują sobie z nim poradzić i nie mogą. Niestety, niezbyt chlubną rolę odgrywa tu Kościół - opisuję, jak jedna z mieszkanek zwróciła się do lokalnych proboszczów, by zaapelowali do mieszkańców o zaprzestanie palenia w piecach. Niestety to, jak została potraktowana, nie daje nadziei.

W wielu rozmowach z twojej książki przebija właśnie ten brak poczucia sprawczości, niemożność zmiany.

- Któryś z mieszkańców w końcu mówi: "Chyba ta cholerna klątwa mnicha faktycznie na nas ciąży". Wielokrotnie powtarzano mi legendę, z której wynika, że podczas kasacji klasztorów przez zaborców austriackich, jeden z mnichów wbił w ziemię trzy świece, mówiąc: "Niech będzie przeklęta ta ziemia". Czasem miałem wrażenie, że mieszkańcy, po licznych próbach wprowadzenia zmian, odczarowania, zaczynają w to wierzyć. Wiesz, że w Oświęcimiu grał na żywo Elton John?

Wiem chyba tylko dzięki temu, że mieszkam w Krakowie i sporo osób stąd się na ten koncert wybrało.

- Widzisz! Moi znajomi nie mieli o tym pojęcia! Pamiętam, że kiedy w 2015 roku zobaczyłem baner "Elton John, Live Oświęcim", pomyślałem: fajnie, postawią telebim i obejrzą transmisję, np. z Nowego Jorku. A potem wróciłem i usłyszałem, że w Oświęcimiu naprawdę zagrał Elton John, bo kilku lokalnych pasjonatów organizowało tam takie wielkie koncerty. Tyle, że one nie przebiły się do mediów mainstreamowych.

- To znów pokazuje jak bardzo mieszkańcy chcą, żeby Oświęcim odżył. Myślę, że tam jest potrzebny drastyczny, mocny ruch. Tylko jaki konkretnie?

To jest też pytanie, czy tego obcego pierwiastka się pozbywać, czy robić wszystko, żeby go jak najbardziej oswoić.

- Jedno jest pewne: nie da się oswoić tego, że ponad 70 lat temu w Oświęcimiu ludzkość przekroczyła granice człowieczeństwa. Pytanie, jak żyć wokół tego miejsca.

- Pierwszą rzeczą, która mi dała nadzieję, był spacer w okolice żółtego mostku nad Sołą, który zresztą wszystkim polecam. Tam ludzie zaczęli, na wzór wielu europejskich mostów, wpinać kłódki miłości. Pamiętam, że to był pierwszy moment, kiedy zdałem sobie sprawę, że ludzie tutaj chcą żyć bardziej niż gdzie indziej. Mimo wszystko.

- Na pewno chciałbym, żeby turyści jadący na wycieczkę Wieliczka-Wawel-Auschwitz, weszli do miasta. I pomyśleli sobie: co by było, gdybym pochodził z Oświęcimia? Jak to jest słyszeć na każdej imprezie żarty o obozach i pryczy? Myślę, że wtedy łatwiej będzie zrozumieć ludziom, że trzeba pomóc oświęcimianom uwolnić się od tej wewnętrznej martyrologii, na którą zresztą chorujemy w Polsce wszyscy.

- Fajnie byłoby, gdyby mieszkańcy miasta przyłączyli się masowo do Marszu Żywych. Żeby zdarzyło się coś, co im na to pozwoli, co ich do tego zachęci. Przecież Marsz Żywych jest piękny! Wyobraź sobie, że ci ludzie tańczą i śpiewają, bo kochają życie i cieszą się, że ich bliscy przetrwali, dzięki czemu oni mogli się narodzić.

Jak w performansie "Dancing Auschwitz", kiedy jego autorka - Jane Korman - tańczyła na terenie obozu ze swoim ojcem-ocaleńcem do piosenki "I Will Survive".

- Niestety niektórzy ją za to potępili. Chciałbym też, żeby środowiska żydowskie dostrzegły życie w Oświęcimiu, żeby pogodzono się z tym, że wokół największego symbolu ludobójstwa jest miasto. Bo gdy miasto chciało się reklamować w tanich liniach lotniczych, to opór przyszedł właśnie z tej strony. I żeby włodarze potrafili porozumieć się z muzeum. Po prostu: żeby wszyscy wyciągnęli do siebie ręce, jak na Marszu Żywych.

#POMAGAMINTERIA

Fundacja Centaurus - największy w Europie azyl dla koni walczy o przetrwanie swoje oraz podopiecznych. Z powodu epidemii COVID z dotacji wycofują się kolejne upadające firmy i tracący pracę darczyńcy. Na to wszystko nakłada się susza, która spowodowała dwukrotny wzrost cen siana. Sytuacja jeszcze nigdy nie była tak dramatyczna. Organizacja walczy o swoje być albo nie być. Pomóż i ocal setki zwierząt od śmierci! Sprawdź szczegóły >>>

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Muzeum Auschwitz | historia | polskie miasta | holokaust

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje