Reklama

Reklama

Ślubne przeszkody

Zdarzały się niegdyś (a pewnie zdarzają się i dziś) i na ogół długo o nich pamiętano. Były źródłem rodzinnych anegdot opowiadanych nieraz i przez wnuki pary, która ongiś z tych czy innych powodów z trudem dotarła do ołtarza.

Wspominają o nich biografowie opisujący śluby sławnych ludzi, a jeśli królewskie gody zakłóciły jakieś nieprzewidywane okoliczności, pisali o tym kronikarze i historycy.

Historia ślubnych pomyłek

Przeciwności, jakie na skutek pomyłek, złośliwego przypadku, roztargnienia, czy innych okoliczności, utrudniały zawarcie ceremonii ślubnej, były najrozmaitszego rodzaju. Czasem wynikały z... nieznajomości języka.

Tak właśnie zdarzyło się w roku 1454 w katedrze wawelskiej, kiedy to odbywał się ślub 27-letniego polskiego króla Kazimierza Jagiellończyka z 17-letnią Elżbietą Habsburżanką. Kraków przywitał przybywający z Wiednia orszak narzeczonej gwałtowną odwilżą, a później - chociaż było to w lutym - ulewnym deszczem, który sprawił, że - jak pisał kronikarz - "bogate stroje przemokły od słoty i w większej części poniszczały".

Reklama

Prawdziwe kłopoty pojawiły się, kiedy przyszło do ceremonii zaślubin. Dwóch biskupów - krakowski i gnieźnieński - sprzeczało się, który z nich powinien związać stułą ręce najdostojniejszej pary królestwa. Oba orszaki - narzeczonego i narzeczonej - przysłuchiwały się bezradnie kłótni, stojąc w głównej nawie katedry. Później okazało się, że - ponieważ panna młoda nie znała języka polskiego, a jej oblubieniec nie mówił po niemiecku - trzeba było szukać duchownego, który znając oba te języki, mógłby zadawać młodejparze przepisane liturgicznym zwyczajem pytania i wysłuchać ich odpowiedzi, a także słów ślubnej przysięgi.

Kardynał Jan był jedynym, który mógł wywiązać się z tego zadania. W efekcie tych sporów ślub Kazimierza i Elżbiety odbył się cztery godziny później, niż planowano, a wykwintne dania składające się na weselną biesiadę, jak pisał Długosz - "wystygły i wyschły".

Współcześni psycholodzy zgodnie uważają, że dzień ślubu to nieomal zawsze prawdziwie gorący czas zarówno dla nowożeńców, jak i tych, którzy towarzyszą im w drodze do ołtarza: drużbów, rodziny, przyjaciół. Prawie każdy z nas mógłby przytoczyć opowieść o jakimś irytującym zdarzeniu, które po latach z reguły wydaje się zabawne.

Ślubne perypetie Adama Mickiewicza

Antoni Edward Odyniec, najbliższy przyjaciel Adama Mickiewicza i drużba wieszcza podczas zawartego w Paryżu ślubu z piękną Celiną Szymanowską, córką europejskiej sławy pianistki Marii Szymanowskiej, opisał takie właśnie wydarzenie w swoich pamiętnikach.

Trzydziestokilkuletni Mickiewicz spotkał się ze swą przyszłą oblubienicą niemal w przeddzień ceremonii ślubnej. Znał ją przed laty jako nastolatkę w Petersburgu, później korespondowali, wreszcie gdy - jak pisał Odyniec - "ożenienie Adama z inną osobą nie przyszło do skutku, a panną Celinę zawiódł narzeczony, postanowili się pobrać".

Ceremonię ślubną przygotowywali przyszły pan młody i jego przyjaciel Antoni Edward Odyniec. Załatwili kościelne formalności, dali na zapowiedzi, zapłacili organiście i kościelnemu. Antoni Edward, znając roztargnienie przyjaciela, zobowiązał się zatroszczyć też o ślubny strój wieszcza - odebrać od praczki wykrochmaloną koszulę, pożyczyć przyjacielowi srebrne spinki i ozdobną szpilkę do fontazia, który to romantycy wiązali zamiast krawata.

Mickiewicz miał zjawić się w jego domu dwie godziny wcześniej i tam z pomocą przyjaciela przebrać się w uroczysty strój.

Tymczasem ku zaniepokojeniu Odyńca Adam nie zjawił się o umówionej godzinie, odczekawszy więc "dwa kwadranse", przyjaciel wyruszył do mieszkania Mickiewicza. W tym samym momencie roztargniony Adam, sądząc, że powinien czekać w swoim domu, aż przyjaciel przywiezie weselny ubiór, niecierpliwiąc się, kazał wieźć się dorożką do mieszkania swojego drużby.

Odyniec zastał zamknięte drzwi, a konsjerżka powiedziała mu, że polski lokator wybiegł spiesznie z domu już jakiś czas temu. Na szczęście powracający do swego mieszkania Odyniec natknął się na Mickiewicza jadącego dorożką z powrotem do siebie. Powóz zawrócił i co koń wyskoczy podjechał pod kamienicę, gdzie w zamkniętym mieszkaniu Odyńca czekał rozłożony na otomanie weselny strój.

Na skutek tych perturbacji narzeczona w otoczeniu mieszkających w Paryżu krewnych czekała w kościele prawie godzinę, a zirytowany tym spóźnieniem i chyba niezbyt dobrze opłacony zakrystian chciał już gasić świece przy ołtarzu.

Pogodowe anomalie

Z pogody w dzień ślubu zwykle wysnuwano prognozy co do szczęśliwego lub mniej radosnego życia poślubionej wówczas pary. Można sobie wyobrazić, co myśleli goście zgromadzeni 18 czerwca 1878 roku na zaślubinach sławnego malarza Józefa Chełmońskiego z początkującą śpiewaczką Marią Korwin-Szymanowską.

Ceremonia miała się odbyć wieczorem w kościele Panny Marii na warszawskim Lesznie. W chwili kiedy ślubna kareta miała wyruszyć z domu panny młodej do kościoła, rozszalała się tak straszna burza, że zdecydowano się poczekać, aż pioruny przestaną bić. Narzeczona, która od dzieciństwa bardzo bała się burzy, była bliska zemdlenia i któraś z litościwych ciotek musiała podsunąć jej sole trzeźwiące. Kiedy na chwilę burza ucichła, wyruszono wreszcie do kościoła.

Ale gdy nowożeńcy stanęli przed ołtarzem i zaczęli powtarzać słowa ślubnej przysięgi, nawałnica rozszalała się znowu. Pioruny biły z ogłuszającym hukiem tak blisko, że ksiądz kazał nowożeńcom zająć miejsce na klęcznikach i przerwał na chwilę ceremonię, modląc się, aby żywioły nie uszkodziły witraży czy kościelnej wieży. Tłumaczył się później, że nie słyszał odpowiedzi narzeczonych na rytualne pytania, a fakt ten mógłby być przyczyną unieważnienia małżeństwa.

Niestety, w tym przypadku przesąd, że burza w dzień weselny nie zapowiada życia w szczęściu i harmonii - miał się sprawdzić. Państwo Chełmońscy po kilkunastu latach coraz bardziej burzliwego małżeństwa, wystąpili o separację, pomimo że mieli cztery córki. Trzy z nich wychowywały się przy ojcu w mazowieckim dworku Kuklówka, najmłodsza Wanda - pozostała z matką. Aż do pełnoletności panny Chełmońskie mieszkające z ojcem nie kontaktowały się z matką i właściwie nie znały najmłodszej siostry. Ciekawe, że to właśnie ona, niepozostająca pod wpływem ojca artysty, jako jedyna z dzieci Chełmońskiego zajmowała się malarstwem.

Przypadki współczesnych narzeczonych

Myliłby się ten, kto sądziłby, że współcześni nowożeńcy docierają bez przeszkód do urzędu stanu cywilnego czy ołtarza. Zaaferowanie przygotowaniami do ślubu, przejęcie się tak ważnym życiowym momentem, obawa, aby wszystko odbyło się jak należy - powodują, że wielu młodych zapomina obrączek, dowodów tożsamości czy popełnia innego rodzaju gafy.

Pani Jadwiga Skalska, która w latach 70. i 80. minionego wieku pracowała w urzędzie stanu cywilnego w jednym z wojewódzkich miast, wspomina, że najczęstszą przeszkodą w ceremonii ślubnej było niezabranie z sobą dowodu osobistego, bez którego nie można ani wziąć ślubu, ani nawet wystąpić w roli świadka.

Zdarzało się też, że ten ważny dokument z całą złośliwością rzeczy martwych, potrafił wsunąć się pod podszewkę torebki, albo po długim poszukiwaniu nieoczekiwanie znaleźć się w niewłaściwej kieszeni garnituru.

Rzadziej, ale też dość często, świadkowie zapominali obrączek i cały orszak z nowożeńcami na czele spędzał nerwowe pół godziny w poczekalni, aż roztargniony świadek dostarczył ślubne precjoza. Ciekawe, że nie zdarzyło się, aby któraś z par zdecydowała się pożyczyć na ten moment obrączki od innego małżeństwa obecnego na ślubie.

Adam i Karolina niespełna dwa lata temu postanowili wziąć ślub w parafii w Bieszczadach, niedaleko miejsca, gdzie kilka lat temu poznali się. Ślub wyznaczony był na godzinę 17.00. Zatrzymali się razem z rodzinami w motelu kilka kilometrów od kościoła. Dwie godziny wcześniej rozszalała się burza tak gwałtowna, że szosa prowadząca do siedziby parafii stała się nieprzejezdna. Burza ucichła, ale ulewny deszcz wciąż padał, na szczęście w dobie telefonów komórkowych można było przełożyć ślub na dzień następny, kiedy to okrężną drogą, nakładając kilkanaście kilometrów można było dotrzeć do kościoła.

Dominika, która niedawno obchodziła piątą rocznicę ślubu, wspomina - dziś już z uśmiechem - jedną z najbardziej stresujących chwil w swoim życiu. Znużona weselnymi przygotowaniami, przed wyjściem do kościoła poczuła się tak osłabiona, że współczująca kuzynka zrobiła jej filiżankę mocnej czarnej kawy. Dominika już w ślubnej sukni usiłowała szybko wypić parę łyków i wtedy zadrżała jej ręka i spora część zawartości filiżanki wylała się na śnieżnobiały stanik weselnej toalety, zastygając w brzydką plamę.

Na nic zdało się przecieranie mokrą gąbką z wybielaczem, plama przypominająca kształtem - jak powiedział dowcipnie jeden z drużbów - "Amerykę na mapie", była widoczna. W sukurs przyszła Pannie Młodej zaradna babcia narzeczonego, która wyjęła kilka kwiatków ze ślubnego bukietu, splotła w małą wiązankę i zręcznie przypięła do sukni. Wszyscy twierdzili później, że ten nieoczekiwany dodatek upiększył jeszcze strój panny młodej.

Bogna Wernichowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje