Reklama

Reklama

Zbrodnicza terapia Candace Newmaker

Dramat Candace Newmaker nie rozegrał się w rumuńskim sierocińcu ani w zakładzie zamkniętym jednego z krajów trzeciego świata. Jej oprawcami nie zostały uliczne bandziory. Nie było to też wcale tak dawno. Prywatne piekło dziewczynki rozwarło się w 2000 roku, w samym sercu Stanów Zjednoczonych, za sprawą tych, którzy powinni ją chronić.

Candace, która uchodzi dziś za tragiczną ikonę wszystkich ofiar przemocy terapeutycznej, urodziła się 19 listopada 1989 roku, jako jedno z trojga dzieci Angeli i Todda Elmore’ów. Para nie podołała trudom wychowania córek i syna. Według oryginalnych źródeł, małżonkowie rażąco zaniedbywali swoje pociechy, a także stosowali wobec nich przemoc, na co z czasem zareagowały odpowiednie służby odbierając im dzieci, a w konsekwencji też prawa rodzicielskie.

Rodzeństwo zostało rozdzielone, ale po kilku latach tułaczki po placówkach opiekuńczych wyglądało na to, że los wreszcie uśmiechnął się do Candace - została adoptowana przez pielęgniarkę dziecięcą, Jeane Elizabeth Newmaker z Karoliny Północnej. Gdybyśmy mogli postawić tu kropkę, by uznać tę historię za szczęśliwie zakończoną, wszystko byłoby w porządku. Niestety, choć trudno w to uwierzyć, najgorsze było jeszcze przed dziewczynką.

Reklama

Nie tego oczekiwałam

W nowym domu problemy zaczęły się szybko. Jeane sygnalizowała, że przybrana córka sprawia trudności - ta podobno była krnąbrna, nieposłuszna, miała zabawiać się zapałkami i uśmiercać swoje złote rybki. Ile było w tym prawdy - nie wiadomo. Kobieta skarżyła się lekarzom, że Candace unika bliskości i nie lubi być dotykana. W świetle aktualnej wiedzy psychologicznej takie zachowania u dzieci zaniedbanych przez opiekunów na wczesnym etapie życia już nie dziwią, ale 20 lat temu nie każdy słyszał o reaktywnych zaburzeniach przywiązania (RAD). Z drugiej strony, większość współczesnych komentatorów tej sprawy uważa, że doświadczona pielęgniarka dziecięca mimo wszystko powinna coś wiedzieć na ten temat.

Trudno dociec, czy Jeane sądziła, że dziecko głęboko poranione na duszy stanie się nagle grzeczne, wdzięczne i bezproblemowe, czy po prostu sytuacja ją przerosła. Faktem jest, że poszukiwała profesjonalnej pomocy, była gotowa nawet za nią słono zapłacić. Niestety, w walce o córkę postawiła na bardzo złych sojuszników.

Nikt nie rodzi się dwa razy

Candace była leczona farmakologicznie przez miejscowego psychiatrę, ale zdaniem adopcyjnej matki terapia nie przyniosła oczekiwanego efektu, mało tego, zachowanie podopiecznej podobno jeszcze się pogorszyło. Jeane zdecydowała się na bardziej radykalny krok i przejechała z córką kilkaset kilometrów, by poddać ją "intensywnej terapii więzi" w ramach dwutygodniowego programu prowadzonego przez specjalistów w Evergreen w stanie Kolorado.

Później miało się okazać, że specjaliści z programu w rzeczywistości żadnymi specjalistami nie byli. Nie byli psychologami, nie mieli uprawnień, by terapeutyzować kogokolwiek. Skasowali od Jeane siedem tysięcy dolarów i przekonali ją, że zmienią dziecko "uszkodzone" w "naprawione". Prym wiodły Connell Watkins i Julie Ponder, wspomagali je Brita St. Clair oraz Jack McDaniel, odgrywający role terapeutycznych przybranych rodziców, a także sama Jeane.

Pracownicy ośrodka w Evergreen zaproponowali metody z tzw. terapii więzi, nawiasem mówiąc, terapii kontrowersyjnej, mocno krytykowanej przez ekspertów, bez udokumentowanej skuteczności. W trakcie popularnych swego czasu sesji holdingu, czyli przytrzymywania, wykorzystuje się siłę i przewagę fizyczną, by unieruchomić pacjenta, nie bacząc na jego protesty. Dzieci prowadzone tą metodą m.in. przytrzymuje się wbrew ich woli (zwykle ma robić to matka lub inny opiekun), przygniata lub obejmuje, dążąc do utrzymywania kontaktu wzrokowego, by w tej intensywnej bliskości wyraziły swoje stany emocjonalne, odblokowały się i zbudowały więź z obiektem znaczącym.

Dziś większość psychologów podaje w wątpliwość zasadność wspomnianych metod, pierwotnie pomyślanych jako narzędzia do pracy terapeutycznej z dziećmi autystycznymi. Tym strategiom nie ufają też, rozumując zdroworozsądkowo, internauci - bo czy można zaakceptować bliskość, która została narzucona siłą? Jak poczuć się bezpiecznie w takim kontakcie?

Jednak za  najbardziej szokujący element tego podejścia terapeutycznego uchodzi legalna w tamtym czasie metoda odrodzenia (ponownych narodzin, ang. rebirthing), z której również skorzystano podczas tzw. leczenia Candace. Zasugerowano, że mała nie nawiązała więzi z Jeane, bo ta nie była jej matką biologiczną. Cóż, było to duże uproszczenie, biorąc pod uwagę, że dziecko zostało odrzucone i skrzywdzone już w niemowlęctwie, więc potrzebowało fachowej psychoterapii, wieloaspektowego wsparcia, cierpliwości i bliskości emocjonalnej, a nie podduszania w zbudowanej naprędce macicy.

Mimo to grupa psychologów-amatorów przeprowadziła z dziewczynką sesję rebirthingu - owijając ją warstwami tkanin i przykładając poduszkami, a następnie uciskając, chcąc zasymulować warunki panujące w przestrzeni wewnątrzmacicznej tuż przed i w trakcie porodu. Absurdalne? Bardzo.

Zabrakło powietrza

Sesja, utrwalona zresztą na taśmie wideo, miała rzekomo sprawić, że Candace przywiąże się do adopcyjnej matki. Tak przynajmniej uważała ekipa z Evergreen. Zadaniem dziecka było wyzwolić się ze zwoju tkanin, przechodząc przez całą konstrukcję imitującą macicę i kobiece drogi rodne, by finalnie, po wyplątaniu się, przeżyć katharsis i emocjonalnie się odblokować.

Jak można się domyślić, nic nie poszło zgodnie z zamysłem "terapeutów". Dziewczynka zaczęła się dusić, nie była w stanie wyjść z kokonu, wołała o pomoc, jedenaście razy powtórzyła, że umiera. Gdy tak krzyczała, nie przesadzała. Niewzruszeni dorośli ważący łącznie ponad 300 kilogramów kontynuowali podduszanie i ugniatanie drobnej dziesięciolatki. Temu wszystkiemu, zza szyby, przyglądała się Jeane.

Candace zwymiotowała i defekowała, błagała, by ją uwolnić, ale, co przekracza wszelkie pojęcie, była przetrzymywana w takich warunkach jeszcze 50 minut, a jej matka nie zareagowała. Jak to możliwe, że wykwalifikowana pielęgniarka oglądała takie sceny i nie zrobiła nic? Czy aż tak zaufała "autorytetom"?

Na taśmie, której obejrzeć w sieci nie sposób (dostępne są jedynie transkrypcje), utrwalono szydercze skandowanie Julie Ponder, która nazywała dziecko "mięczakiem", a także grzmienie kobiet pytających, dziewczynkę, czy chce narodzić się ponownie. Mała odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem, że "nie" i nie powiedziała już nic więcej. Watkins i Ponder poprosiły parę odgrywającą rodziców zastępczych o opuszczenie pomieszczenia. Siedząc nad nieruchomą Candace rozmawiały jeszcze przez kilka minut. Gdy w końcu odwinęły warstwy materiału, było jasne, że dziecko straciło przytomność. Nic dziwnego, przez 70 minut trwania sesji powietrze docierało do niego w stopniu niewystarczającym. Wtedy na pomoc ruszyła Jean. Poczęła reanimować córkę, która już nie oddychała. Wezwano pogotowie. Ratownikom przybyłym na miejsce po kolejnych dziesięciu minutach udało się przywrócić dziecku puls. Mała pacjentka została przetransportowana helikopterem do szpitala w Denver, ale było już za późno na ratunek, następnego dnia stwierdzono jej śmierć mózgową.

Wyroki

Niektórzy szarlatani oferujący cudowne terapie rzeczywiście wydają się wierzyć w swoje buńczuczne zapewnienia, inni kalkulują cynicznie, jakby tu na zdezorientowanych rodzicach zarobić. Trudno powiedzieć, jak było w Evergreen, ale z całą pewnością osoby, które próbowały leczyć Candace nie miały ku temu uprawnień. Ich działania bezpośrednio przyczyniły się do śmierci dziecka, które nie cierpiało na żadną chorobę somatyczną. Przyczyną zgonu było uduszenie. Dziewczynka zmarła 18 kwietnia 2000 roku, nie dożywszy 11. urodzin.

Jej historia wstrząsnęła opinią publiczną, podobnie jak wyroki, jakie zapadły w sprawie. Zdaniem wielu były one wręcz skandalicznie niskie. Chociaż udowodniono, że Watkins i Ponder podczas trwania feralnej sesji stosowały wobec dziecka przemoc, co spowodowało jego śmierć, zostały skazane na zaledwie 16 lat więzienia. Watkins po siedmiu latach zaczęła zresztą odbywać karę w zakładzie otwartym, a parze "terapeutycznych rodziców zastępczych" zasądzono karę 10 lat więzienia w zawieszeniu oraz 1000 godzin prac społecznych. Jeane została skazana na 4 lata w zawieszeniu, a po upływie tego czasu wyczyszczono jej kartotekę. Proces miał miejsce w 2001 roku, co oznacza, że dziś wszystkie te osoby mogą się już cieszyć wolnością i skorzystać z drugiej szansy. Niestety, Candace szansy nie otrzymała, nie narodziła się też ponownie, jak zakładali ci, przez których dopełnił się jej los.

Candace Newmaker nie była jedyną ofiarą tego typu praktyk, które rok po jej śmierci zostały zakazane w niektórych stanach Ameryki. Terapię więzi oficjalnie potępiło m.in. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, a mimo to w niektórych rejonach świata nadal jest praktykowana i wciąż znajduje swoich entuzjastów, choć większość psychologów uważa ją za szkodliwą, przemocową, nie mającą nic wspólnego z aktualną wiedzą naukową.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy