Anna Dymna: Ocalona z czterech wypadków

Życie jest dla niej darem, za który musi codziennie dziękować poprzez czynienie dobra. Dla wielu jest wzorem do naśladowania.

Życie nie szczędziło jej bólu. Cztery dramatyczne wypadki drogowe, pożar, który strawił cały majątek, utrata ukochanego... Anna Dymna do dziś boryka się z bolesnymi konsekwencjami dawnych urazów. - Każda moja kończyna przynajmniej raz była w gipsie - przyznaje aktorka. Mimo to wciąż ma siłę, by stale nieść pomoc potrzebującym. Jak przyznaje, robi to, by spłacić dług wdzięczności za cud własnego życia.

Reklama

Wieczna miłość

Jej rolami w "Znachorze", "Trędowatej", "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć" zachwycała się cała Polska. Olbrzymi talent reżyserzy dostrzegli u niej już na studiach. Jeszcze bardziej w oczy jednak rzucała się jej niepowtarzalna uroda. Długie, czarne włosy, piękna twarz i magnetyzujące, głębokie spojrzenie. Nic dziwnego, że już na studiach znalazła mężczyznę zakochanego w niej na zabój. Zresztą z wzajemnością.

- Wiesław na zawsze pozostanie miłością mojego życia - powtarza do dziś aktorka. Co ciekawe, początek jej znajomości z Wiesławem Dymnym niczego takiego nie wróżył. Zaczęło się od tego, że zwymyślał on przyszłą żonę, gdy zwróciła mu uwagę w hotelu, że hałasuje z kolegami pod jej drzwiami. Na drugi dzień skruszony współtwórca krakowskiej Piwnicy pod Baranami pojawił się jednak w tych samych drzwiach z kwiatami. Ślub wzięli jeszcze na studiach, choć on był 15 lat starszy od niej. Kochali się do nieprzytomności i... razem klepali biedę.

Koleje losu

Niestety 7 lat po ślubie spadła na nich wielka tragedia. Ich ubogie mieszkanko doszczętnie spłonęło. Pożar wywołała eksplozja kineskopu telewizora. Dymny uszedł z życiem tylko dlatego, że był akurat w łazience, gdzie przygotowywał kąpiel dla żony. Ogień strawił wszystko, w tym większość jego dorobku artystycznego. Choć mieli tak mało, los odebrał im nawet to. Ale to nie był koniec dramatu.

Kilka miesięcy później żona znalazła martwego męża na remontowanym po pożarze poddaszu kamienicy. Świadkowie pamiętają pełen rozpaczy krzyk, który niósł się korytarzami domu. Co się stało? Tak naprawdę do dziś nie wiadomo, gdyż sekcja zwłok 42-letniego Dymnego nie wskazała jednoznacznej przyczyny zgonu. Śmierć męża była dla pani Anny największym ciosem, jaki mógł na nią spaść.

Na długi czas pogrążyła się w depresji. Choć występowała na scenie i odgrywała swoje role, które przynosiły jej coraz większą sławę, wewnątrz była pusta i rozbita. Część jej umarła razem z ukochanym. Nie przyszło jej wtedy nawet do głowy, że kilka miesięcy później sama stanie oko w oko ze śmiercią.

Wypadek

Był 1978 r. Miała 27 lat i właśnie dostała rolę w filmie pod tytułem "Węgierska rapsodia". Jechali z przyjaciółmi na zdjęcia, ale znużony długą trasą kierowca zasnął za kierownicą. Uderzył w przydrożne drzewo. Z pojazdu została jedynie kupa pogiętej blachy. Połamaną i nieprzytomną aktorkę znaleziono kilkadziesiąt metrów od samochodu. Miała uszkodzony kręgosłup i miednicę, a także połamane żebra i przebite płuco. W szpitalu spędziła kilka miesięcy. Groził jej paraliż. Lekarze byli w zasadzie pewni, że nie stanie już na nogi.

Ona po raz kolejny okazała się jednak siłaczką, jak zaczęli nazywać ją koledzy i koleżanki po fachu. - Gdy odzyskałam przytomność, pojawiła się myśl: jak to dobrze, że żyję. Miałam uszkodzoną pamięć, ale do końca życia będę pamiętać radość, jaka towarzyszyła myśli, że żyję - wspomina aktorka. To wtedy pierwszy raz uzmysłowiła sobie, że jej życie to cud i chce spłacić swój dług za to, co otrzymała od Boga.

Mimo fizycznego i psychicznego bólu uparła się, że powstanie niczym feniks z popiołów. Miesiące rehabilitacji, okupiona potem i łzami praca nad sobą oraz wsparcie najbliższych przyniosły zamierzony efekt. Odzyskała sprawność, choć niektórzy twierdzą, że graniczyło to z niebywałym heroizmem lub wręcz jakąś nadprzyrodzoną siłą. Mimo tej traumy, aktorka uważa, że to właśnie wówczas narodziła się na nowo, jako lepszy człowiek.

- To był mój przełom. Pamiętam radość, że widzę światło, że oddycham. Wtedy zrozumiałam, że naszym obowiązkiem jest żyć, być szczęśliwym mimo wszystko. Człowiek ma żyć, to jego obowiązek, największy zaszczyt, szansa i radość - zapewnia pani Anna. Wtedy także zrozumiała, że ratując jej życie, Bóg wyznaczył jej cel. Nie do końca pojmowała tylko jeszcze jaki...

Niepokonana

Dwa lata później, w 1980 r., przytrafił się jej kolejny tragiczny wypadek. Tym razem na planie serialu "Królowa Bona". Sanie, którymi jechała, przewróciły się, a ona wypadła z nich tak nieszczęśliwie, że uderzyła głową o drzewo. Doznała wówczas wstrząsu mózgu oraz kolejnych urazów kręgosłupa. I tym razem aktorka podniosła się i po uciążliwej rehabilitacji odzyskała pełną sprawność.

Następne lata przyniosły jej jednak jeszcze dwa wypadki samochodowe. Z obu wyszła połamana. Po raz kolejny musiała zmierzyć się ze znanym już scenariuszem: szpital, potem długa rehabilitacja, ból i zagryzanie zębów, by wreszcie wyjść na ulicę o własnych siłach. Jej znajomi zaczęli żartować, że prześladuje ją coś więcej niż pech i za wszelką cenę należy unikać podróżowania w jej towarzystwie. Ona sama także stara się podchodzić do tego z dystansem.

- Każda moja kończyna przynajmniej raz była unieruchomiona gipsem. Mój organizm mówi tak: ile lat będziesz mnie tak torturować? Ja z tobą już nie współpracuję - śmieje się. Nie zmienia to jednak faktu, że od 40 lat pani Anna boryka się z konsekwencjami tych dramatycznych wypadków. Przez całe lata cierpiała w milczeniu. Dopiero jakiś czas temu wyznała, że potworny ból jest w zasadzie jej codziennością.

Mimo licznych dolegliwości, pani Anna nie oszczędza się i każdą wolną chwilę poświęca pracy w fundacji Mimo wszystko, która niesie pomoc upośledzonym. To dzieło jej życia. Doświadczenie pokazało jej, że nie liczą się kariera ani wyróżnienia, ale pomaganie innym. W ten sposób aktorka spłaca dług wdzięczności. - Jedyne, co mogę zrobić, to oddać ludziom serce, sprowokować ich, by byli szczęśliwi. To wszystko sprawia, że chce się rano wstawać z łóżka - mówi aktorka.

Karolina Piwowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje