Ciągle mi mało...

Ekspresowo podbiła show-biznes, ale wciąż czuje niedosyt. Gwiazda festiwalu Sopot TOPtrendy ma apetyt na sukces za granicą i milion pomysłów na siebie. Nawet facetów zmienia jak rękawiczki...

Nadchodzące lato upłynie pod znakiem Margaret?

Reklama

Faktycznie trochę się będzie działo. W sierpniu wydaję płytę. To duża rzecz. Poza tym zagram sporo koncertów i wezmę udział w festiwalach.

Występem na TOPtrendach udowodniłaś, że jesteś gwiazdą. Ale skąd się właściwie wzięłaś?

Z miejscowości Ińsko pod Szczecinem. Tam od dziecka śpiewałam. Najpierw w szkole podstawowej, później w szkole muzycznej, gdzie grałam na klarnecie i saksofonie, aż zaczęłam uczyć się śpiewu. Dwa razy w miesiącu jeździłam ze Szczecina do Krakowa na dodatkowe lekcje. Brałam też udział w konkursach i festiwalach muzycznych. A w wieku 18 lat przeprowadziłam się do Warszawy.

Mam wrażenie, że bardzo dokładnie przemyślałaś sobie, jak poprowadzić karierę. Założyłaś blog, żeby zrobiło się o tobie głośno, a potem obwieściłaś fanom, że śpiewasz.

To prawda. Wymyśliłam to, kiedy przyjechałam do Warszawy. Siedziałam dokładnie w tej samej kawiarni, w której się teraz spotykamy. Przyjaciółka przymierzała się do zdawania na reżyserię w Łodzi i zapytała, czy w ramach przygotowań może zrobić mi kilka zdjęć w moich stylizacjach. Tak się zaczęło. Pomyślałam, że moda zawsze była mi bliska. Stwierdziłam, że może mi utorować drogę jako piosenkarce. Po jakimś czasie razem ze stylizacjami zaczęłam też wrzucać swoje nagrania. Plan udało się zrealizować, mogę to odhaczyć.

Co teraz masz na liście?

Wydać płytę. Tę i kolejną. Chciałabym także podróżować. Chcę poznać nowych ludzi, nowe kultury. Myślę o Azji. Chcę też wrócić do Stanów. 

Nie masz polskiego kompleksu?

Absolutnie nie. Czuję się obywatelką świata. Fajnie, że Europa się na mnie nie zamyka. Choć powiem szczerze, że nie jest łatwo robić karierę i tu, i za granicą.

Sławę, również za granicą, zyskałaś dzięki piosence "Thank You Very Much", do której nagrałaś kontrowersyjny teledysk. Lubisz prowokować?

Nie bardzo. Dlatego moja druga piosenka, "Wasted", jest utrzymana w innej stylistyce. Nie chcę być Lady Gagą. Chcę być artystką, która coś przekazuje. A zaskakiwanie i prowokowanie w którymś momencie się kończy i nie ma już sensu. Lubię robić fajne rzeczy i dobrą muzykę. Mimo że "Thank You Very Much" było kontrowersyjne, miało też głębszą filozofię. Mam nadzieję, że widzę ją nie tylko ja (śmiech).

Możesz jeszcze słuchać tej piosenki?

Słuchać nie, a podczas koncertów mam na nią taki patent, żeby za każdym razem wykonywać ją inaczej. Choć przyznaję, że powoli kończą mi się pomysły.

Czego sama słuchasz?

Moją idolką jest Grażyna Łobaszewska. Słucham też Łony - to raper ze Szczecina, Czesława Niemena, Kuby Badacha, Andrzeja Zauchy, Sistars, Ani Dąbrowskiej. Lubię muzykę filmową, a Ennio Morricone jest w niej absolutnym mistrzem. Lubię dobry pop i jazz.

Kogoś podziwiasz?

Z zagranicznych artystów Indię.Arie i Toma Odella - on jest fenomenalny! Poznałam go na festiwalu w Niemczech. Śpiewałam przed nim. Muszę przyznać, że zrobił na mnie wielkie wrażenie. Niestety, oboje się rozjechaliśmy, bo mieliśmy koncerty i nic z tego nie wyszło (śmiech). Oczywiście później oglądałam jego występ w Warszawie. Podziwiam też Jarle Bernhofta, Norwega, który jest multiinstrumentalistą. Jego koncerty są niesamowite.

Miałaś kiedyś własny zespół?

I to niejeden! Przeszłam chyba przez wszystkie możliwe gatunki muzyczne. Byłam w zespole rockowym, elektro, popowym, akustycznym i w chórze gospel. Po przeprowadzce do Warszawy podkładałam śpiew do filmów i nagrywałam wokalizy. Wszystkiego dotknęłam, dlatego szybko się zorientowałam, co chcę robić.

Ale na początku nie szło ci dobrze.

To prawda, nie byłam szczególnie utalentowana. Były dziewczynki, które śpiewały lepiej. Ja zawsze musiałam się mocniej starać, a i tak mi nie wychodziło. Ale zaparłam się. Dużo nad sobą pracowałam i nabrałam pokory. Zrozumiałam, że na wszystko trzeba zapracować i niczego się nie dostaje ot tak.

Wróćmy do mody. Jaki jest twój styl?

Eklektyczny. Zawsze mi się wydaje, że przesadzam. Staję przed lustrem i ciągle mi mało, dlatego dodaję więcej i więcej. Efekt jest taki, że mocno przeginam.

Zdarzają ci się wpadki?

Wiele razy! Dzięki nim się uczę. W podstawówce ubrałam się cała na zielono, od rajstop po T-shirt. Pamiętam, że wychodząc z domu, uważałam, że wyglądam wręcz fenomenalnie. W szkole okazało się, że jednak nie. Wyglądałam jak żaba.

Skąd bierzesz ubrania?

Trochę od projektantów, trochę z sieciówek, mam też kilka zaprzyjaźnionych showroomów. Często odwiedzam chińskie strony internetowe. Mają tam niesamowite rzeczy - bardzo wesołe, kolorowe. Uwielbiam second-handy. Najlepsze są w Szczecinie. Tam za 30 złotych kupuję kilka kilogramów ciuchów!

Co potem z nimi robisz? Oddajesz? Sprzedajesz?

Nie, skąd! Mam przyjaciółki, które chętnie przychodzą i zabierają moje ubrania. Wręcz podkradają je z mojej szafy. 

Podobno masz osobistego fryzjera.

Mam. Super to brzmi, prawda? Bartek Janusz jest moim fryzjerem, ale przede wszystkim przyjacielem. W jego salonie jestem częściej niż w domu. Bywam tam nawet cztery razy dziennie. Kiedyś zaczepiła mnie jakaś pani i zapytała, czy może się umówić na wizytę. Otworzyłam więc kalendarz i ją wpisałam. Chyba mogłabym u Bartka pracować...

Wynajmujesz mieszkanie czy dorobiłaś się już własnego?

Dalej wynajmuję. Boję się kupić, ale bardzo chciałabym mieć loft w centrum miasta.

Jaki jest twój stosunek do pieniędzy?

Frywolny.

Na co je wydajesz? Na jedzenie!

Żartujesz! To pewnie zdrowo się odżywiasz.

A skąd! Codziennie jem steki! Ale sama nie gotuję, chodzę do restauracji.

Lubisz się wyróżniać?

Powiem tak: nie lubię nudy, więc ubieram się po swojemu. Czasem chciałabym wyglądać dostojnie i elegancko, ale za każdym razem dochodzę do wniosku, że to nie mój styl.

Zmieniasz facetów jak rękawiczki?

To się jakoś samo zmienia...

Jak oceniasz mężczyzn z Warszawy?

Myślę, że są leniwi. Popatrz, siedzimy w środku dnia na placu Zbawiciela, a w knajpach ich pełno. Nie pracują? Rozumiem, że w Warszawie jest trochę inny tryb życia i pracy, ale zawsze mnie to dziwi. Widzę też jeszcze jeden problem - alkohol, który leje się tu strumieniami.

Chyba nie jest aż tak tragicznie. Fajni faceci też się przecież zdarzają.

Pewnie! Chociaż nie znam ich zbyt wielu, bo obracam się w dość wąskim środowisku. Nie mam tu znajomych, na przykład ze studiów.

Słyszałam, że bardzo cię denerwują porównania do Violetty Villas.

Nie widzę tego podobieństwa, o którym wszyscy mówią. Może gdy doczepią mi pięć kilo włosów, to zaczynam ją przypominać. Moim zdaniem bardziej jestem podobna do Sky Ferreiry. Popatrz na jej zdjęcia, jesteśmy identyczne! (Margaret pokazuje mi fotki amerykańskiej wokalistki). Zdenerwowała mnie ostatnio. Z przyjaciółką mamy swój tajny język. Kiedy coś nam się podoba, rzucamy tylko nam znane hasło "Tonia". Ostatnio weszłam na profil Sky i przeczytałam, że nazywa się Sky Tonia Ferreira. Tego już za wiele!

To prawda, że zachwyciłaś Kubę Wojewódzkiego?

Nie wiem. Okropnie się denerwowałam w jego programie. A kiedy się stresuję, od razu zaczynam flirtować. Nie panuję nad tym. Moja przyjaciółka obejrzała ten odcinek. Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że strasznie go podrywałam. Dzięki Bogu nie pokazali wszystkiego!

Twoja najlepsza cecha?

Raz jest zaletą, a raz wadą: wyrozumiałość. Niestety, u mnie ona graniczy z naiwnością. Lubię wierzyć w ludzi. Daję im więc drugą szansę. Niektórzy starają się to wykorzystać. Zwłaszcza odkąd stałam się rozpoznawalna. Lubię osoby fajne i kreatywne. Nie widzę potrzeby spotykania się tylko po to, żeby gadać o dżinsach.

Rozumiem więc, że inne blogerki modowe raczej za tobą nie przepadają?

Nie wiem, bo nie utrzymuję z nimi kontaktów. Znam tylko Jessicę Mercedes i Julkę Kuczyńską, którą bardzo lubię. Ona, tak jak ja, pochodzi z małej miejscowości. Jest skromną dziewczyną, która sama zapracowała na sukces. Udowadnia, że zajmowanie się modą nie jest głupie i nieważne. Niektórzy, owszem, nic nie robią, tylko przebierają się w sklepach. Ale są i tacy, którzy robią naprawdę coś fajnego.

Akceptujesz swoje ciało?

Tak, bo niby wiem, że powinnam schudnąć, ale mam to gdzieś. Poddałam się z robieniem brzuszków. I zamiast się katować, po prostu kupiłam na lato spodenki z podwyższonym stanem.

Dostałaś propozycję rozbieranej sesji?

Tak i natychmiast odmówiłam, choć lubię nagość. Kiedyś na pewno wystąpię w sesji toples, ale nie w magazynie dla panów. Te wydęte usta i wielkie piersi są zbyt dosłowne. Poza tym obiecałam mamie, że ją o tym uprzedzę. Ona chce się przygotować psychicznie na taki numer.

Justyna Kasprzak

Dowiedz się więcej na temat: Margaret

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje