Reklama

Reklama

Czuję się bezpiecznie, gdy mam wszystko poukładane

Na ekranie szalona, żywiołowa, nieprzewidywalna. W domu kochająca żona, układająca wszystko na swoim miejscu, pod linijkę. A między pracą na planie i małżeńskim szczęściem, wolontariuszka odwiedzająca w szpitalach chore dzieci.

Trzydziestolatka, utalentowana, piękna, w szczytowej formie. Od dwóch lat na pierwszych miejscach we wszystkich rankingach popularności: ostatnio dostała tytuł "Kobiety roku 2010", przyznawany przez męską publiczność TVN Turbo. Bez wysiłku mogłaby budować wizerunek seksownego kociaka, bawić się salonowym życiem. Ale swoją popularność woli wykorzystywać w szlachetnych celach. Od lat wspomaga z dużym zaangażowaniem rozmaite akcje charytatywne.

Mówią o tobie aktorka-kameleon, grasz barwne, zwariowane postacie. W najnowszym filmie zostałaś nawet gangsterką...
Małgorzata Socha: - Przyznam, że dość dziwnie poczułam się z pistoletem w dłoni. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaką ma moc, ile trzeba mieć siły, żeby w ogóle go utrzymać. Poczułam to dopiero, gdy po raz pierwszy trafiłam na strzelnicę. I dziś już wiem, że broń to nie jest to, co lubię najbardziej. W "Weekendzie" wcieliłam się w postać Mai, która jest zawodowym mordercą. I powiem krótko, to jest niesamowite, dla mnie wręcz genialne, że w tym zawodzie mogę tak bezkarnie przeżywać cudze życie. Bo dla mnie aktorstwo polega właśnie na tym, żeby za każdym razem się zmieniać, a nie powielać, tyle, że w innym kostiumie.

Reklama

Płyniesz teraz na fali ogromnej popularności, którą zawdzięczasz roli w "BrzydUli". Jak ją wspominasz?
- "BrzydUla" w moim życiu bardzo wiele zmieniła. To jest dobry przykład, że aktor nigdy nie wie, która rola okaże się dla niego przełomowa. Żeby było śmieszniej, ja wcale nie chciałam grać tej postaci, nie byłam do niej przekonana. A już na pewno nie spodziewałam się, że moja bohaterka wyjdzie poza ramy serialu i zacznie żyć własnym życiem!
Takie rzeczynie zdarzają się często. Efekt jest taki, że mądrości Violetty Kubasińskiej chodzą za mną do dziś. Niektóre jej powiedzonka zrobiły karierę, np. na Facebooku. Moje ulubione to: "Jak Kuba Bogu, tak Bóg kubańczykom", "Wiza wi" i kultowe "Dasz Wiarę".

Prywatnie też jesteś taką energiczną optymistką?
- Na pewno nie brakuje mi energii. Jestem wręcz uzależniona od życia na wysokich obrotach, od adrenaliny, jaką daje praca. Kiedy na przykład wstaję o szóstej rano i idę na plan zdjęciowy, to wiem, że muszę się po prostu zmierzyć z tym, co mam tam do zrobienia. I to daje mi naprawdę niesamowitą frajdę.
A co do optymizmu... prawda jest taka, że nie mam specjalnych powodów do narzekań, opatrzność nade mną czuwa (śmiech). Ale oczywiście nie jest tak, że wszystko w moim życiu zawsze pięknie się układało. Mam za sobą więcej castingów przegranych niż wygranych, zdarzyli się też mężczyźni, którzy mnie nie chcieli. Tyle, że ja zawsze staram się iść do przodu, nie oglądam się za siebie.
Myślę, że takie rzeczy wynosi się z domu rodzinnego. Ja mam to po ojcu, który jest bardzo pozytywną postacią. Zawsze, gdy go widzę, jest uśmiechnięty, co by się nie działo, mówi: "Jakoś to będzie". Myślę, że ważne jest, aby umieć dopasować się do różnych sytuacji. Mnie się ta umiejętność bardzo przydaje, i w życiu, i w pracy.

Masz 30 lat. Jaki to jest moment w twoim życiu?
- Myślę, że to jest dobry dla mnie czas. Zawodowo wiele rzeczy się ruszyło. Nie martwię się też, że nie zagrałam wielkich, znaczących ról, myślę wręcz, że wszystko jeszcze przede mną. Zaczynam się też czuć doroślej jako kobieta, doceniać to, że nią jestem. Cieszę się życiem, tym, co mam.

Naprawdę masz już wszystko, o czym mogłabyś marzyć? Niczego ci nie brakuje do szczęścia?
- Rozumiem, że dążymy do poruszenia tematu, czy chcę mieć dzieci?(śmiech). Oczywiście, że chcę! Teraz jestem na takim etapie, że dużo pracuję, właśnie zaczynam nową produkcję... Ale, żeby nie wyszło na to, że uciekam od odpowiedzi, powiem wprost: staram się o tym nie myśleć, mam nadzieję, że się zdarzy i będę wtedy bardzo, bardzo szczęśliwa. Bo chciałabym mieć dzieci, lubię je i świetnie się z nimi dogaduję. No i coraz więcej moich przyjaciółek ma potomstwo, więc coś mi się wydaje, że i ja muszę, bo inaczej wypadnę z towarzystwa.
One rozmawiają o wózkach, nosidełkach i różnych takich supernowościach, a ja siedzę z nimi na kinderbalach i mogę tylko robić wtedy "muuuuuu" (śmiech).

Podobno bardzo angażujesz się w rozmaite akcje społeczne, głównie pomaganie dzieciakom?
- Skoro tak mi się wydarzyło, że stałam się popularna, to uważam, że powinnam wykorzystywać każdą okazję do zrobienia czegoś dobrego. Na przykład pomagać dzieciom, szczególnie tym, które nie dostają od dorosłych tego, co powinny. Wspieram np. fundację "Dom Aniołów Stróżów" z Katowic. To takie schronisko- świetlica, opiekująca się dziećmi i młodzieżą z rodzin z różnymi problemami. Dzieci tam mają szansę nauczyć się czegoś, co pozwoli im oderwać się od swojego środowiska, nie kopiować patologii.
Współpracuję też z fundacją Dr Clown, która z kolei wspiera chore dzieci w szpitalach. Tu działanie opiera się na terapii śmiechem, która daje niesamowite wprost efekty. Tym dzieciakom bardzo potrzebna jest choćby krótka chwila, by mogły zapomnieć o nieszczęściu, o bólu. Staramy się je rozweselić, rozśmieszyć, skierować ich myśli w inną stronę. I to działa bardzo pozytywnie, pozwala im nabierać sił.
Dajemy tym dzieciakom drobne upominki, a potem dowiadujemy się od rodziców, że traktują je jak amulety, które pomogą im wyzdrowieć. I bardzo często ich stan naprawdę się poprawia, bo są silniejsze psychicznie, mają więcej wiary, że uda im się wygrać z chorobą. Szefowa fundacji, Kasia Butowtt, znana bardziej jako Dr Guzik, nauczyła nas, żeby z dziećmi żegnać się słowem "niedowidzenia". To będzie oznaczało, że następnym razem już nie spotkamy się w szpitalu, bo dziecko wyzdrowieje.

Nie bałaś się wizyt w szpitalu, patrzenia na cierpienie dzieci?
- Nie będę ukrywać, za pierwszym razem było naprawdę trudno. Dopóki byłam w środku, starałam się jakoś trzymać, ale jak mnie nikt nie widział, nie potrafiłam powstrzymać łez. Nawet teraz, kiedy to wspominam, od razu zaczynam płakać. Ale na oddziale musiałam nad sobą panować, nie rozczulać się. Przecież te dzieciaki nie chcą oglądać ludzi, którzy się nad nimi litują, to akurat nie jest im do niczego potrzebne.

Od czego się zaczęło twoje pomaganie innym, na taką skalę?
- Jakiś czas temu mój mąż miał wypadek, który cudem przeżył. Osunął się ze skarpy, spadł kilkadziesiąt metrów w dół. Nie było mnie przy nim, pojechał na tzw. męską wyprawę. Do końca nie mieliśmy pewności, czy Krzysztof z tego wyjdzie, w jakim stanie będzie po wypadku jego kręgosłup, czy w ogóle będzie mógł chodzić...
To był dla nas bardzo trudny okres, test na sprawdzenie się w ekstremalnych warunkach. Bardzo nas to scaliło, było wielką próbą, sprawdzianem. W związku to, czy można polegać na partnerze, jest jedną z najważniejszych rzeczy, podstawową.

Dużo czasu spędziłaś wtedy z mężem w szpitalu.
- Dla ścisłości - w rozmaitych szpitalach. Tak, zobaczyłam wtedy, jak wygląda życie ludzi na łasce opieki medycznej. I jak strasznie można być samotnym w walce z chorobą. Tam po raz pierwszy miałam też kontakt z chorym dzieckiem. Krzysiek przechodził operację ortopedyczną, na oddziale razem z dorosłymi leżały dzieci. Wtedy zobaczyłam, jak dzielnie potrafią znosić ból i cierpienie.
Na sali z mężem leżał chłopiec z Radomia, jego rodzice nie mogli sobie pozwolić na częste odwiedziny, przez całe tygodnie był zupełnie sam. Brakowało kogoś, kto by mu poświęcił choć trochę uwagi. Mój Krzysiek jest bardzo wrażliwy na krzywdę ludzką, zaczął z nim rozmawiać, zajmować się nim. I chłopiec poczuł się lepiej, wręcz roznosiła go energia! Zmienił się też stosunek do niego ludzi na oddziale, pacjentów i personelu, wszyscy zaczęli się nim opiekować, interesować. Czasem wystarczy dać przykład, by inni poszli naszym śladem.

Uchodzicie z mężem za idealny związek. Podobno znacie się od szesnastego roku życia?
-Tak, znamy się bardzo długo, ale jesteśmy ze sobą od sześciu lat, a małżeństwem jesteśmy raptem od dwóch. Muszę przyznać, że jako żona czuję się po prostu fantastycznie! Z mojego punktu widzenia, ślub to był bardzo dobry pomysł. I fajne jest to, że mój mąż też swoim kolegom zachwala instytucję małżeństwa. Nie wiem, czy na tym polega sukces dobrego związku, ale myślę, że warto przed ślubem dobrze się poznać.
Krzysztof mówi mi, że jestem jego najlepszym kumplem. Znamy swoje wady, słabości. To buduje zaufanie. Mąż jest moim

absolutnym dopełnieniem, ja jego chyba też, skoro ze mną wytrzymuje i znosi moje rozmaite szaleństwa. Ale potrzebowaliśmy trochę czasu, aby zrozumieć, jak bardzo jesteśmy dla siebie ważni.

Podobno u was w domu jest jak w muzeum? Nie na wszystkim można usiąść, kapcie każecie zakładać?
- No, aż tak źle chyba nie jest (śmiech). Choć muszę przyznać, że po prostu uwielbiam porządek i w kółko poprawiam, co tylko się da. Wszystko musi być pod ręką, zawsze dokładnie na swoim miejscu. Może nie jest jak w muzeum, ale jak w jakimś designerskim sklepie - wszystko przemyślane, przedmioty pięknie poukładane na swoim miejscu. Siadać oczywiście można, tylko trzeba potem ładnie poprawić poduszkę (śmiech).
Wiem, że to takie małe natręctwo, ale się do niego przyznaję. Znajomi się ze mnie śmieją, bo wszędzie, gdzie jestem, układam, przekładam, sprawdzam, czy leży równo pod linijkę. Nic na to nie poradzę, w chaosie nie wypoczywam, muszę mieć wszystko poukładane. Tylko wtedy czuję się bezpiecznie.

Dopiero kiedy mogę bez patrzenia sięgnąć po pilota do telewizora, bo wiem, że on leży na swoim miejscu, to czuję, że jestem w swoim domu.

Rozmawiał Bartłomiej Indyka

Świat kobiety
Dowiedz się więcej na temat: żona

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy