Reklama

Reklama

Czuwa nade mną Anioł Stróż...

O podróżach, szczęściu, przezwyciężaniu własnych słabości i chwilach, dla których warto żyć opowiada Beata Pawlikowska - pisarz, podróżnik i łowca.

Anna Chybińska: Pierwszą książkę napisała pani w wieku 18 lat, a kiedy odbyła pani swoją pierwszą podróż?
Beata Pawlikowska: Chwilę wcześniej. Pierwszą książkę napisałam, kiedy miałam 18 lat, a w pierwszą wielką podróż wyruszyłam kilka dni po moich 18 urodzinach. Była to podróż do Włoch, zupełnie niespodziewana. Zawsze uważam, że jeśli ktoś ma dobry, pozytywny cel przed sobą i bardzo mocno czegoś chce, wysyła dobre myśli w kosmos, to coś się po prostu zaczyna dziać samo. Mieszkałam w Koszalinie, moi rodzice nie mieli za dużo pieniędzy i niespodziewanie ogłoszono egzaminy do Międzynarodowego Obozu Pracy. Trzeba było zdać egzamin najpierw w szkole, potem w województwie, z języka obcego i wiedzy o społeczeństwie - sprawdzano poprawność polityczną. Jak ktoś zdał eliminacje wojewódzkie, to mógł wyjechać do Warszawy na wielki finał. Pojechałam i zdałam egzamin z angielskiego. O mało nie straciłam szansy, bo u mnie w domu otwarcie mówiło się o kwestiach politycznych, ale ostatecznie zdałam też ten drugi egzamin. Co jednak najdziwniejsze, obozy z reguły były w Czechach, w Związku Radzieckim, w Bułgarii, a ja - niespodziewanie - dostałam skierowanie na obóz do Włoch. To była moja pierwsza wielka wyprawa.

Reklama

Czy to ta pierwsza podróż sprawiła, że podróże stały się Pani pasją?
Nie, bo ja już o tym marzyłam od dawna.

Czyli podróże z dzieciństwa, w wyobraźni?
Tak, takie wyobrażanie sobie jakby to było, gdybym była tam na miejscu. Jakby smakowały te owoce, które są opisywane w książkach, jak zachowali by się tubylcy - Indianie czy Eskimosi - gdybym ja tam do nich pojechała i spojrzała im w oczy. To stąd się wszystko wzięło.

Była pani w ponad 40 krajach, jednak najczęściej wraca pani do dżungli. Co najbardziej fascynuje panią w życiu Indian?
To, że oni żyją bez pieniędzy, bez elektryczności, bez reklamy, bez polityki, bez kłamstw, bez manipulacji, bez użalania się nad własną słabością, czyli dokładnie w przeciwny sposób, niż życie w miastach białych ludzi. W naszej miejskiej cywilizacji bycie słabym człowiekiem jest powszechnie akceptowane. Jak ktoś mówi otwarcie: "Och, mam nadwagę, ale nie mogę sobie odmówić tego ciastka z kremem", to koleżanki się śmieją i mówią: "Zjedz sobie ciastko. Ja już dawno nie mogę nosić tych spodni, które lubię, bo się w nie mieszczę". Ja uważam, że w życiu trzeba przezwyciężać swoje słabości i ograniczenia. Jeśli ktoś uważa, że jest za gruby, to powinien starać się schudnąć. Powinien podjąć kilka decyzji i potem konsekwentnie ich dotrzymać, a nie mówić publicznie, że ma słabą wolę i nic mu się nie udaje. To jest pochwała słabości. W miastach białych ludzi słabość jest powszechnie akceptowana, a w dżungli akceptuje się tylko silnych i trzeba być silnym, żeby przetrwać. Uważam, że to jest jedyne słuszne założenie, niezależnie od tego, czy to jest dżungla czy miasto.

Czy oznacza to, że właśnie tam znalazła pani swoje miejsce na Ziemi?
Mam wrażenie, że moje miejsce na Ziemi jest wszędzie tam, gdzie jestem. Dom trzeba mieć we własnej duszy - Jeżeli czuję się dobrze, a staram się czuć dobrze wszędzie, to dlaczego nie miałoby być to moje miejsce na Ziemi? Bardzo lubię wracać do dżungli, ale równie dobrze czuje się w mieście, w górach i na pustyni.

Mimo wszystko kupiła pani kawałek ziemi w Brazylii. Czy to sposób na emeryturę?
Nie. Kupiłam kawałek dżungli i wiem, że tam nikt nie wytnie drzew i nie wybuduje żadnego betonowego sklepu czy drogi, bo to jest moja ziemia, która zostanie taka, jaka jest.

W jaki sposób przygotowuje się pani do wypraw? Wymagają one bardzo dobrej kondycji fizycznej i chyba jeszcze lepszej psychicznej?
Najważniejsza jest siła ducha, ale o mięśnie też trzeba dbać. Chodzę do klubu fitness 2 albo 3 razy w tygodniu. Poza tym codziennie staram się spędzać minimum 30 minut w jakieś formie aktywności: biegam, jeżdżę na rowerze albo idę na siłownię.

Czym obecne przygotowania różnią się od tych pierwszych?
Jestem innym człowiekiem, niż byłam kiedyś, bo jestem mądrzejsza o tych dobrych parę lat. Poza tym potrafię się dobrze spakować, czego nie umiałam na początku, bo ludzie na początku zawsze popełniają ten sam błąd - zabieraj ze sobą za dużo ubrań. Nauczyłam się dobrze wykorzystywać czas, także ten przed wyprawą, bo wtedy jest najwięcej pracy.

Powiedziała pani kiedyś, że już nie jest pani blondynką?
Tak, dlatego że ja teraz zabieram ze sobą blondynki, które bywają też brunetami.

Najbardziej niebezpieczna sytuacja, w której się pani znalazła?
Wiele takich było: jak się zepsuł silnik samolotu, w którym leciałam nad Afryką, albo jak płynęłam statkiem, który wpadł na mieliznę i woda zaczęła się wlewać do środka, albo jak dostałam choroby wysokościowej w górach, a choroba wysokościowa jest śmiertelna. Jak dostałam gorączki tropikalnej w Paragwaju i w ogóle straciłam kontakt z rzeczywistością. Gdyby nie pomoc ludzi, którzy zabrali mnie do lekarza, zrobili mi badania i wykryli tego wirusa, to nie wiadomo, co by się stało...

I nie bała się pani później?
Nie, dlatego że niebezpieczeństwo jest częścią życia, niezależne od miejsca, w którym się jest. Doświadczenie pokazuje, że można sobie poradzić z takimi niebezpieczeństwami, a jeżeli przeżyje się taką sytuację, zyskuje się więcej sił.

Co najbardziej zaskoczyło panią podczas wyprawy?
Milion różnych rzeczy... Na przykład banany, bo znałam banany z Polski, które u nas zawsze wyglądają i smakują tak samo. Jak pojechałam do Ameryki Południowej, to okazało się, że banany wcale nie są żółte. Niektóre tak, ale są też brązowe, czerwone, są banany w kolorach tęczowych, są banany zielone i takie, których w ogóle nie je się na surowo, tylko są to banany warzywne, które można usmażyć jak frytki. Są malutkie banany, które smakują jak wymieszane z jabłkiem. Jak tylko gdzieś wyjeżdżam, to banany są do tej pory ulubioną rzeczą, którą kupuję.

Co jest najbardziej męczące podczas podróży?
To zależy od człowieka. Dla mnie to, że codziennie jest się w innym miejscu nie jest męczące, tylko ciekawe. To, że się jedzie przez 24 godziny autobusem też jest ciekawe. To, że czasami nie ma dachu nad głową, bo śpi się w hamaku i na człowieka leje deszcz też jest ciekawe, a nie męczące. Z każdej takiej rzeczy można wyciągnąć nowe doświadczenia, a przede wszystkim sprawdzić siebie, jak człowiek reaguje w takiej sytuacji, jak się zachowuje - to dużo mówi o człowieku.

Wynagradza to wszystkie trudy podróży?
Taka wiedza o samym sobie bardzo się przydaje, więc niezależnie, co się dzieje, coś dobrego z tego wypływa.

W książce "Blondynka wśród łowców tęczy" napisała pani, że w dżungli nie ma betonu, nie ma miasta, nie ma pieniędzy, ubrań, plastiku, metalu, elektryczności, drogi, samochodów. Nie ma telefonu. Nie ma papieru. Nie ma też mydła. Jak więc indiańskie kobiety dbają o siebie?
Mają bardzo dużo środków roślinnych. Wiedzą, z którego drzewa trzeba zebrać sok, żeby stosować go jako odżywkę do włosów. Są różne rzeczy, które rosną w dżungli, które służą do wielu celów, również kosmetycznych. To jest inny rodzaj mydła, szamponu, odżywki do włosów.

Pani również korzysta z tych kosmetyków?
Prawdę mówiąc nie zawsze, ale to też ma dodatkową zaletę. Pamiętam, jak kiedyś weszłam do wody i Indianie widzieli, że mam w ręku jakiś pojemnik i z tego pojemnika wylewam sobie na dłoń kroplę, a potem nagle mam na głowie całą masę piany. Oni nigdy nie widzieli czegoś takiego, więc cała wioska podeszła do mnie i każdemu musiałam trochę tego szamponu dać - spowodowało to niesamowitą radość.

Czy poznała pani jakieś magiczne metody na zachowanie wiecznej młodości?
Mam swoją teorię na ten temat. Uważam, że można zachować wieczną młodość, ponieważ wiek człowieka nie mierzy się upływem lat, tylko tym, co ma w duszy. Jeżeli człowiek jest aktywny przez całe życie, jeżeli zdrowo żyje, zdrowo się odżywia, to jestem przekonana o tym, że mając siedemdziesiąt, osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt lat, wciąż będzie młody i będzie mógł robić wszystko, co będzie chciał. Jeżeli ktoś dba o swoje ciało będąc młodym człowiekiem i świadomie stara się dbać o siebie - nie pali papierosów, nie pije alkoholu, nie je niezdrowych rzeczy - to zawsze będzie młody. Wszyscy wiedzą, co jest niezdrowe, ale prawie nikt nie zwraca na to uwagi. Widzę, jakie mega hamburgery z frytkami zamawiają ludzie. Współczuję im, bo traktują swoje ciało jak śmietnik. Wrzucają do niego rzeczy, które nie mają wartości odżywczej i nie są zdrowe, tylko im szkodzą. Potem wychodzą na papierosa, czyli dodatkowo niszczą swoje ciało, więc jak będą mieli pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, to pewnie będą starzy i chorzy.

Organizuje pani również wyprawy do dżungli dla początkujących. Czy oznacza to, że każdy może zostać podróżnikiem?
Nie, nie każdy może zostać podróżnikiem, ale każdy może pojechać na wyprawę, którą ja organizuję. Ja nie przygotowuję podróżników do następnych wypraw, tylko ogłaszam, że jeżeli ktoś miałby ochotę pojechać do miejsca, które jest dziewicze, jest daleko i trudno tam się dostać, to może się zapisać na taką wyprawę i ja go tam zabiorę.

Czy ci ludzie stają się potem podróżnikami?
Różnie to bywa, czasami tak, ale to nie dlatego, że ta jedna wyprawa wyzwoliła w nich nagle chęć podróżowania. Najczęściej to są ludzie, którzy już byli w kilku miejscach, które są łatwiej dostępne i w ogóle lubią podróżować, ale mają pewną obawę przed podróżowaniem zupełnie samotnie. Wolą, żeby ktoś zorganizował dla nich część rzeczy na miejscu, ponieważ do dżungli amazońskiej jest się bardzo trudno dostać komuś, kto jedzie tam pierwszy raz.

A czy pani pierwsza podróż do dżungli była bardziej komercyjna niż obecne?
Ja w ogóle nie jeździłam na komercyjne wyprawy. Nigdy nie wykupiłam wycieczki w biurze podróży, żeby pojechać do hotelu z basenem. Nigdy nie miałam takiej potrzeby. Gdyby ktoś mi zaproponował darmowy wyjazd do hotelu z basenem, to wykorzystałabym hotel jako bazę, z którego robiłabym wyprawy w nieznane.

Kiedy pierwszy raz wybrała się pani do dżungli?
Na początku lat 90., czyli od razu, kiedy zebrałam pieniądze na bilet lotniczy, a to zajęło mi parę lat. Musiałam zarobić własną pracą. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby znaleźć sponsora albo pożyczyć od kogoś. Od razu założyłam, że najlepiej wziąć się do pracy i oszczędzać.

Opisała pani jedną z wypraw ze studentami. Jeden z nich, Paweł, powiedział, że najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić wędrowcowi, to mokre buty i mokre nogi. Pani odpowiedziała na to: "nie wiedzą co jest najgorsze", a więc co?
Najgorszy jest głód. Jak nie ma nic do jedzenia i nie można niczego upolować, bo akurat nie ma zwierząt. Jak człowiek nie ma co jeść albo nie ma co pić, to staje w obliczu śmierci - to jest najgorsze. Niezbyt przyjemnie jest też mieć pecha i nadepnąć na węża albo spotkać takiego węża, który goni ludzi. Ten wąż żyje w dżungli amazońskiej i bardzo nie lubi, kiedy ktoś wkracza na jego terytorium. Wtedy rzuca się w pościg za człowiekiem, a ponieważ jest bardzo szybki i jest najbardziej jadowitym wężem w dżungli, to zazwyczaj kończy się to źle.

Czuwa nad panią Anioł Stróż?
Tak, czuwa nade mną Anioł Stróż i Siła Wyższa, i jestem mu za to bardzo wdzięczna.

W książce "W dżungli życia" opisała pani swoje bardzo osobiste przeżycia. Zaraz po jej ukazaniu we wszystkich wywiadach pytano panią o próbę samobójstwa, alkohol, narkotyki... Czy nie było to dla pani męczące czy może była to osobista terapia?
To nie jest terapia, bo terapię sama ze sobą zakończyłam wiele lat wcześniej, zanim napisałam tę książkę. Dla mnie jest to sprawa zamknięta, która mnie nie boli w żaden sposób. Uznałam, że jeżeli wiem coś, co może się przydać młodym ludziom, którzy piszą do mnie maile z pytaniami, to muszę im odpowiedzieć. Bo młodym ludziom nikt nie mówi ważnych rzeczy. Nikt nie mówi, co jest ważne w życiu, czego należy się trzymać, żeby być szczęśliwym człowiekiem.

Kiedy uznałam, że jestem już dorosłym człowiekiem, nigdy nie zapomniałam o tym, jak się czułam, jak miałam 17 lat. Cały czas ta osoba jest gdzieś we mnie. Pamiętam, jak się wtedy czułam i czego nie wiedziałam. Kiedy w pewnym momencie odkryłam ważne rzeczy i odpowiedziałam sobie na te najważniejsze pytania i nie maiłam żadnych wątpliwości, że to jest słuszna odpowiedź, to czym prędzej postanowiłam napisać o tym książkę. Nie sądziłam, że napiszę następną. Myślałam, że jak "W dżungli życia" opiszę tę drogę, którą przeszłam - od zagubionej, nieszczęśliwej osoby do osoby, która wie, co jest w życiu ważne i tak sobie zorganizowała życie, że jest szczęśliwa - to będzie to koniec sprawy, ale okazało się, że jest inaczej. Dostawałam nowe listy od czytelników, a poza tym przez kilka lat po ukazaniu się "W dżungli życia" zrozumiałam jeszcze więcej rzeczy i dlatego napisałam następną książkę, "W dżungli miłości". Piszę w niej o kilku absolutnie najważniejszych rzeczach w życiu, z mojego punktu widzenia, i mówię ludziom, w jaki sposób można je osiągnąć.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że to właśnie z takich przeżyć można czerpać siłę do budowania swojego szczęścia. Pani niewątpliwie ma tę siłę, jednak mam wrażenie, że co innego sprawiło, że udało się pani odnaleźć samą siebie...
Siłę człowiek czerpie z tego, w jaki sposób radzi sobie z trudnymi sytuacjami w życiu. Jeżeli usiłuje przez całe życie tylko przepływać obok swoich problemów i robi coś z nimi dopiero wtedy, gdy nie ma innego wyjścia, to nie zdobędzie od tego siły. Jeżeli żyje świadomie i problem stara się w pozytywny sposób rozwiązać, to z tego czerpie siłę. Człowiek jest jak akumulator - im więcej pracuje, im więcej stara się rozwiązać własnych problemów, im więcej stara się pokonać własnych słabości, tym ma więcej siły.

Jaka jest pani recepta na szczęście?
Staram się codziennie tak żyć, żeby coś dobrego w moim życiu zrobić. Myślę, że w ten sposób unikam wielu sytuacji, które byłyby dla mnie strasznie trudne, bo staram się dobrze żyć codziennie.

W książce "W dżungli miłości" próbowała pani odpowiedzieć na pytanie, dlaczego 60 proc. małżeństw w Polsce kończy się rozwodem?
Dlatego, że spotykają się ludzie, którzy oczekują, że ta druga osoba w związku da im szczęście. Ale tak nie jest. Tylko w bajkach się tak dzieje, że do królewny przychodzi królewicz, który daje jej szczęście. W prawdziwym życiu nie ma takiej możliwości. Każdy człowiek sam musi najpierw znaleźć swój cel, nauczyć się spełniać swoje marzenia i żyć szczęśliwie. Musi sam wiedzieć, czego potrzebuje w życiu - nikt inny tego nie wie.

Jaka była najszczęśliwsza chwila w pani życiu?
Jedna? Jest strasznie dużo takich chwil, kiedy cały świat się zatrzymuje, czas staje w miejscu i człowiek myśli, że to jest właśnie taki moment, dla którego warto było żyć - to taka chwila wielkiego szczęścia. Bardzo często zdarza mi się to w samotnej podróży, kiedy mogę zostać sama z sobą. Zazwyczaj ważne rzeczy przychodzą wtedy do głowy, rozwiązania różnych spraw same się pojawiają. Czasami, gdy jest się w lesie albo w dżungli - gdzieś, gdzie nie ma betonu, nie ma żelaza, nie ma śladów ludzi, jest tylko przyroda - można coś takiego poczuć. W przyrodzie jest niesamowita energia, z której można czerpać, więc mi się to często zdarza. Nie potrafię opowiedzieć, o jednej najbardziej szczęśliwej chwili w moim życiu, bo mam ich dużo...

Jest pani bardzo szczęśliwym człowiekiem?
To jest tylko umiejętność dostrzeżenia pewnych rzeczy. To nie jest tak, że ja mam w życiu więcej niż inni, bo ja też nie dostałam nic za darmo. Nikt nie powiedział: "Ona jest fajna, zróbmy z niej kogoś". Ja tylko pogadałam ze sobą. Zapytałam siebie, czego ja chcę i jaki jest sens w robieniu czegoś, co nie sprawia mi przyjemności ani nie wzbogaca mojego życia. Zaczęłam więc podejmować świadome decyzje. Najczęściej płynęłam pod prąd, wbrew radom "dobrych przyjaciół". Rzuciłam studia, bo czułam, że mnie nie rozwijają. Rozstałam się z mężczyzną, z którym nie czułam się szczęśliwa. Zawsze starałam się słuchać mojego wewnętrznego głosu i nie ignorować jego ostrzeżeń. Kiedy uważałam, że coś nie ma sensu, miałam odwagę przyznać się do tego i tak zmienić moje życie, żeby odzyskać poczucie spełnienia i celu.

Często podaję taki przykład, że gdyby do ludzi w Warszawie przyszła wróżka i powiedziała: "spełnię twoje trzy życzenia, tylko powiedz mi, jakie są", to 90 proc. ludzi nie będzie wiedziało, co powiedzieć. Będą musieli strasznie długo się zastanawiać, bo nie wiedzą, czego tak naprawdę by chcieli. Dają się porwać nurtowi codzienności i nawet jeśli mają wolny czas, to zamiast pójść na spacer i porozmawiać ze sobą, zastanowić się jak mogliby zmienić swoje życie, żeby czuć się naprawdę szczęśliwym człowiekiem, włączają telewizję albo idą do galerii handlowej. Szkoda, że marnują w ten sposób czas, a jednocześnie marnują sobie życie.

Pani niczego nie żałuje?
Nie.

Powiedziała pani kiedyś, że do listy planowanych podróży codziennie dopisuje pani nazwę co najmniej jednego kraju. Jak długa jest więc ta lista?
Jest taka długa, że pewnie całej nigdy nie zrealizuję, ale to ma swoje dobre strony. To znaczy, że w życiu jest milion możliwości. To mnie nie przytłacza, tylko jest to powód do radości, bo będę miała ogromny wybór.

Jaki kraj znajduje się na pierwszym miejscu?
Wyspy na oceanie Spokojnym. Mogłabym tam pojechać nawet jutro, ale staram się planować moje życie tak, żeby ustalać priorytety. Teraz priorytetem dla mnie jest skończenie trzech następnych książek dla National Geographic, które mają się ukazać w maju.

Jakie to będą książki?
"Blondynka na Czarnym Lądzie" - to będzie książka podróżniczo-przygodowa z serii "blondynek". W maju ukaże się też pierwszy z serii moich autorskich przewodników, a na marzec zaplanowaliśmy premierę zupełnie nowego kursu języków obcych - moją metodą, która jest w 100 proc. skuteczna.

Jakich języków?
Na początek będzie pięć języków: francuski, włoski, niemiecki, angielski i hiszpański.

Od kilkunastu lat spędza pani święta wielkanocne w tropikach, a gdzie zamierza pani spędzić Święta Bożego Narodzenia?
W tym roku święta Bożego Narodzenia spędzę w Imperium Majów, czyli w Ameryce Środkowej. Spędzałam kiedyś Święta Bożego Narodzenia w Argentynie i nad Orinoko. Piłam tam masato, które wygląda jak żurek, ale w rzeczywistości jest indiańskim piwem robionym z ugotowanego manioku, przeżutego i wymieszanego ze śliną, który wypluwa się z powrotem do garnka, gdzie wszystko zaczyna fermentować.

Natomiast do Argentyny pojechałam szukać potomków Polaków, który wyjechali z naszego kraju. Okazało się, że jest tam miejscowość, która się nazywa Wanda. Pojechałam tam i spotkałam Polaków, który zaprosili mnie do siebie na Święta Bożego Narodzenia. Bardzo chcieli kontynuować polskie tradycje, mimo że niektórzy nigdy nawet nie byli w Polsce. W czasie, kiedy u nas jest zima, w Argentynie jest środek lata, więc nie ma mowy o tym, żeby wieczerza wigilijna była w domu, wszyscy wystawiają stoły do ogrodu. Wigilia zaczyna się o 22. Najpierw idzie się do kościoła na pasterkę, a dopiero o północy rozpakowuje się prezenty. Na wigilijnym stole jest najbardziej świąteczna argentyńska potrawa, jaką można sobie wyobrazić, czyli mięso.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Spa Houses

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: beata | egzamin | ciało | szczęście | ziemie | Święta Bożego Narodzenia | święta | anioł | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje