Reklama

Reklama

Danuta Stenka: Dobrze być z rodziną

Chciała przejść przez życie nie popełniając żadnego błędu. Dziś rozumie dlaczego, gdy odnosiła sukcesy, nie zawsze była szczęśliwa.

Obiecała sobie, że nigdy nie poczuje żalu do siebie za to, że za mało czasu spędziła z rodzicami. Wiedziała, że z miłością należy się pospieszyć, dlatego, gdy ojciec odchodził, po prostu przy nim była. Czuli swoją obecność, miłość, choć ich relacja w przeszłości nie była prosta. Przypuszcza, że to dzięki tacie jest perfekcjonistką.

Ojciec Danuty Stenki wymagał, by jego dzieci były zawsze i we wszystkim najlepsze. Brat i ona starali się temu sprostać. Dlaczego taki był, zrozumiała dopiero, gdy dorosła. Był elektromonterem, elektryfikował wsie. Spadł z drabiny w wieku 28 lat i złamał kręgosłup, cudem nie wylądował na wózku. Danusia miała wtedy rok, Eugeniusz, jej brat był o dwa lata starszy. Ich tata nigdy nie pogodził się z tym, że nie jest w pełni sprawny i nie może sam utrzymać rodziny. Był sfrustrowany.

Reklama

Mieli szczęście, że ich mama się nie załamała. Z pensji nauczycielki i renty męża starała się, by mieli na chleb. Uczyła dzieci w Gowidlinie, miejscowości rodzinnej męża. Trafiła tu po studiach. Poznali się przypadkiem, po prostu któregoś dnia do wsi przyjechało kino objazdowe z "Zakazanymi piosenkami", a oni usiedli obok siebie. On był stąd. Kaszubi, kochali swoją mowę i region. Piaszczysty, kamienisty, biedny. Ziemia rodziła ziemniaki, woda dawała ryby.

Stenkowie hodowali pszczoły. - Pasieka pachnie w szczególny sposób: mam ten zapach w tyle głowy - opowiada Danuta Stenka o pasiece rodziców w Dolinie Jadwigi. Jako dziecko pomagała przy pszczołach, odsklepiała ramki z miodem. Dziadkowie mieli krowę, świnię i kury. Po pożarze, który strawił dom dziadków, wszyscy mieszkali razem w budynku szkoły, gdzie uczyła matka. Dwa pokoje na osiem osób. Na strychu dziadkowie z najmłodszym bratem taty, na dole oni. Było ciasno, więc rodzice postanowili wybudować własny dom dla całej rodziny.

Dom Stenków był pełen gości. Latem spali na podłodze, na materacach, na sianie. Tato z kolegą skonstruowali kajak. - Pakowało się prowiant, koce, wędki, sprzęt do smażenia i na cały dzień jechało się nim na wyspę − wspomina aktorka. Żyli skromnie, Danusia donaszała spodnie po dwa lata starszym Gienku, ale nie narzekała. Za to zawsze lubiła się uczyć, tak jak mama. Często słyszała od niej, że możliwość nauki jest nagrodą.

W podstawówce była prymuską, ale w liceum bywało różnie. - Zamieszkałam w internacie, życie towarzyskie zaczęło grać ważną rolę, pojawiły się potknięcia w szkole. To było dla taty dość trudne do przyjęcia - wspomina aktorka. Ale to w liceum dostrzeżono jej talent. Na lekcjach czytali fragmenty literatury na głos. Kiedyś padło na nią i od tej pory stała się dyżurną czytającą.

W czwartej klasie nauczycielka posłała ją na konkurs recytatorski w Kartuzach. Danusia przeszła do wojewódzkiego etapu. Polonistka zaczęła naciskać, żeby zdawała do szkoły teatralnej. Co więcej, usłyszawszy, że w Trójmieście przy jednym z teatrów działa studium aktorskie, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Wsiadła ze zdolną uczennicą do autobusu i pukając do drzwi teatrów znalazły w końcu to studium przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Jednak tego roku naboru nie było i Danuta postanowiła zdawać na filologię rosyjską.

Podczas egzaminu na studia nagle poczuła, że to nie to, to nie jest jej miejsce na świecie. - Wyszłam w trakcie egzaminów, rodzicom nałgałam, że były za trudne - opowiada. Kiedy okazało się, że nie zostanie studentką, tata powiedział jej kilka cierpkich zdań na temat braku ambicji. Zabolało ją bardzo. Za rok zdała z sukcesem do szkoły teatralnej. Już wiedziała, co chce w życiu robić.

Skromna i cicha w życiu prywatnym, na scenie potrafi zagrać wszystko. Zawsze przygotowana do roli, poukładana. Ojciec przez lata zbierał wycinki o córce z gazet. Pokazywał przy gościach. Cieszył się. Osiągnęła sukces, dokładnie tak, jak chciał. Ale perfekcjonizm nie zawsze przynosił jej szczęście. Sukces przypłaciła depresją. Nie spała po nocach, bo nie potrafiła zapomnieć o obowiązkach.

Zawsze ratował ją mąż, najlepszy przyjaciel. Poznała go w pracy. Janusz Grzelak też jest aktorem. Pracował w Teatrze Polskim w Poznaniu, ona w Nowym. Gdy żona stała się sławna, udźwignął ten sukces. Pierwszy przynosił jej dobre wieści, cieszył się z dobrych recenzji. - Wspierał mnie, bo widział, jaką cenę płacę za permanentny brak wiary w siebie - mówi Danuta.

W swoim domu stworzyli wielopokoleniową rodzinę, jak u niej w Gowidlinie. Rodzice męża mieszkali z nimi, pomagali w opiece nad dziećmi. - Część mojego sukcesu należy się babci Teresce i dziadkowi Stasiowi. Byli w domu na co dzień. To sytuacja nie do przecenienia - mówi aktorka. Najbardziej podziwiała męża wtedy, gdy zajmował się swoim odchodzącym ojcem. Nosił go na rękach, opiekował się nim jak dzieckiem. Córki, Paulina i Wiktoria, odebrały wtedy wielką lekcję.

Do swojej mamy w Gowidlinie jeździ tak często, jak to tylko możliwe. Opiekuje się nią brat Gienek, który mieszka z rodziną w Gdańsku. Dzieciństwo do niej wraca. Właściwie, to stale w niej jest. - Kiedyś wzięło nas na wspominki z teściami i zapaliliśmy lampę naftową, córki zaczęły krzyczeć: "Mamo, jak to okropnie śmierdzi!"A mnie tak pachniało! Dzieciństwem, domem, ciepłym piecem, kręgiem światła z mamą pośrodku.

Paulina ma 22 lata, Wiktoria 17, więc niedawno dotarło do Danuty, że też kiedyś zostanie babcią. Gdy były małe, nie gotowała, bo miała w domu babcię Tereskę. A przecież wnuki przyjeżdżają do babci po smakołyki. - A co im babcia Danka poda, herbatę? Muszę się wziąć do roboty! - podkreśla z uśmiechem aktorka.

Dobry Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama