Reklama

Reklama

Danuta Stenka: Wielkanoc nastraja mnie optymistycznie

Zapracowała sobie na status wybitnej aktorki. Prywatnie zadziwia jednak skromnością, otwartością. - Na scenie gram, w życiu przeciwnie, nikogo nie udaję - uśmiecha się.

Dziewczyna z Gowidlina - mówi o sobie żartem, a jednocześnie z głębokim przekonaniem, że wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięcza cudownemu dzieciństwu i wartościom, jakie wyniosła z rodzinnego domu na Kaszubach.

Reklama

Zbliża się Wielkanoc - z czym pani się ona kojarzy?

Danuta Stenka: - Z wiosną, radością, wspólnie spędzanym czasem z rodziną, a nade wszystko z nadzieją, jaką niosą te święta. Jestem praktykująca katoliczką, uwielbiam w niedzielny poranek, skoro świt, pójść na rezurekcję - jest 5 rano, świat budzi się do życia, dosłownie i w przenośni, głośno biją dzwony, pieśń się wokół niesie - a potem, z tą pieśnią na ustach, wrócić do domu i zasiąść przy świątecznym stole z najbliższymi.

Gdzie państwo spędzacie święta?

- Pochodzimy z mężem z różnych stron Polski, utarło się więc w przeszłości, że na Boże Narodzenie jeździliśmy w moje rodzinne strony, na Kaszuby, a na Wielkanoc do Wrocławia, do jego rodziców. Ale odkąd, przed laty, teściowie zamieszkali z nami na stałe, oba święta spędzamy w naszym warszawskim domu. Dziś, niestety, nie ma już pośród nas teścia, a teściowa ma problemy z poruszaniem się, tak że wspólne wyprawy na Kaszuby nie wchodzą w grę.

Sama pani zajmuje się przygotowaniem do świąt, kulinariami?

- A skądże! W kuchni niepodzielnie prym wiedzie moja teściowa, mimo choroby wciąż niedościgła w tej dziedzinie. Od niedawna sekundują jej nasze córki: Paulina (23 l.) i Wiktoria (18 l.). Zdaje się, że odziedziczyły talent po babci, ale to ona głównie wyczarowuje świąteczne frykasy - niezrównany w smaku żur, pieczenie i ciasta, którymi pachnie cały dom. Do mnie należy dekoracja wnętrz. Wspólnie z córkami przygotowujemy święconkę i oczywiście pisanki, co często przywodzi mi na myśl święta mojego dzieciństwa...

Co utkwiło pani w pamięci?

- Zając - który w wielkanocny poranek przynosił dzieciom prezenty, przede wszystkim słodycze. Radość była przeogromna, zwłaszcza że nie brało się ich do ust przez cały Wielki Post. Dowiedziałam się już jako dorosła osoba, że Zając odwiedzał dzieci tylko w niektórych regionach Polski. Nie było też u nas tzw. lanego poniedziałku, nikt nikogo nie oblewał wodą; odchodziło za to w ten dzień dyngowanie, po kaszubsku: dëgùsë. Brało się gałązkę jałowca i cichcem biegło do śpiących domowników czy sąsiadów, wytłuc ich po gołych łydkach, czyli wydyngować. Kto pierwszy, ten lepszy, a nogi wyglądały jak po żniwach!

Kiedy opowiada pani o swoim rodzinnym Gowidlinie, na twarzy od razu widzę uśmiech...

- Zostało tam moje serce, została mama, niezmiennie, w naszym domu. Żałuję, że mam do niej tak daleko. Dobrze, że brat jest nieopodal, mieszka w Gdańsku i często bywa w rodzinnych stronach. Gowidlino zmieniło się bardzo od czasów, gdy w nim dorastałam. Wówczas to z okien naszego domu rozciągał się rozległy, a dziś zabudowany już gęsto widok przez ogród, sad, dziadkowe pole, na jezioro. Miejsce naszych dziecięcych zabaw, latem kąpieli, zimą jazdy na łyżwach. Skutym lodem tak mocno, że ludzie z okolicznych wsi przejeżdżali przez nie saniami na skróty do kościoła. Wspinaliśmy się na pobliską górkę...

Poszaleć na sankach?

- Pędziliśmy ze szczytu górki, przez drogę, łąki, zatrzymując się daleko od brzegu na tym zamarzniętym jeziorze. Tą drogą jeździły co najwyżej sanie. Torem saneczkowym była też droga wzdłuż budynków. Starsi ludzie złościli się, że ją wyślizgujemy, sypali popiołem. To z kolei złościło nas, bo psuli zabawę. Ot, beztroska!

Mało brakowało, a nie wybyłaby pani nigdy z Gowidlina. Zamierzała pani zostać nauczycielką w miejscowej szkole...

- Prawda! Wzorem mamy, świetnego pedagoga, ukochanej przez uczniów nauczycielki w mojej podstawówce w Gowidlinie, chciałam uczyć dzieci. I trochę w stronę zawodu taty, elektromontera, rozważałam kierunki ścisłe. W liceum wybrałam profil matematyczno-fizyczny. Po maturze myśl o nauczaniu wróciła - nawet przez rok się tym zajmowałam. Jednak los chciał dla mnie czego innego, za co jestem mu nieopisanie wdzięczna. Aktorstwo to zajęcie, w którym odnalazłam siebie.

Oglądamy panią w emitowanym w niedzielne wieczory serialu "Wojenne dziewczyny". Sugestywnie wciela się pani w postać matki żołnierzy Podziemia podczas II wojny światowej...

- Ta rola zafundowała mi sporo emocji. Zawodowo - bo ciężko byłoby bez nich "wejść w skórę" matki, której dzieci ryzykują na co dzień życie, walcząc z okupantem w konspiracji. I prywatnie - wszak sama jestem matką, moje dziewczynki są w wieku bohaterek serialu; nie raz wyobrażałam sobie, co by było, gdyby... Strach myśleć, z drugiej strony dobrze, że powstają takie filmy. Uświadamiają nam, jak wielką wartością jest pokój i spokojne, bezpieczne życie. Czego państwu i sobie, u progu tych nadchodzących Świąt, z całego serca życzę (promienny uśmiech).

Rozmawiała Jolanta Majewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje