Reklama

Reklama

Grażyna Błęcka-Kolska: Powoli podnosi się po śmierci córki

Odwiedza grób Zuzanny niemal każdego dnia. Troskliwie opiekuje się chorym tatą. Czy jest nadzieja, że wróci do świata?

To było jej pierwsze publiczne wystąpienie od kilkunastu miesięcy. Nie odnotowane w medialnych kronikach towarzyskich, bo Łask, małe, liczące 18 tysięcy mieszkańców miasteczko, nie interesuje dziennikarzy stołecznych magazynów. Grażyna Błęcka-Kolska (53) wyglądała pięknie. Szczupła, ze starannie dobraną biżuterią, w jasnoróżowej sukience, delikatnym makijażu.

Reklama

Nie zdecydowała się na czerń, choć od śmierci jej córki nie upłynął jeszcze pełny rok. Nie chciała manifestować swojej żałoby, przecież Festiwal Róż, który otwierała, to święto pełne radości, kolorów i zapachów. Jak powiedziała aktorka na spotkaniu, ten kwiat symbolizuje piękno. Oprócz tego miłość, doskonałość, ale też przemijanie i kruchość życia.

Jak delikatne jest ludzkie życie pani Grażyna wie najlepiej. Krzaczki miniaturowych róż, z których upraw tak dumny jest Łask, porastają grób Zuzanny Jagody Kolskiej na miejscowym cmentarzu. Data 24 lipca 2014 roku na zawsze pozostanie w pamięci aktorki. Jadąc na festiwal filmowy we Wrocławiu straciła panowanie nad samochodem, który uderzył w słup i dachował. Zuzia nie przeżyła wypadku. Pani Grażyna straciła najdroższą osobę, córka była dla niej wszystkim.

Dziś miałaby 24 lata. Mama była z niej bardzo dumna, dziewczyna studiowała w Londynie na Uniwersytecie Westminster, jednej z najlepszych uczelni w Wielkiej Brytanii. W lipcu przyjechała do Polski na wakacje. Sąd za spowodowanie wypadku skazał artystkę na karę dwóch lat więzienia w zawieszeniu. Poddała się jej dobrowolnie.

Znajomi z Łasku mówią, że Kolska ciągle zadaje sobie pytanie, jak doszło do wypadku, skoro jest tak dobrym kierowcą. Zarzuca sobie, że z oponami mogło być coś nie w porządku. Ale w rodzinnym miasteczku nikt jej nie obwinia, wszyscy ogromnie współczują i są gotowi nieść pomoc. Mieszkańcy, znający ją od dziecka, bo tutaj się wychowała, starają się zagadać na ulicy, pocieszyć, nie przejść obojętnie.

- Często ją tu widzę, czasem siedzi na ławeczce i płacze - opowiada nam jeden z pracowników łaskiego cmentarza. - Pani Grażynko, mówię, tak nie można, musi się pani otrząsnąć, zebrać w sobie, przecież pani musi dalej żyć - relacjonuje mężczyzna. Na cmentarz aktorka przychodzi w ciemnych okularach, włosy zaczesuje na twarz, unika wzroku obcych. Po drodze modli się jeszcze w drewnianym XVII-wiecznym kościółku pod wezwaniem Świętego Ducha. - Przynajmniej, kiedy chce sobie z Panem Bogiem porozmawiać ma blisko, bo Błęccy mieszkają tu niedaleko - wskazuje palcem staruszka.

Cmentarz, kościół, sklep to jedyne miejsca, gdzie można ją zobaczyć. Poza tym Kolska rzadko wychodzi z domu. Sama opiekuje się schorowanym ojcem. Odcięciu od świata sprzyjają zarastające płot wysokie leszczyny, przez bramę widać kilka niebieskich ostróżek. Jest jeszcze spory trawnik. - Czasami ktoś przychodzi go kosić, bo pani Grażyna nie ma na to czasu, zajmuje się ojcem, który jest w podeszłym wieku i wymaga stałej opieki - mówi jeden z sąsiadów.

Od kiedy jej tata leży przykuty do łóżka, spędza dnie razem z nim, w domu za zasłoniętymi kotarami. Mama aktorki nie żyje od dawna, dwa lata temu pochowała jedynego brata. - Ona jest taka fajna kobieta. I ciągle teraz sama - martwi się inna sąsiadka. - Dobrze, że chociaż po pogrzebie były mąż pomagał, ojciec Zuzi. Razem tu przyjechali z obramowaniem do grobu, razem je układali, tuje przycinali, porządkowali - wylicza kobieta.

Małżeństwo Kolskiej rozpadło się w 2011 roku, po 25 latach. Nie należało do szczęśliwych jeszcze na długo przed rozstaniem. - Uważam się za twardą zawodniczkę, bo znosiłam to, że mój mąż notorycznie się zakochiwał. Kiedy po raz kolejny powiedział mi, że się zakochał, wstałam i upadłam, znów wstałam i znów się przewróciłam. Mój organizm nie wytrzymał - powiedziała w jednym z wywiadów.

Reżyser Jan Jakub Kolski (59) odszedł, kiedy jego nowa partnerka, młodsza o ponad 30 lat Aleksandra Michael, spodziewała się dziecka. Pani Grażyna po rozstaniu zdecydowała się sprzedać ich dom nieopodal Wrocławia. - Mieszkałam tu osiemnaście lat. Przywiązałam się do tego domu, ogrodu z drzewkami sadzonymi własnymi rękami. Ale wyprowadzę się stąd bez żalu - zapewniała wtedy. - Mogę powiedzieć za Staffem: Budowałam na piasku i nie udało się, budowałam na skale i nie udało się. Teraz, budując, zacznę od dymu z komina - tłumaczyła.

Cztery lata temu postanowiła zacząć nowe życie, była pełna wiary i nadziei. - Wszystko może się zdarzyć. Może dostanę jakąś ciekawą rolę? Na przykład u Agnieszki Holland - snuła plany na przyszłość. Wróciła do Łaska pod Łódź. W zeszłym roku, jeszcze przed wypadkiem, zgodziła się zostać ambasadorką Festiwalu Róż, który od trzech lat jest organizowany przez miasto. - Obiecała, że będzie patronować imprezie, dopóki będzie trwała - mówi wiceburmistrz Janina Kosman. Słowa dotrzymała i ku radości mieszkańców 4 lipca otworzyła festiwal.

Na jej powrót czekają również widzowie i koledzy-aktorzy. Od dawna trwają przymiarki do nakręcenia trzeciej części komedii "Kogel-mogel", która przyniosła Grażynie Błęckiej-Kolskiej popularność i zaskarbiła sympatię milionów widzów. - Mam nadzieję, że film dojdzie do skutku i Grażyna zgodzi się z nami zagrać - mówi Katarzyna Łaniewska, jej filmowa mama. - Kiedy człowiek jest uczciwy, pracowity, dobry, to musi coś dobrego do niego przyjść - mawiała zawsze aktorka. W końcu musi!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje