Reklama

Reklama

Hanka Bielicka: Figlarka z zadrą w sercu

– Całe życie poświęciłam temu, by Polacy nie zapomnieli się śmiać. Jak Boga kocham, warto było! – powtarzała artystka. I tylko ona czasem śmiała się przez łzy...

Na scenie była niczym wulkan energii. Miłośnicy radiowego "Podwieczorku przy mikrofonie" płakali ze śmiechu, słuchając Bielickiej w jej sztandarowej roli - Dziuni Pietrusińskiej, paniusi, która wyrzucała z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego. Kochała ją też publiczność stołecznego Teatru Syrena i niezliczonych występów estradowych, z którymi jeździła po Polsce.

Reklama

Radosna w towarzystwie i na scenie, w domu bardzo się wyciszała. U schyłku życia mieszkała sama, towarzyszyła jej jedynie gosposia. Gwiazda komedii, syta sukcesów zawodowych, nie miała bowiem bliskiej rodziny. A miłość jej szczęścia nie przyniosła. Hanka Bielicka przeżyła niejeden cios, opowiadała jednak o tym w swoim stylu - z przymrużeniem oka.

Z Łomży do Warszawy

Przyszła mistrzyni kabaretowego monologu urodziła się w czasie I wojny światowej, na Ukrainie, dokąd zawędrowali jej rodzice, uciekając przed frontem. Podobno zaraz potem, jak jej ciężarna mama zeskoczyła z wozu, którym podróżowali. - Stąd moje zamiłowanie do podróży po kraju - żartowała artystka.

Państwo Bieliccy obarczeni już dwiema córkami zostali tam na dłużej. On zatrudnił się jako koniuszy we dworze, ona jako garderobiana dziedziczki. Tam mała Hania po raz pierwszy ujrzała strojne damskie kapelusze. Zachwyciły ją i to uczucie jej pozostało: kapelusz miał się stać jej znakiem firmowym.

Gdy wybuchła rewolucja październikowa, rodzina znów uciekła, tym razem do Łomży, gdzie miała dom babcia Hani. Dziewczynka rosła tam wesoła, rozśpiewana i otoczona gronem młodocianych adoratorów. To stamtąd wyjechała do stolicy, gdzie zdała na aktorstwo. Marzyła o rolach dramatycznych. Dopiero wykładowcy jej uświadomili, jaka w niej tkwi siła rozśmieszania.

Jeżeli ślub, to tylko z tobą

W czasie studiów zakochała się w Jerzym Duszyńskim, koledze z roku. Przedziwny był to związek! Bielicka długo była przekonana, że to przyjaźń, nawet wysłuchiwała jego zwierzeń o romansach z innymi, aż raz powiedział: "Hanka, jeżeli miałbym się ożenić, to tylko z tobą". Dopiero to jej dało do myślenia i odmieniło charakter ich znajomości.

W 1939 r. dostali angaż w wileńskim teatrze. "Jedź. Wojny nie będzie", napisał jej w liście ojciec... Już nigdy go nie zobaczyła, bo gdy wkroczyli Sowieci, wywieźli pana Bielickiego w głąb Rosji, gdzie przepadł jak kamień w wodę. Matka i siostra artystki trafiły zaś do Kazachstanu, skąd powróciły parę lat po wojnie.

Była w tym Wilnie osamotniona, z Duszyńskim u boku i paroma koleżankami. O tym, co później się wydarzyło, opowiadała lekko, bo niechętnie rozgrzebywała uczucia. Twierdziła mianowicie, że zaszła konieczność zamieszkania we wspólnym pokoju, co ona - "nadzwyczaj pruderyjna panna z Łomży", jak o sobie mówiła - uważała za niemożliwe bez ślubu. - Wymogłam więc na nim małżeństwo, na co on jako dżentelmen chętnie przystał - mówiła mrużąc oko. Pobrali się w 1940 r.

Łączyło ich wiele, a dzieliło więcej

Duszyński, człowiek o innym poczuciu humoru, inaczej jednak wspominał tamte wydarzenia. W rozmowie ze Zbigniewem Korpolewskim, który napisał potem książkę o Bielickiej, twierdził, że kochał ją, przemyśleli decyzję o małżeństwie, a rozstali się po 13 latach, bo mieli różne podejście do życia. Ona - nadzwyczaj dynamiczna, z całych sił się angażowała w pracę na scenie. On zaś nie cierpiał powtarzalności teatru, kabaretu i estrady. Najchętniej grałby w filmie, a potem w brydża lub pokera do rana. Niestety głównie za jej pieniądze, bo jego kariera utknęła w miejscu. To rozchwytywana Bielicka zarabiała na dom. Duszyński nie był jednak człowiekiem, który czułby się dobrze w takiej sytuacji.

Istniał też inny ważny problem, który można by podsumować jednym z estradowych tekstów artystki: "Jeżeli chodzi o seks, to ja jestem raczej wierząca niż praktykująca"... W końcu postanowili się rozwieść, jednak przyjaźnić się nie przestali.

Do dwóch razy sztuka?

Dekadę później chciała nawet zaproponować mu ponowne małżeństwo. - Mama miała mi za złe rozwód, a mieszkaliśmy z Jurkiem w tej samej kamienicy. Zjeżdżam któregoś dnia w dół windą i spotykam go. Już otwieram usta, a on mówi: "Za tydzień żenię się". Pomyślałam, że dobrze, że tym razem nie byłam wyrywna i nie chlapnęłam tej głupoty - wspominała.

Tylko że kiedy jego druga żona wyjechała za granicę, a Duszyński śmiertelnie zachorował, Bielicka odwiedzała go codziennie, prosząc, by pozwolił jej się zabrać do domu. Nie przystał na to, nie chciał jej obciążać. Umarł w szpitalu, a ona potem często odwiedzała jego grób.

Na szczęście ją odratowali

Miała później adoratorów, lubiła też, gdy plotkowano o tym "na mieście", lecz zakochała się tylko raz, w pewnym autorze tekstów do "Podwieczorku przy mikrofonie". Namiętny, tym razem, związek nie był tajemnicą dla nikogo. Ani to, że mężczyzna był żonaty... W końcu rozwiódł się, ale... dla młodej dziewczyny, która mu urodziła dziecko. Bielicka była zdruzgotana! Nawet targnęła się na własne życie, na szczęście próbę samobójczą udaremniono. Już nigdy potem nie nawiązała trwalszego związku, przygasła. Tylko na scenie pozostała taka sama.

Małgorzata Sienkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje