Reklama

Reklama

Iza Kała: Śmiejemy się z samych siebie!

Kobieta – dynamit! Aktorka, stand-uperka, one-woman-showka, konferansjerka i improwizatorka! Wrocławianka po Łódzkiej Szkole Filmowej, obecnie przeprowadzona z Warszawy do Krakowa.

W 2013 roku wraz z Anetą Wróbel stworzyła swój one woman show "Kredyt Zaufania", doceniony przez publiczność i nagradzany przez jurorów zarówno festiwali kabaretowych, jak i teatralnych. Założycielka projektu "Same Baby", producentka Standupowego Dnia Kobiet. O naszej bohaterce można powiedzieć bardzo wiele, ale pewne jest to, że wie, jak rozśmieszyć publiczność! O tym, z czego się śmiejemy i o tym, co jest w życiu ważne, rozmawiamy z Izą Kałą.

Reklama

EksMagazyn: Jest pani aktorką (filmową i teatralną). Jak to się stało, że postanowiła pani zająć się także występami kabaretowymi?

Iza Kała: - Z potrzeby wyśmiania "poważnych" problemów (śmiech). Kilka lat temu przechodziłam dość trudny czas w swoim życiu, zarówno pod względem zawodowym, jak i osobistym. Spotykałyśmy się z moją przyjaciółką i godzinami spacerowałyśmy, roztrząsając moją sytuację z każdej strony. W pewnym momencie Aneta Wróbel, która jest moją przyjaciółką jeszcze z czasów licealnych, ale również scenarzystką i reżyserką, powiedziała do mnie: "Hej, to, co przechodzisz, przechodzi wielu ludzi, może zrobimy o tym spektakl?". I tak, po kilku miesiącach powstał "Kredyt Zaufania" one woman show, dzięki któremu zagrałam główną rolę, zdystansowałam się do "poważnych" problemów i spędziłam mnóstwo produktywnego czasu ze swoją przyjaciółką.

- Potem zaczęłyśmy jeździć z "Kredytem" na festiwale, zarówno teatralne, jak i kabaretowe, gdzie ów stał się hitem! Poczułam wtedy, że warto iść w tym kierunku. Na pierwszym festiwalu kabaretowym "Mulatka", gdzie zdobyłyśmy pierwsze miejsce, zakochałam się w tym środowisku. Kabareciarze są serdeczni, kompletnie bez nadęcia, bezpośredni, wciąż wymieniają się pomysłami, obserwacjami, śmieją się z siebie nawzajem i nikt za to się nie obraża! Poczułam się jak w domu.

- Nawiązałam wiele inspirujących znajomości, zarówno zawodowych, jak i osobistych - tam poznałam też swojego chłopaka, również kabareciarza. Potem przyszła już lawina przygód: stand up, projekt Same Baby, gościnne granie w innych kabaretach, itd. Kobiet w rozrywce w dalszym ciągu nie ma wiele, wiec można powiedzieć, że trafiłam w lukę na rynku pracy (śmiech). I kibicuję temu, aby było nas coraz więcej!

Czy ludzi łatwo się rozśmiesza?

- To zależy, o jakim rozśmieszaniu mówimy. Można przecież opowiedzieć obleśny dowcip i ludzie będą się śmiali. Można też dotknąć czegoś ważnego, wzruszyć i rozśmieszyć. Ta druga opcja zdecydowanie bardziej mnie pociąga. Wymaga bycia szczerym ze sobą i obnażenia swoich słabości. Publiczność śmieje się, kiedy widzi, że aktor, kabareciarz, stand uper stoi "bezbronny" i nie boi się zrobić z siebie głupka, a także tego, że jest oceniany.

- Żeby rozśmieszyć innych, trzeba po pierwsze ludzi lubić! Słuchać ich i obserwować, dostrzegać absurd codzienności. Z tych obserwacji powstaje później materiał na scenie. Oczywiście niezbędne są predyspozycje komiczne, tzw. vis comica, timing czy umiejętność przełożenia obserwacji na scenę, ale to ta bezbronność i szczerość są kluczowe. Nie zawsze jest to proste. Największa praca to ta nad samym sobą.

A czy płeć ma znaczenie? Czy kobiety umieją się śmiać same z siebie?

- Myślę, że płeć nie ma znaczenia. To jest indywidualna sprawa każdego człowieka. Jeśli ktoś ma odrobinę dystansu do siebie i tego, co widzi na scenie lub w telewizji, a co z nim rezonuje - śmieje się. Choć na moim stand upie, czy "Kredycie" kobiety słyszę bardziej. Na szczęście wychodzimy już z etapu "masz być miła, skromna i nie taplaj się w kałuży, bo ubrudzisz białe rajtuzki". Pozwalamy sobie na więcej luzu, śmiejemy się z oczekiwań, które same sobie stawiamy/stawiałyśmy.

- Kiedy na scenie mówię o przygotowaniach do seksu, czy fantazjach kobiet - kobiety reagują zwykle mocniej, bo znają to z własnego doświadczenia. Mężczyźni się uczą (śmiech). Często zauważam wsparcie i dziką radość ze strony kobiet, że ktoś wreszcie mówi o nich, a nie tylko o wyobrażeniu na ich temat.

Z czego najczęściej się śmiejemy?

- Zawsze sami z siebie. Z wyobrażeń o sobie, ze swoich lęków... Z tematów bliskich wszystkim: z ogólnie pojętych stosunków międzyludzkich, czyli po prostu kiedy widzimy w karykaturze siebie i innych. Tylko, że my się nie śmiejemy z innych, ale z naszego stosunku do nich, do spraw, które przedstawiają. To zawsze my!

Czym się pani inspiruje?

- Życiem! Obserwuję ludzi, zwierzęta, sytuacje, swoje reakcje. Inspirują mnie też inni komicy - ich występy, rozmowy z nimi. Mam kilku idoli "rozśmieszania". Największym jest chyba Eddie Izzard. Genialne połączenie poruszania tzw. ważnych tematów na równi z błahymi w ekstremalnie śmiesznej formie. Uwielbiam też Ellen DeGeneres.

Największe szczęście odczuwam...

- ...na scenie, kiedy ludzie wychodzą z występu w dużo lepszym nastroju, niż kiedy przyszli! "Kredyt" wymaga ode mnie ogromnego wysiłku fizycznego i skupienia, ale kiedy po godzinie czuję, jakbym przebiegła maraton (mój cały kostium można dosłownie wyżymać) i widzę, że 60-letnia kobieta skacze jak mała dziewczynka i podrzuca balonik ze spektaklu, wtedy myślę, że mam ogromne szczęście, bo wykonuję najlepszą pracę na świecie!

- A prywatnie szczęście dają mi ludzie i podróże. Czas z rodziną, przyjaciółmi, chłopakiem. Rozmowy o wszystkim i o niczym. Kiedy tylko mamy wolne dni, jedziemy z moim chłopakiem w góry albo w ciepłe kraje, a kiedy tego czasu jest mniej, cieszymy się po prostu chwilą przy wspólnym śniadaniu. Poza tym: piękne niebo, zabawa z moim kotem, dobre jedzenie, medytacja, muzyka. W sumie zawsze znajdę pretekst do szczęścia. Jestem szczęśliwa, bo tak postanowiłam!

Rozmawiała: Agnieszka Słodyczka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje