Jadwiga Barańska: Dama z robotniczej Łodzi

Jako małe dziecko nie dojadała. Potem, żeby przetrwać, pracowała w zakładach włókienniczych. Film jej wynagrodził te trudy: grała, i to znakomicie, głównie role arystokratek.

Była genialna jako Barbara Niechcic w serialu "Noce i dnie". A jak nosiła kostium! Nie tylko w Serbinowie. Przypomnijmy ją sobie, jako hrabinę Cosel czy hrabinę Idalię w "Trędowatej". Z taką klasą trzeba się urodzić, mniejsza o to, czy w pałacu, czy w czynszówce, w wielkim przemysłowym mieście.

Reklama

Pewnie kupowali z litości...

Barańska przyszła na świat w robotniczej Łodzi, w 1935 r. Rodzice ciężko pracowali, nie byli zamożni. Gdy była malutka, wybuchła wojna. - Ja jestem dziecko okupacyjne, ja mogę umyć podłogę, w fabryce pracować. Nie wiem, czy jest wiele aktorek w Polsce, które pracowały w fabryce, żeby przetrwać, a ja pracowałam - podkreśla do dziś.

Tatę ledwie pamięta, ponieważ hitlerowcy wywieźli go na roboty. Więcej go nie widziała... Mama zaś trafiła do niemieckiego więzienia. Siedmioletnią wtedy Jadzią zajęła się ciocia. Nie miały co jeść, więc dziewczynka dla zarobku sprzedawała znajomym bibułkę do kręcenia papierosów. - Pewnie kupowali ode mnie tylko z litości, ale kupowali - wspominała po latach.

Z medalikiem do sąsiada

Bardzo głodna bywała i po wojnie. Było tak źle, że mama, która szczęśliwie ocalała, wysłała ją pewnego razu do sąsiada - furmana - żeby mu sprzedała swój medalik z Matką Boską Częstochowską, pamiątkę z pierwszej komunii świętej. Jadzia miała wtedy 12 lat. - To był dla mnie taki dramat, że do dziś modlę się tylko do Częstochowskiej. Wierzę, że ona mnie nie opuści - opowiada. Nic dziwnego, że niedożywiona dziewczynka z czasem zapadła na gruźlicę...

Chuda, brzydka, dajcie spokój

Aktorstwo przyszło do niej mimochodem. Jako dziecko bardzo lubiła mówić wiersze na szkolnych akademiach, a kiedy podrosła, mama - pielęgniarka w przychodni - prowadzała ją do teatru. Tym sposobem złapała aktorskiego bakcyla. Nie przyjęli jej jednak na studia za pierwszym podejściem. Barańskiej zaszkodził... przyszły mąż, Jerzy Antczak, wówczas asystent w szkole filmowej. Kiedy stanęła przed komisją, stwierdził, że jest... za chuda, nieładna i niezdolna.

Próbowała zaraz potem w Warszawie, też bez powodzenia. Tylko że tam prof. Aleksander Bardini ujrzał w niej aktorkę. Wybiegł za nią na korytarz i radził trzymać się środowiska artystycznego. Niestety, pracy, o jakiej myślał, nie znalazła.

Żebyś tylko się nie odzywała...

Zatrudniła się więc jako pracownik kulturalno-oświatowy w łódzkich zakładach dziewiarskich. Nie wszyscy ją tam polubili. Ktoś napisał anonimowy donos, który został odczytany w słynnym programie radiowym "Fala 49", że Barańska "nie zadaje się" z młodzieżą robotniczą, wywyższa się, nie chodzi na wspólne zabawy. Były to czasy głębokiej komuny i taki list wystarczył, żeby zwołano tzw. sąd koleżeński. Konsekwencje mogły być bardzo poważne, łącznie z tzw. wilczym biletem, który mógł uniemożliwić studia.

Na szczęście w fabryce pracował mądry przewodniczący rady zakładowej. "Dziecko, żebyś się nie odzywała. Wysłuchaj i przeproś. A jak będziesz szła na studia, to ja ci napiszę dobrą opinię", powiedział jej na boku. Tak też się stało.

A jednak, wielka miłość

Dostała się wreszcie do łódzkiej filmówki, a tam, jak grom z jasnego nieba, spadła na nią miłość. Jerzy Antczak, ten, który ją "oblał" za pierwszym razem, za drugim zakochał się w niej na umór. Zamieszkali z mamą aktorki, która - jak dziś mawia Barańska - do końca życia "trzymała im drabinę do sławy". Prowadziła im dom, zajmowała się też ich synem, Mikołajem, który przyszedł na świat w 1964 r. Młodzi mogli pracować.

Ona dużo grała w teatrze, on - uznany reżyser - obsadzał ją w swoich filmach. Wielką sławę przyniosła obojgu adaptacja "Nocy i dni". Niestety, gdy byli u szczytu kariery, władze zablokowały kolejne projekty Antczaka. Wyjechali więc do USA, gdzie dostali azyl. On został wykładowcą na kalifornijskiej uczelni, gdzie kształcił przyszłych filmowców. Ona zajęła się domem i synem. Już nie zamierzają wracać do Polski, choć bywają tu chętnie i często.

Małgorzata Sienkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje