Reklama

Reklama

Jolanta Fraszyńska: Szczęśliwa kobieta z przeszłością

Fraszka, tak ją nazywają. Delikatna jak gałązka, ale silna jak drzewo. W jej życiu nie brakowało trosk i dramatów. Aż w końcu znalazła szczęście.

Od dziecka grała. Najpierw przed publiką z podwórka. Śmiech? Płacz na zawołanie? Proszę bardzo, nic prostszego. Przecież urodziła się komediantką, uwielbiała to. - Wydawało mi się, że jeśli będę taka bezproblemowa, wesoła, pomocna i dobra, ludzie będą mnie bardziej lubili - wytłumaczy po latach. - Tak naprawdę w środku byłam smutna, a na zewnątrz byłam... Fraszką.

Reklama

Zapamiętała z dzieciństwa taki obrazek, z mamą Krystyną: lata 70. Śliczna, drobna, zadbana kobieta, układająca klientkom misterne koki i fale. Zapach lakieru do włosów i rząd kobiet z wałkami na głowie. Pod wielkimi suszarkami zakładu fryzjerskiego w Mysłowicach. Także to, że mama miała duszę artystki. I że była równocześnie radosna i... smutna. Odziedziczyła to po niej, powie potem.

Smutek Krystyny Fraszyńskiej nie brał się znikąd. Obie córki - Jolę oraz jej starszą siostrę Kasię - wychowywała sama. Urodziła je będąc nastolatką. I panną. Jola, otoczona dziadkami, ciociami, wujkami - czuła się kochana. Jej życie toczyło się między szkołą, podwórkiem, domem babci, mieszkaniem mamy i zakładem fryzjerskim dziadka Antoniego. A jednak po latach powie, że w dzieciństwie ukształtowało ją "coś niewypowiedzianego". To coś, to był wstyd.

Dojrzewała w przekonaniu, że jest gorsza od rówieśników. Może, niechcący, przyczyniła się do tego ukochana babcia, która zawsze przejmowała się tym, "co ludzie powiedzą". Jej mama uważała jednak, że córka mimo wszystko świetnie poradzi sobie w życiu. - Dobrze, że ty jesteś taka cholera, to się nie dasz - mówiła jej.

Kiedy powiem sobie dość... a może jednak nie!

Bo choć delikatna, czuła, że musi być silna. Jak większość kobiet na Śląsku. - Tam panował kult kobiety siłaczki, niezależnej, samotnie borykającej się z życiem matki Polki. To kobiety same musiały dbać o rodzinę - mówiła. Ale też... - Obserwowałam kobiety w mojej rodzinie i marzyłam, żeby żyć inaczej. Być księżniczką, o którą troszczą się inni - wyznała.

Ojciec, a dokładnie - jego brak, miał wpływ na jej późniejsze decyzje. - Paradoksalnie nieobecność ojca była dla mnie największym życiowym motorem. Powodem by iść przez życie jak burza - mówiła. Po latach zrozumie jeszcze jedno: - Poszukiwałam siebie w kontaktach z mężczyznami po omacku, ponieważ brakowało mi punktu odniesienia.

Pierwszego męża, aktora Roberta Gonerę, poznała w 1990 r., jeszcze na studiach. Chciała szybko założyć rodzinę, mieć dom. Urodziła im się córka Nastazja (27). Małżeństwo niedojrzałych ludzi przetrwało tylko cztery lata. Po jakimś czasie poznała reżysera, Grzegorza Kuczeriszkę (56). Znów miała nadzieję na pełną rodzinę. Na świecie pojawiła się kolejna córka, Aniela (14). Jednak to, na co liczyła - ciepły dom - powoli zaczęło obracać się w koszmar. Mąż sięgał po alkohol, dochodziło do kłótni. Aż po 14 latach zdecydowała się na kolejny rozwód. Rozstali się już w pokojowej atmosferze, ale bardzo to przeżyła. Chciała być przecież idealną gospodynią, jak ta prawdziwa kobieta ze Śląska.

Nie dawała sobie oddechu. Dotąd trwała niczym silne drzewo, po drugim rozwodzie musiała poczuć się jak dygocąca na wietrze gałązka. I... był to już trzeci dom, w którym zabrakło mężczyzny. - Jeśli człowiek żyje w niewygodzie, coś go uwiera, a on tego nie dostrzega, to w końcu go to rozwali - powie po latach. Była w coraz gorszym stanie. W końcu nabawiła się nerwicy lękowej. "Nieprzypadkowo w tym samym czasie zaproponowano mi funkcję "ambasadora na rzecz depresji", powie potem.

Gdy straciła przytomność podczas spektaklu, postanowiła, że musi szukać dla siebie pomocy. Tak trafiła do specjalisty, Tomasza Zielińskiego. Dzięki niemu, krok po kroku, odzyskiwała siły życia. I wtedy nastąpiło coś nieoczekiwanego, choć przepowiedzianego przez wróżkę. Miłość. Ten inteligentny, wrażliwy, ale także postawny i przystojny mężczyzna zaczął w jej myślach i życiu zajmować coraz więcej miejsca. Najpierw jako przyjaciel, z którym prowadziła długie rozmowy, potem jako ktoś ważniejszy. Ale gdy wydawało się, że w końcu uśmiechnęło się do niej szczęście - znów pojawił się niepokój. Bo w tle ich wielkiej miłości był też smutek.

Jej ukochany był chory. Cierpiał na marskość wątroby, wirusem żółtaczki został zarażony prawdopodobnie jeszcze w szkole, podczas szczepienia. Lekarze, gdy zdiagnozowali chorobę, dawali mu dwa, trzy lata życia. Na szczęście pomylili się. W 2011 roku, po przeszczepie wątroby, jej partner dostał drugie życie. Teraz to ona dodawała mu sił, jak wcześniej on jej, kiedy trafiła do niego, zgubiwszy radość życia. Czule się nim opiekowała i troszczyła, by niczego mu nie brakowało.

"Dziękuję Ci kochana, że byłaś w tych trudnych chwilach i jesteś cały czas. Kocham szalenie" - taki wzruszający wpis pojawił się w tym roku na jego stronie. Ciężkie przejścia jeszcze wzmocniły jej związek, ją. Jest dziś szczęśliwa. Rozliczyła się z minionymi latami.

- Szanuję i akceptuję to, jakie miałam dzieciństwo, przyjrzałam się tamtemu życiu i już je pożegnałam. Jestem wdzięczna i pogodzona z przeszłością - uśmiecha się. I choć nie jest księżniczką ze swych dziecięcych marzeń, to ma coś więcej - oddanego mężczyznę, z którym tworzy ciepły dom. Dzięki temu może teraz się śmiać: - Nie odśnieżam już sama...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje