Reklama

Reklama

Katarzyna Dowbor: Wszystko mam zaplanowane

Coś przybić, pomalować lub ustawić? Dla niej to żaden problem! Znana dziennikarka opowiada nam, jak żyje w swoim wiejskim domu, zdradza też, o czym marzy.

Jedna z najpopularniejszych twarzy małego ekranu: reportażystka, prezenterka i gospodyni wielu programów. Przez wiele lat była związana z Telewizją Polską, ale już trzeci rok współpracuje z Polsatem, w którym prowadzi reality show "Nasz nowy dom". Prywatnie jest zapracowaną mamą i babcią, która - gdy tylko może - kryje się przed zgiełkiem w domowym zaciszu.

W programie udowadnia pani - razem z ekipą budowlaną - że można wyremontować dom w pięć dni. Na co dzień też jest pani złotą rączką?

Reklama

Katarzyna Dowbor: - Od zawsze lubiłam sama przeprowadzać drobne naprawy. Zaczęło się już w szkole. Gdy na zajęciach technicznych dziewczynki szydełkowały i uczyły się przyrządzania sałatek, a chłopcy robili karmniki dla ptaszków czy półki, zawsze się urywałam do chłopaków. A później, w każdym swoim domu, a kilka ich już miałam, to ja byłam od wbijania gwoździ, cięcia listewek i innych technicznych robót. Od niedawna jestem właścicielką wiejskiego domu pod Warszawą, ciągle więc coś przycinam, wieszam, ustawiam albo maluję. Na przykład ostatnio naprawiałam wszystkie drzwi, wykręcając stare zamki i wstawiając nowe.

Jak opisałaby pani ten wiejski dom?

- Jest drewniany, urządzony trochę we francuskim stylu. To mój azyl, miejsce, w którym przebywam najchętniej. Wszystko jest w nim takie moje, maksymalnie dopieszczone, magiczne. W nim czuję się jak na wakacjach. Jest dokładnie taki, jak sobie wymarzyłam, ze wszystkim, co chciałam mieć, czyli zwierzakami, kominkiem czy gabinetem. Przyznaję, że lubię się otaczać ładnymi przedmiotami - meblami, naczyniami. Mam też piękny ogród, którym zajmuję się sama, choć stworzyłam go wraz z ogrodnikiem. Uprawiam na własny użytek owoce i warzywa. Dziś rano pozbierałam piękne borówki amerykańskie, a wcześniej różne zioła, pietruszkę, rzodkiewki i fasolkę szparagową. Goście naprawdę lubią mnie odwiedzać i usiąść ze mną przy ogromnym stole na osiem osób, cały czas rozstawionym.

Prowadzi pani dom otwarty?

- Zawsze tak było, ale teraz musiałam to ograniczyć, ze względu na pracę. Czasami zdarza mi się jednak, między zdjęciami, urządzać małe przyjęcia z pomocą znajomej pani. Natomiast kiedy mam więcej czasu, wszystko szykuję sama.

Wszystko, czyli...?

- Uwielbiam jeść i smakować, ale nie jestem fanką typowej polskiej kuchni, obfitej w zawiesiste sosy. Specjalizuję się we włoskich daniach, które są proste i szybkie. Ubolewam, że choć przepadam za rybami, nie umiem ich zbyt dobrze przyrządzać. Do tego trzeba mieć talent, a nie tylko: na patelnię i gotowe. Moja szesnastoletnia córka Marysia, znakomita gospodyni, jest wielbicielką zdrowego odżywiania i trochę mnie tym zaraziła. Dzięki niej używamy mnóstwa składników, które są w polskiej kuchni niedoceniane - jarmużu, amarantusa, różnych kasz. Dziś na śniadanie zrobiła placek owsiany z otrębami i jagodami, a wczoraj sałatkę z komosy.

Kiedy pani patrzy na córkę, widzi w niej siebie sprzed lat?

- Zupełnie nie, bo jesteśmy kompletnie inne, ale - jak to mówią - przeciwieństwa się przyciągają. Ja w jej wieku raczej chuliganiłam z chłopakami, łaziłam po drzewach i zakładałam podwórkowe bandy. (śmiech) A Marysia wdała się w swego dziadka: jest subtelną dziewczyną, typem naukowca, zrównoważoną, spokojną i poukładaną. Świetnie się uczy, bardzo dużo czyta, na dodatek pisze piękne wiersze, które wygrywają konkursy i są drukowane w książkach. Chodzi więc trochę z głową w chmurach, w przeciwieństwie do mnie. Ja mam zawsze wszystko zaplanowane i wiem, co, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach. (śmiech)

Od sześciu lat jest pani także babcią. Wnuczka Janina to...

- Oczywiście oczko w mojej głowie! Jest niezwykle mądrym dzieckiem. Kiedy tylko znajduję chwilę, staram się z nią spędzać jak najwięcej czasu. Na szczęście ma bardzo dobrych rodziców, którzy organizują jej ciekawe zajęcia i wyjazdy, sami też dużo z nią podróżują. Janeczka pokochała moje zwierzęta. A mam dwa psy: jack russell teriera, Pepe, i berneńskiego psa pasterskiego, Benia, oraz kota rasy main coon, Jaggera. Janeczka jest nimi zachwycona i bawi się z nimi w ogrodzie, gdzie wszyscy wspaniale się czujemy. Zwierzęta "uczłowieczają" dom, dodając mu radości i ciepła. Dziwię się ludziom, którzy nie chcą ich mieć. Ja uwielbiam długie spacery z moimi psami.

Znana jest pani miłość do koni, a także pasja jeździecka.

- Odziedziczyłam ją chyba po dziadku, pułkowniku kawalerii Bronisławie Kowalczewskim. Od 12 lat jestem właścicielką klaczy, Rodezji. Wcześniej była własnością mojej koleżanki Ani, która zginęła w wypadku samochodowym. Mimo że nie mam czasu, zmuszam się i w każdą niedzielę jadę do stajni, gdzie się zajmuję tym koniem.

Co pani lubi robić, kiedy nic nie robi?

- Przed programem dwa razy w tygodniu chodziłam na treningi fitnessu, z instruktorem, ale teraz trochę je zaniedbałam. Uwielbiam czytać. Mam w domu ogromną bibliotekę. Jestem z pokolenia, które bez książki nie wyobraża sobie dnia. Uzbroiłam się też w czytnik do książek w wersji elektronicznej, ale jednak kupuję wydania papierowe, które pachną i szeleszczą przekładanymi kartkami. Nie ma dla mnie nic lepszego, niż usiąść sobie w fotelu na werandzie z dobrą kawą i zatopić się w lekturze. To chyba najfajniejsza forma ucieczki od zgiełku i zmęczenia.

Gdzie pani była na wakacjach w tym roku? Pogoda raczej dopisała.

- W ogóle nie miałam wakacji. (śmiech). Od kiedy zaangażowałam się w produkcję programu "Nasz nowy dom", nieustannie jestem zajęta. Pracujemy w cyklach: dwanaście odcinków letnich, potem krótka przerwa i dwanaście odcinków zimowych. Wolne mam tylko niedziele, ale nie narzekam, gdyż program daje zarówno mnie, jak i wszystkim, którzy przy nim pracują, ogromną satysfakcję. Z prostego powodu: pomaganie ludziom, często doświadczonym przez los, patrzenie na ich wdzięczność, wiąże się z ogromną radością.

Pani największe marzenie to...

- Na razie jest nie do spełnienia. Chciałabym kiedyś, gdzieś na wsi, daleko, stworzyć "Dowborowy dwór". Uratować jakiś zabytek, zgromadzić dużo zwierząt i żyć w zgodzie z naturą, prowadzić dom pełen gości i przyjaciół, z własnym piecem do chleba. Polska wieś jest naprawdę wspaniała, co nie zawsze doceniamy. Tam nawet deszczowy dzień jest piękny.

Rozmawiał: Paweł Piotrowicz

Naj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy