Reklama

Reklama

Katarzyna Grochola: Samotna, pełna miłości

Właśnie wydała nowe opowiadania i rozstała się z partnerem. Mimo wszystko uważa, że na prawdziwe uczucie nigdy nie jest za późno.

Iwona Zgliczyńska: "Zaginione niebo" to tytuł pani nowej książki. Według mnie sugeruje utracone szczęście.

- Niekoniecznie. Pomyślałam sobie, że to, co zagubione, ma szansę być odnalezione. Poza tym kiedy się leci samolotem, nad chmurami zawsze jest ładna pogoda.

Co, pani zdaniem, decyduje o powodzeniu w miłości?

- Często zwykły przypadek. Im jestem starsza, wydaje mi się, że przypadki same nam wchodzą w ręce. Tylko albo budujemy na nich, albo niszczymy je. Wierzę w przeznaczenie. Wierzę też, że świat nam sprzyja, byśmy realizowali marzenia i spotkali wielką miłość. Ale czasem możemy nie dostrzegać znaków przychylności od losu.

Reklama

Pani teraz kogoś kocha?

- Córkę, wnuka, zięcia, przyjaciółkę... Wiele osób kocham. Ale nie kocham teraz żadnego mężczyzny, jeśli pani o to pyta.

Ma pani nadzieję, że pojawi się w pani życiu prawdziwa, dobra miłość?

- Nigdy nie tracę nadziei. Potrafię wspaniale kochać. Jeśli los mi będzie sprzyjać, to się jeszcze wydarzy. Ale jeśli nie, to i tak mam wiele osób do kochania. Nie jestem zdesperowana.

Paweł Królikowski powiedział mi kiedyś, że pani ma "aurę leczniczą", ale płaci za nią wysoką cenę. Co to oznacza?

- Paweł wie, że ja czasem w życiu nie mam lekko. Sukces to jest coś, co widzą inni. Myślą: "Zatańczyła, zaprosili ją do telewizji, fajnie ma...". Ale to nie jest coś, co daje prawdziwe szczęście. Ja nigdy nie marzyłam o popularności i że będę na okładkach gazet. To mi się przydarzyło dość późno i jakby przez przypadek. A w tym prawdziwym życiu jest tak, że niedawno umarł mi kot, że rozstałam się z facetem...

Jak pani się w takich sytuacjach ratuje?

- Nie ratuję się wcale. Po prostu płaczę. Wszystko trzeba "odpłakać", przeczekać, dać czas, nie pospieszać się.

Skąd w pani ta "aura lecznicza"?

- Bo ja tak strasznie walczę, by świat był lepszy.

I co pani robi w tym kierunku?

- Małe rzeczy. Staram się pomóc staruszce wejść do windy. Gdy przyjaciółka traci pracę, zapraszam ją do siebie na obiad. Zakupy robię na targu w Milanówku, bo nie lubię wspierać wielkich supermarketów. Wolę konkretnego człowieka, który przywozi jajka czy ziemniaki ze wsi. Staram się przepuszczać przed siebie samochody, jeździć na tzw. zamek błyskawiczny. Nie ma dnia, by ktoś nie podziękował mi za to światłami. I mnie od tego robi się lepiej. Rozejrzyjmy się dookoła, na pewno jest ktoś, dla kogo warto poderwać tyłek i coś zrobić. Chwała tym, co robią więcej, kopią studnie jak Janina Ochojska. Ale ja działam tam, gdzie możemy, niekoniecznie daleko.

Większość opowiadań z pani nowej książki ma jednak pozytywne zakończenia. Tylko że w prawdziwym życiu nie zawsze mamy happy end.

- Życie bywa różne. Czasem faktycznie marzenia się nie spełniają. Znam pewną znakomitą dziennikarkę, która marzyła, że zostanie piosenkarką. Ale w czasie wypadku samochodowego została uderzona w krtań i straciła głos. Dziś pisze znakomite opowiadania, ale nie lubi Pana Boga, bo uważa, że zabrał jej to, co miała najcenniejsze. Moim zdaniem wiele zależy od tego, jak potrafimy się podnosić i jak patrzeć na świat po kryzysach i trudnych chwilach, które przecież zdarzają się wszystkim.

To jak pani patrzy teraz na życie?

 - Opowiem pani historię. Niedawno parkując, zarysowałam komuś samochód, co nieczęsto mi się zdarza. Najpierw chciałam uciekać, ale po sekundzie powiedziałam sobie: "Kasiuniu droga, na miłość boską, nie można takich rzeczy robić!". Więc włożyłam uprzejmą karteczkę za wycieraczkę ze swoim numerem telefonu i przeprosinami. Pan oddzwonił i kulturalnie podziękował za uczciwość. Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam czytać wiadomości w Internecie. Znalazłam tam historię pewnej pani, która też zarysowała komuś samochód i włożyła karteczkę za wycieraczkę. Kiedy wróciła z zakupów, zastała wybitą szybę i karteczkę: "P... się głupia ku...o". Pyta pani, jak ja teraz patrzę na życie... Czasem wydaje mi się, że naiwność mnie chroni. Do głowy mi nie wpadło, że ktoś tak może się zachować. Nie jestem podejrzliwa i może dzięki temu w ogóle jeszcze żyję. Lubię też być dumna z tego, że nie uciekam przed odpowiedzialnością, tylko stawiam czoło różnym sytuacjom i zachowuję się uczciwie. Nie obchodzi mnie, że ktoś nazwie mnie frajerem.

Mówi pani, że los lubi sprzyjać marzeniom. Poproszę dowody, bo często mam wręcz przeciwne wrażenie...

-  Pewnego razu podszedł do mnie miły pan, krzycząc z daleka, czy go pamiętam. Mam bardzo słabą pamięć i było mi głupio. Po spotkaniach autorskich patrzę w lustro i mówię do siebie: "Nie znam cię, ale muszę ci obmyć twarz" (śmiech). Ale wróćmy do tego mężczyzny. On mówi: "Prosiłem w Gdańsku, by pani napisała dedykację dla mojej żony, która bardzo chciała, tak jak pani, wybudować dom. Dyktowałem pani frazę: »Fikcja jest fikcją, a prawda jest prawdą«". Spytałam go więc, czy ja to napisałam. A on: "Nie. Powiedziała pani, że albo zmienię przekonania, albo żona będzie musiała zmienić męża. I ja się wtedy zagotowałem".

I jak pani zareagowała?

- Takie słowa to ja mogłam przecież powiedzieć przyjacielowi, a nie człowiekowi, który w imieniu żony, z miłości do niej, przyszedł po mój autograf. "I co teraz?", zapytałam mężczyznę. A on, że przyszedł, bo chciał mi powiedzieć, że kupili z żoną domek. Takie historie budują. Moim zdaniem życie sprzyja naszym marzeniom. Owszem, nie każdy będzie miał dom. Ale warto otworzyć w sobie taką możliwość, że się spełni to, co w danej chwili wydaje się niemożliwe.

Pani w to naprawdę wierzy?

- Sama kiedyś pisałam do szuflady i pewnego dnia zadzwoniła do mnie kompletnie mi nieznana Beata Stasińska (szefowa wydawnictwa W.A.B., przyp. red.). Powiedziała, że czytała fragmenty mojej sztuki, którą wysłałam mojemu przyjacielowi... I tak zaczęłam publikować. Niedawno cieszyłam się z sukcesu Kasi Skrzyneckiej w programie "Twoja Twarz Brzmi Znajomo". Pamiętam, kiedy ona w kuluarach "Tańca z gwiazdami" zapowiadała kolejne pary dla wygłupu głosem Smerfetki. Kamera tego nie pokazywała, a ja czułam, że ktoś kiedyś odkryje dla szerszej publiczności ten jej wielki talent komediowy. Pamiętam też Andrzeja Chyrę sprzed lat. Siedział u mnie w ogrodzie na huśtawce i mówił, że ma 34 lata i że taki wiek dla aktora to już koniec. Tak samo było z Pawłem Królikowskim. Jakoś w tych ludzi wierzyłam. I dziś świat zauważył ich wielki talent.

Pani córka też ma niesamowity talent. Niedawno weszłam na jej nowy blog (www. dorotaszelagowska.pl) na temat urządzania przestrzeni i absolutnie się zachwyciłam. Tyle tam fantastycznych pomysłów na upiększanie domu i ogrodu.

- Ona jest w tym lepsza niż słynna Martha Stewart. Wie pani, co Dorota potrafi u mnie zrobić w ogrodzie? Niedawno z worków jutowych wykonała donice. Na ich spód wrzuciła keramzyt, by je obciążyć, potem ziemię i posadziła śliczne kwiaty. Zrobiła też świeczniki z drewnianych spinaczy i zwykłych słoików. Nie trzeba mieć milionów, by dom ładnie wyglądał. Pokażę pani jedno zdjęcie. Kiedy w moim ogrodzie usechł tamaryszek, żal mi się zrobiło tego drzewka. Dorota wpadła na pomysł, by pomalować je na fioletowo. I w tym roku tamaryszek się nam odwdzięczył, zaczęły rosnąć nowe gałązki. Fascynuje mnie, że Dorota potrafi niewielkim kosztem upiększać życie wokół siebie.

A czym imponuje pani Janek Kliment? Słyszałam, że wasz przyjaźń trwa do dziś.

- Jasne, właśnie jedziemy z Jankiem do Czech, ale o tym cicho.

Za co pani go tak polubiła?

- Za radość i wielką sympatię do świata. Któregoś razu obgadywaliśmy wszystkich po kolei z "Tańca z gwiazdami". Polegało to na tym, że musieliśmy szybko u każdego znaleźć coś ładnego, pozytywnego, dobrego. I Janek zawsze celował w dychę, szybko, życzliwie i z uśmiechem.

Co pani znalazła u Olgi Bołądź?

- Ona jest bardzo mądrą kobietą i świetną aktorką. Właśnie piszę dla niej sztukę o przyjaźni i miłości. Ale o tym też na razie cisza. Pani jest tak uśmiechnięta i pozytywna. Zdarza się pani czasem zwyczajnie stracić nadzieję, że będzie dobrze? Milion razy! Ale zawsze jakoś się podnoszę.

Co może wtedy uleczyć duszę?

- Miłość, szeroko pojęta. Gdy przed laty zostałam wyrzucona z domu, moja córka powiedziała mi: "Mamo, wcale nie straciłaś wszystkiego, masz jeszcze mnie". Te słowa przywróciły mnie rzeczywistości. Nigdy nie straciłam tego, co najlepsze. Traciłam tylko to, co złe. Moja córka była wtedy mądrzejsza ode mnie i zobaczyłam swoje zakleszczenie. I tak co jakiś czas życie mnie łupnie, żebym znowu nabrała pokory. Gdy mnie ktoś pyta, czy mi się w głowie przewróciło, to mu odpowiadam, że nie miało szans. I to wszystko mówi Katarzyna Grochola, obecnie samotna, ale pełna miłości kobieta.



Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy