Reklama

Reklama

Katarzyna Żak: Trzymano mnie krótko!

Nie bała się łamać surowych zasad. Szczególnie buntowała się w liceum, nie zważając na to, że ojciec zamykał przed nią drzwi, gdy wracała do domu po dwudziestej...

- Wciąż pamiętam wydarzenie z przedszkola w Toruniu. W przedstawieniu dla rodziców "Koziołek Matołek" zastąpiłam chorego kolegę i zagrałam główną rolę. Byłam bardzo podekscytowana, ale nie narodziła się we mnie chęć zostania aktorką - opowiada SHOW Katarzyna Żak.

Niestety, przedszkole kojarzyło jej się nie tylko z przyjemnymi chwilami. - Najgorsze było picie tranu, które najczęściej kończyło się w toalecie, bo miałam po tym silny odruch wymiotny. Pamiętam też ohydne kanapki z margaryną. Wpadliśmy na pomysł, żeby chować je w różne miejsca, więc lądowały za piecem, pod dywanem, pod poduszkami - śmieje się aktorka.

Reklama

Gdy miała pięć lat, urodził się jej brat Wojtek. Od tego momentu życie Kasi zmieniło się diametralnie. - Nie będę ukrywać, że pojawiła się zazdrość. Wszyscy się emocjonowali, że to jest chłopiec, bo mój tata bardzo chciał mieć syna. Z drugiej strony cieszyłam się, że mam rodzeństwo i później opiekowałam się Wojtkiem - dodaje.

Jednak przez pierwsze lata dzieciństwa relacje Kasi z bratem dalekie były od idealnych. - Kiedy miałam dziesięć lat,  a on pięć, wkurzył się na mnie, że nie chciałam mu czegoś pożyczyć i rzucił we mnie talerzem. Uchyliłam się, a talerz trafił w okno. Na szczęście zbiła się tylko jedna z dwóch szyb. Zasłoniliśmy miejsce katastrofy firanką, żeby ojciec nic nie zauważył. Potwornie się go baliśmy... - opowiada.

- O sprawie powiedzieliśmy mamie, która zamówiła szklarza. Pech chciał, że przyszedł następnego dnia, gdy nie było nikogo oprócz taty, który, zdziwiony, otworzył mu drzwi i powiedział, że musiała nastąpić pomyłka, bo nic takiego w jego domu nie miało miejsca. Szklarz jednak zaczął go zapewniać, że ma takie zgłoszenie, podał nazwisko, adres i powiedział, że szkoda nastąpiła w pokoju dziecinnym. Wtedy tata poszedł to sprawdzić. Potem miał do nas ogromne pretensje, że wyszedł na niepoważnego człowieka, który nie wie, co się dzieje w jego własnym domu - wspomina Katarzyna Żak.

Nie ukrywa, że rodzice trzymali ją krótko, ale - jak tłumaczy - byli bardzo zapracowani i musieli godzić liczne obowiązki. Mama Danuta do dzisiaj jest okulistką, a tata Janusz pracował w laboratorium szpitalnym. - Czasami mama zabierała mnie do szpitala. Siedziałam wtedy zazwyczaj w dyżurce pielęgniarek, ale nie był to świat, który mnie interesował. Strzykawki kojarzyły mi się z bólem, z czymś strasznym. I ten ohydny zapach, który rodzice przynosili do domu... - krzywi się Katarzyna.

W walce z zakazami i nakazami rodziców pomagały jej zdolności aktorskie. - Nienawidziłam pracy w ogródku, a tata kazał mi podlewać pomidory, wyrywać chwasty albo zrywać porzeczki. Wtedy mówiłam mu, że muszę przygotować się do klasówki z matematyki lub fizyki, a wiadomo było, że z tymi przedmiotami nie radzę sobie najlepiej. Tata zawsze się na to nabierał.

Jako dziecko Katarzyna spędzała dużo czasu u babci Helenki. - Była nieprawdopodobnie ciepłą i pogodną osobą. Jej rady i mądrości zostały mi na całe życie. Miała sześcioro dzieci, więc kiedy przyszło mi grać Solejukową, to właśnie babcia Helenka była dla mnie wzorem. Nosiła skarpetki i chustkę na głowie i zawsze powtarzała: "Kasiuchna, pamiętaj: musi być ci ciepło w głowę i stopy, bo wtedy będziesz zawsze zdrowa" - wspomina.

W szkole podstawowej przyszła gwiazda zawsze miała czerwony pasek, ale interesowały ją głównie przedmioty humanistyczne: - Rodzice byli bardzo rozżaleni, że w liceum poszłam do klasy humanistycznej, bo chcieli, żebym zdawała na medycynę. W tamtym czasie pierwszy raz pomyślałam o aktorstwie.

To właśnie w liceum były pierwsze imprezy i miłości. - Jeden z moich chłopaków wstąpił później do seminarium, więc nie odniosłam wielkiego sukcesu na tym polu - śmieje się Kasia Żak.

W domu nadal obowiązywały surowe zasady. - Jako licealistka musiałam wracać o godzinie 20. Szczególnie tata tego pilnował. Zdarzało się, że nie zdążyłam na wyznaczoną godzinę i wtedy zamykał furtkę, zmuszając mnie do przechodzenia przez płot - opowiada aktorka.

- W tamtym okresie miałam kompleksy. Byłam dosyć pulchna, szczególnie w ostatniej klasie liceum - dodaje. To jednak nie powstrzymało jej przed zdawaniem do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Pierwsze miesiące nauki były dla Katarzyny bardzo trudne, a liczba zajęć przytłaczająca. Na szczęście znalazła czas na miłość.

- Z Czarkiem znaliśmy się ze szkoły, ale wszystko zaczęło się na studenckim obozie jeździeckim. Już drugiego dnia okazało się, że nasze konie miały się ku sobie, więc zaczęły się żarty na ten temat. Właściwie już po tym obozie zaczęliśmy się spotykać i po dwóch latach wzięliśmy ślub - mówi.

Kariera aktorki potoczyła się bardzo szybko. Katarzyna debiutowała we wrocławskim Teatrze Współczesnym i początkowo myślała o scenie, ale kiedy wraz z mężem przeprowadzili się do Warszawy, pojawiły się propozycje ról w filmach i serialach, m.in. w "Miodowych latach".

Niedawno wróciła do swojej pasji - śpiewania. - Cały czas gram koncerty. Wykonuję utwory z płyty "Bardzo przyjemnie jest żyć". W tym roku odcisnę swoją dłoń w alei gwiazd w Międzyzdrojach - dodaje.

Magdalena Makuch

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje