Reklama

Reklama

Madame Polanski

Modelka, aktorka, piosenkarka, żona, matka... Emmanuelle Seigner ma wiele twarzy. Została pierwszą zagraniczną gwiazdą - ambasadorem polskiej firmy kosmetycznej. Żona Romana Polańskiego wie o nas tyle, że chce w filmie zagrać Polkę.

Wracam do domu, a Roman...

Kiedy pojawia się w auli fizyki Politechniki Warszawskiej, przez salę przechodzi szmer. Goście, którzy przyszli na elegancką kolację promującą nową linię kosmetyków Dr Ireny Eris, to stołeczna elita. Witają się z Francuzką, przerzucają żartami, komplementują nową fryzurę i ciemniejszy odcień blond włosów. Emmanuelle jest wyraźnie spięta. Na komplementy odpowiada nieśmiałym uśmiechem. Jakby wciąż była tą samą 21-letnią dziewczyną, którą Roman Polański na planie "Frantica" wprowadzał w świat hollywoodzkich gwiazd. Potem był ślub w 1989 roku i narodziny córki Morgane i syna Elvisa. Związek, któremu nawet najwięksi optymiści nie dawali szans, okazał się trwały. Może dlatego, iż Seigner uznała, że warto jest mieć własne pasje, więc zajmuje się modą, a we Francji święci triumfy jako wokalistka formacji Ultra Orange & Emmanuelle. Ale nie zapomina o filmie. Niedawno skończyła zdjęcia do horroru Dario Argento "Giallo", gdzie wystąpiła u boku Adriena Brody´ego, a w planie już ma kolejny film, w którym zagra Polkę.

Reklama

PANI: Co Pani dostała od męża na ostatnią rocznicę ślubu?

Emmanuelle Seigner: Piękne futro. A dlaczego pan pyta?

Bo 30 sierpnia będziecie Państwo obchodzić 20-lecie małżeństwa. Zastanawiam się...

To już dwadzieścia lat? Skąd pan wie? Chwileczkę, muszę pomyśleć... Rzeczywiście - 30 sierpnia. Roman zawsze pamięta o naszych rocznicach.

Zastanawiam się, na czym polega Wasz sekret. Tak długie związki w show-biznesie się raczej nie zdarzają. Oboje macie silne osobowości i wybuchowe temperamenty. To mógł być krótki, gwałtowny romans, a tymczasem...

Najwyraźniej Roman się zakochał i wciąż mnie kocha. A ja... Cóż, nie znalazłam nikogo lepszego.

Co Pani w sobie lubi najbardziej?

Głos. Kocham muzykę. Uwielbiam występować na estradzie. Śpiewam na koncertach z zespołem Ultra Orange.

Patrzyłem na Panią dziś na promocji kosmetyków Dr Ireny Eris. Była Pani spięta.

Gdy śpiewam, jestem kimś innym. Nie mam tremy. Otwieram się, wczuwam w muzykę.

Co Pani wtedy czuje?

Czyste, niczym nieskażone szczęście.

Na planie filmowym jest Pani nieszczęśliwa?

Zawód aktora łączy się z dwiema rzeczami, których nienawidzę: z wczesnym wstawaniem i czekaniem. Aktorstwo to wieczne oczekiwanie. Na ustawienie planu, na charakteryzację, na światło, na kamerę, na innych aktorów... Gdy śpiewam na koncercie, mogę wstać, o której mi się podoba, występ zaczyna się i kończy o umówionej godzinie.

I nikt nie mówi o Pani: "ta żona Polańskiego", tylko: "ta Emmanuelle Seigner z Ultra Orange"?

Zdarzyło się, że do Romana, gdy przyszedł na mój koncert, ktoś powiedział: "pan Seigner". Przyjął to z dużą klasą. Długo się z tego później śmialiśmy.

Pani nie lubi, gdy przedstawia się ją jako żonę Romana Polańskiego. Zależało Pani na tym, by "wybić się na niepodległość"?

To nie do końca tak. Jestem dumna, gdy słyszę o sobie "Madame Polanski", ale już dawno stałam się niezależna. Mam własne nazwisko i karierę. Choć może z polskiej perspektywy tego nie widać.

W filmach gra Pani rzadko. I od czasu "Dziewiątych wrót" nie pracowała Pani z Polańskim.

Ale to nie znaczy, że nic nie robię. Chcę pracować na własne nazwisko. Wkrótce nakręcimy film z ludźmi, z którymi poznaliśmy się na planie filmu "Édith Piaf. Niczego nie żałuję". Zagram w nim Polkę. Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej we Francji. Mam rolę żydowskiej dziewczyny, która przyjechała do Francji z Polski i tu musi się zmierzyć z problemem Holocaustu.

Łatwo jest zagrać Polkę?

Po 20 latach życia z Polakiem czuję się już co najmniej w połowie Polką. Umiem naśladować wasz akcent, kiedy mówię w swoim ojczystym języku. Ale największym wyzwaniem jest zrozumienie i pokazanie na ekranie polskiej mentalności. Jesteście - tylko proszę tego nie zrozumieć źle - naiwni i łatwowierni. Francuzi zachowują się czasem cynicznie, jakby wszystko już przeżyli i mało co mogło ich jeszcze zaskoczyć. W Polakach jest taka urocza ciekawość świata.

Ale chyba nie mówimy o Romanie Polańskim...

Och, proszę mi wierzyć. On jest czasem naiwny jak dziecko.

Wychowała się Pani w mieszczańskiej rodzinie, chodziła do katolickiej szkoły. Jak to Panią przygotowało do życia, które teraz Pani prowadzi?

Mój dom rodzinny nie był aż tak mieszczański ani moje dzisiejsze życie nie jest aż tak szalone, jak się panu wydaje. Jestem z tym samym mężczyzną od dwudziestu lat, mamy dwoje dzieci. Mieszkamy w Paryżu. Rano odprowadzam dzieci do szkoły, potem prowadzę dom. Bardzo rzadko wychodzę z mężem do restauracji. Nie jestem Courtney Love. W porównaniu z nią jestem nudną mieszczanką.

Pani córka Morgane ma 16 lat. Jest Pani jej kumpelką?

Absolutnie nie. Może pan pomyśleć, że jestem surową matką, ale macierzyństwo jest dla mnie zbyt ważne. Nie pójdę na daleko idące kompromisy tylko po to, żeby moje dzieci mówiły, że jestem fajna.

Trudno jest dobrze wychować dzieci i mieć z nimi partnerskie stosunki?

Głównym problemem są pieniądze. Widzę po dzieciach naszych znajomych z bogatych domów, jak łatwo jest wychować rozkapryszonych egoistów. Niestety, ponieważ zależy mi na tym, by moje dzieci oceniały innych za to, kim są, a nie za to, co posiadają, muszę im często mówić "nie". Bardzo trudno jest wytłumaczyć nastolatce, by zamiast marzyć o nowych ciuchach czy gadżetach, nauczyła się cieszyć tym, co już ma. To wymaga również ode mnie sporej dyscypliny. Na zakupach staram się trzymać w ryzach i raczej mi się to udaje. Ale potem wracam do domu, a Roman...

Mąż ma inne poglądy na wychowanie dzieci?

Uwielbia je rozpieszczać. Na wszystko im pozwala, czyli mówiąc bez owijania w bawełnę, psuje ich charaktery. Nie można tego inaczej nazwać, jak "psucie".

Dlaczego to robi?

Z tego samego powodu, dla którego ożenił się ze mną dwadzieścia lat temu. Z miłości.

Rozmawiał Sergiusz Pinkwart

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje