Małgorzata Rożniatowska: Na nudę nie narzekam

Nie marzyła, aby być gwiazdą – chciała być dobrą aktorką. I jest! Nawet z epizodycznej roli potrafi zrobić perłę. Praca daje jej radość i siłę. Ale... nie żyje wyłącznie nią!

Wolne dni zdarzają jej się rzadko. Dlatego jest szczęśliwa, kiedy rano nie musi biec ani na próbę teatralną, ani na plan serialu, a wieczór też ma wolny. - Super! Może uda mi się rozpakować jakieś zapomniane pudło, bo odkąd przeprowadziłam się do domu córki, minęło już parę lat - śmieje się aktorka.

Reklama

Wciąż gra pani jakieś zołzy i intrygantki! Ludzie nie patrzą na panią krzywo?

Małgorzata Rożniatowska: - Przeciwnie: uśmiechają się! Wciąż widzą we mnie Kleczkowską ze "Złotopolskich". Grałam ją ostro i wydawało mi się, że prywatnie też będę postrzegana jako wredna osoba, a zdobyłam dużą sympatię ludzi. Może dlatego, że Elżunia była z krwi i kości? Zośka Kisielowa z "M jak miłość" jest do niej podobna. Ma taką samą ciekawość świata, by nie powiedzieć: wścibstwo.

Spryt i wdzięk też! Aż ciśnie się pytanie: ile w tych postaciach jest pani?

- Niewiele. (śmiech) Na pewno daję im mój wrodzony temperament i pogodę ducha. Wścibska nie byłam nigdy, zazwyczaj o wszystkich "sensacjach" dowiaduję się ostatnia. Do tego jestem mało spostrzegawcza. Czasem coś ciekawego rozgrywa się na moich oczach, a ja przechodzę obok tak zamyślona, że kompletnie tego nie dostrzegam.

Za to, jak one, jest pani silną jednostką. Potrafi pani walczyć o swoje, tupnąć?

- Właśnie nie za bardzo. Jestem dosyć uległa. Czasem zgadzam się na coś dla świętego spokoju albo żeby komuś nie robić przykrości. Nie umiem odmawiać - i ta cecha strasznie utrudnia mi życie. Nie raz władowałam się przez nią w coś tak absurdalnego, że... cóż, konsekwencje były ciężkie. (śmiech) Na szczęście, nie jestem pamiętliwa ani konfliktowa. To akurat uważam za swoją zaletę. W każdej pracy - gram w serialu i trzech teatrach - mam dobre relacje z ludźmi.

Po pracy też się pani z nimi spotyka? Żeby odreagować: pośmiać się, pogadać...

- Nie, to już nie te czasy... i nie to pokolenie. Moje korzystało z uroków życia. Jak mawiał mój nieżyjący już kolega z Teatru na Targówku, Miecio Friedel: "Kto z nas nie był młody? Prawie każdy!". Kończyliśmy spektakl i szliśmy w miasto na balangę, bawiliśmy się do rana. Dzisiaj wszyscy żyją w biegu... No ale odkąd odnowiłam stare znajomości, to nie narzekam na nudę.

Brzmi intrygująco...

- Żadnych sensacji nie będzie! (śmiech) Parę lat temu, po 28 latach od matury, spotkałam się ze swoją klasą z ogólniaka, zresztą też o numerze XXVIII. Było super! Odnowiliśmy - że tak się wyrażę - stosunki, wymieniliśmy wizytówki itd. Niedługo później spotkaliśmy się na zjeździe szkolnym, który zresztą współorganizowałam, i znów świetnie się bawiliśmy! Teraz co jakiś czas "zdzwaniamy się" w parę osób i umawiamy u kogoś z nas w domu. Kiedy dostajemy cynk, że przyjeżdża ktoś z zagranicy, też się całą grupą skrzykujemy i robimy imprezę. Jest wesoło.

O to chodzi! Może pani historia zainspiruje kogoś, by zadzwonił do starych znajomych?

- Zachęcam. Musi być jakiś "motor"! Zazwyczaj, niestety, jestem nim ja, ale sięgam po telefon, bo cóż... mamy coraz mniej czasu. Wciąż powtarzamy: "Musimy się zobaczyć" - i mijają lata. "Dziś ty nie możesz? Jutro ja. Trudno, przekładamy termin". No i w końcu spotykamy się na cmentarzu. (śmiech) Bo na wesela ludzie teraz rzadko chodzą - na pogrzeby jeszcze się jakoś mobilizują. A życie leci... Trzeba więc stanowczo ustalić: "Jutro, o tej godzinie i tutaj!". Bo jak chęci będą, czas się znajdzie. A jak człowiek powspomina, pośmieje się, od razu czuje się młodszy.

Wnuki też skutecznie odejmują babciom lat! A pani ma chyba fajny kontakt z Manią?

- Fajny, ale... całkiem normalny. Nie jestem babcią hołubiącą, jak trzeba Mani zwrócić uwagę, to zwracam. Zbytnio jej nie rozpieszczam, od tego ma drugą babcię. My żyjemy pod jednym dachem, dlatego musimy przestrzegać ustalonych reguł. Moja mama była Poznanianką, więc nie wychowywała mnie bezstresowo (śmiech), ciągle słyszałam że w domu "porzundek musi być". Tego samego wymagałam potem od mojej córki Bogusi, a teraz Mani. Nie odpuszczam!

Ale w nagrodę zabiera ją pani do teatru! Może Marianna pójdzie kiedyś w pani ślady?

- Już nam zapowiedziała, że nigdy nie zostanie aktorką. "Bo widzę, że babcia ciągle się uczy" - uzasadniła krótko. Ale rok temu zdarzyło się coś tak niesamowitego, że dało mi do myślenia...

Co takiego?

- Zacznę od tego, że będąc dzieckiem chodziłam do różnych teatrów lalkowych, ale dopiero w szkole podstawowej obejrzałam przedstawienie z udziałem aktorów. To był "Książę i żebrak" w Teatrze Studio. Wybrałam się na nie z klasą i - jak to często bywa z grupami - spóźniliśmy się. Nauczycielki próbowały nas pousadzać, co było trudne, bo na widowni było ciemno. A ja stałam bez ruchu i patrzyłam na scenę oświetloną niebiesko-granatowym światłem. Urzekło mnie. W tym momencie "wpadłam". A jakiś czas temu na tej scenie grałam, w "Annie Kareninie". Kiedyś wchodzę do garderoby, patrzę, a na stole leżą kwiaty. "Jakie piękne! Wstaw je do wody, żeby koleżance nie zwiędły" - proszę garderobianą. "Są dla ciebie!"- słyszę. - Dla mnie?!! - szukam bileciku, otwieram i... wywołują nas na scenę. Stoję w kulisach i myślę: "Kurczę, kto mi je podesłał?.."

Cichy wielbiciel?

- Chyba analfabeta, bo tam jakiś bohomaz był. (śmiech) I nagle mnie olśniło - przyszła córka z wnuczką, bo na premierze być nie mogły. To od nich. Po wszystkim pytam Mańkę: "No i jak ci się podobało?", a ona: "Babciu, jakie tam było piękne niebieskie światło!". Uwierzy pani? Powaliło ją to samo, co mnie! W tym samym teatrze, kilkadziesiąt lat później!

Może i ona wpadła z kretesem, wbrew swoim zapewnieniom? Pani też latami zarzekała się, że nie usiądzie za kierownicą. A jednak!

- Broniłam się, bo... nie znoszę prędkości. Zawsze wychodzę z domu dużo wcześniej, żeby nie biec na przystanek, na planie jestem pierwsza. No, ale okazało się, że w niektóre punkty Warszawy nie jestem w stanie dotrzeć autobusem. "Nie ma wyjścia: muszę zrobić prawo jazdy", pogodziłam się. Dzisiaj namawiam na egzamin córkę. A ona: "Biorę przykład z ciebie, mam czas", żartuje. Tłumaczę: "W końcu Mańka cię wyprzedzi!", a mała się odzywa: "O nie, w tym domu kierowcą jest babcia. I wystarczy!". (śmiech) Ale ja je przypilnuję! A sama wezmę się za komputer, bo zaczynam się czuć jak... dinozaur.(śmiech)

Dobry plan! A jakie ma pani marzenia?

- To, na czym najbardziej mi zależało, już mi się spełniło. Bardzo chciałam jeździć konno, no i robiłam to przez parę lat. Chciałam też zostać aktorką i pracować w tym zawodzie. Teraz nagle poczułam żal, że nie miałam więcej marzeń, bo może i one by się ziściły? A poważnie- wolę uniknąć rozczarowań. Najważniejsze, by był spokój i zdrowie. I żeby trafiały się fajne okazje.

Rozmawiała: Ewa Anna Baryłkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje