Reklama

Reklama

Mam już czas na miłość

Anna Jagodzińska wyruszyła w świat, kiedy była dzieckiem. Zachwyciła urodą samą Annę Wintour, naczelną amerykańskiego "Vogue´a". Dziś, kiedy jej kariera nabrała tempa, może wreszcie pomyśleć o sobie.

Miałam 15 lat, gdy opuściłam dom na zawsze.

Kiedy byłam dzieckiem, nie zastanawiałam się nad tym, co wydarzy się jutro, nie brałam za nic odpowiedzialności. Mieszkałam z rodzicami i starszym bratem w Sierpcu, niewielkim mieście na Mazowszu, oddalonym o godzinę drogi od Warszawy. Mama mówi, że wszędzie było mnie pełno. Nawet jak bawiłam się z koleżankami na podwórku, słyszała w mieszkaniu mój głos. Dzieciństwo kojarzy mi się z wakacjami, które spędzaliśmy na działce koło Sierpca. Niedaleko było jezioro, w którym pływałam całymi dniami. Gdy myślę o tamtych czasach, widzę rozgrzaną wodę, słyszę swój beztroski śmiech i czuję smak truskawek. Jadłam je dosłownie ze wszystkim: na śniadanie z chlebem, na obiad z kluskami, na deser z bitą śmietaną. Mój amerykański chłopak Duncan nie może zrozumieć, jak można jeść truskawki z pieczywem. A ja próbuję mu wytłumaczyć, że dla mnie to coś więcej niż taka dziwaczna kanapka.

Reklama

Lubiłam się stroić i przebierać w sukienki mamy.

Moją ulubioną zabawą było prowadzenie sklepu z ubraniami. Kupowałam wszystkie gazety o modzie, a kiedy pojawiła się Fashion TV, jak zahipnotyzowana oglądałam modelki na wybiegach. Moimi faworytkami były Eva Herzigova i Natalia Vodianova. Tę drugą poznałam potem na pokazie Balenciagi w Paryżu. Wychodziła pierwsza, ja tuż po niej. Rozmawiałyśmy jak to zwykle za kulisami: skąd jesteś, co myślisz o ciuchach... Natalia jest ciepła i sympatyczna, bardzo otwarta. Nie przypuszczałam, że świat, który kiedyś oglądałam w telewizji w Sierpcu i który wydawał mi się odległy o lata świetlne, stanie się częścią mojego życia.

W zawodzie modelki przeszkadza mi brak intymności.

Podczas przygotowań do pokazów "wisi" na tobie dwudziestu ludzi. Czeszą cię, malują, upinąją ubrania, trudno nawet wymknąć się do toalety. Kiedy się przebieramy, nikt nie wychodzi. W domu wstydziłam się rozebrać przy mamie, w pracy robię to przy tłumie obcych. Często brakuje mi przestrzeni, aż ciężko jest oddychać. Ludzie są zdumieni, kiedy opowiadam im, że czasem nie wiem, co noszę na wybiegu. Na pokazach rzadko widzę się od pasa w dół. Przecież za kulisami modelki nie przeglądają się w lustrach. Stroje nakładają na ciebie inni, a wszystko dzieje się tak prędko! Dopiero na zdjęciach mogę spokojnie ocenić, jak wyglądałam.

Nastolatki marzą o pracy modelki, ja nie byłam inna.

W pierwszej klasie gimnazjum ubłagałam mamę, żeby pojechała ze mną na casting do Warszawy. Tam spotkałam Maćka Lisowskiego, który do dziś jest moim agentem i prawdziwym przyjacielem. Od razu uznał, że nadaję się do tej pracy, a potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zaproponowano mi dwumiesięczny kontrakt w Japonii. Rodzice długo się zastanawiali, czy wyrazić zgodę, ale widząc moją determinację, szybko się poddali. Wymarzony wyjazd był szokiem. Wydawało mi się, że wylądowałam na obcej planecie. Nic tam nie przypominało nie tylko domu, ale nawet Europy. Byłam przerażona, samotna i kompletnie zdezorientowana. Raz zgubiłam się w Osace. Miałam dotrzeć do agencji modelek, ale nie potrafiłam znaleźć drogi ani o nią zapytać. Stałam więc i płakałam. W końcu podeszła jakaś Japonka. Pokazałam jej ten nieszczęsny adres na kartce, a ona za rękę zaprowadziła mnie do właściwych drzwi.

Uroda to połowa sukcesu, potem liczą się stalowe nerwy.

Gazety rozpisują się o kaprysach kilku top modelek i ich rozrywkowym życiu, dlatego niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że bez cierpliwości i pokory nawet najbardziej utalentowana dziewczyna daleko nie zajdzie. Cierpliwość przydaje się podczas czekania, bo czeka się wiecznie: podczas przymiarek, pokazów, na lotniskach. Na lotnisku można przynajmniej poczytać książkę, posłuchać iPoda. Słucham głównie muzyki, od Beyoncé i hip-hopu po B.B. Kinga, ale nagrałam sobie także teksty do medytacji, żeby się wyciszać. Podczas czekania w pracy włączać iPoda już nie wypada. Musisz być cały czas gotowa do działania i nie możesz sprawiać wrażenia, że się nudzisz. Pozytywne nastawienie to podstawa. Uśmiecham się nawet wtedy, kiedy w sezonie mam po pięć pokazów dziennie, w nocy dwie przymiarki, a następnego dnia czeka mnie pobudka o szóstej. Ważna jest umiejętność prowadzenia miłej rozmowy, żeby zyskać sympatię i opinię osoby łatwej we współpracy. Gdy miałam 16 lat, bardzo się bałam, że nie będę miała o czym rozmawiać z fotografami, projektantami i stylistami, którzy byli ode mnie dużo starsi i pewni siebie. W dodatku peszył mnie mój słaby angielski. Teraz nie mam z rozmową najmniejszych problemów. Wystarczy zadać pytanie o jakiś film, skomentować pogodę i jakoś się kręci.

Kiedy spotykam sławnych ludzi, staram się podpatrzeć, dlaczego osiągnęli sukces.

Uwielbiam pracować ze Stevenem Meiselem, legendarnym fotografem mody. Fascynuje mnie jego wyobraźnia i to, jak potrafi swoje wizje urzeczywistnić na zdjęciu. Poza tym daje mi komfort: jest delikatny, nigdy nie podnosi głosu. To po prostu znakomicie wychowany człowiek, przy tym wielki artysta. Z tych samych powodów moim ulubionym projektantem jest Nicolas Ghesqui`ere od Balenciagi. Miły i skromny, choć tworzy wspaniałe kreacje. Ma dar zjednywania sobie ludzi, emanuje pozytywną energią. Z Anną Wintour, która dwukrotnie wybierała mnie do sesji w amerykańskim "Vogue´u", widziałam się przelotnie w jej redakcji. Te spotkania trwały kilka minut, bo naczelna nie ma zbyt wiele czasu. Oglądała moją książkę ze zdjęciami, zapytała, skąd pochodzę. W stosunku współpracowników do niej wyczuwa się ogromny szacunek. Wintour potrafi przekonać innych, że wie lepiej, ma ogromny autorytet. Po kilku latach obserwacji tego środowiska myślę, że ekstrawagancje, o których ludzie lubią plotkować, to jedynie część prawdy. 80 proc. sukcesu tkwi w katorżniczej pracy, którą trzeba wykonać, żeby dorobić się mocnej pozycji.

Kocham Duncana.

Mój chłopak urodził się w Kalifornii. W Nowym Jorku pracował w branży muzycznej, teraz studiuje biznes i nauki polityczne. Kiedy po raz pierwszy poprosił mnie o spotkanie, nieco się martwiłam, bo chociaż opanowałam angielski w pracy, to bardziej intymna rozmowa, w której chciałam dobrze wypaść, troszkę mnie stresowała. Ale od pierwszej chwili poczułam się przy nim bezpiecznie, a usta nam się nie zamykały. Pomyślałam: "Boże, jaki on fajny i normalny!". Ujął mnie tym, że nie zadawał idiotycznych pytań: ile zarabiam i czy suknie z pokazów mogę zabierać do domu. Nie jest snobem, mój zawód interesuje go tylko ze względu na mnie. Ma radosne podejście do życia. Gdy wracam wykończona do domu, mówi: "Nie narzekaj, teraz jesteś ze mną, możesz odpocząć". Do Polski przyjechał raz, w zeszłe Boże Narodzenie. Niestety, brakowało śniegu, a poza tym przeraził go szczupak bez oczu, którego mama podała podczas Wigilii. Chciałabym, żeby wrócił tu, kiedy będzie piękna pogoda.

Przejmuję się tym, co ludzie o mnie powiedzą.

Biorę sobie do serca każdą niekorzystną opinię, choć dzisiaj znam swoją wartość i czuję się pewniej niż na początku kariery. Bolą mnie plotki i złośliwe komentarze, jakie czasem zdarza mi się usłyszeć. To denerwujące, kiedy wchodzi się do pokoju pełnego ludzi, a oni oglądają cię jak pod lupą. Błyskawicznie się wtedy spinam, tracę swobodę. Wiem, powinnam nabrać dystansu. Nauczyłam się za to omijać szerokim łukiem osoby, które chcą się do mnie zbliżyć tylko dlatego, że imponuje im świat luksusu kojarzący się z modą. Jestem wyczulona na pochlebców przytakujących po każdym zdaniu, zachwyconych moją urodą. Rozpoznaję kłamstewka i próby manipulacji. Wiem, że takim osobom nie wolno ufać, bo dbają tylko o własne dobro.

Nowy Jork jest moim domem, nie wyobrażam sobie innego.

Mieszkam tu pięć lat i mam nadzieję, że zostanę na zawsze. Kiedy przylatuję z podróży i wsiadam do żółtej taksówki, ogarnia mnie pewność, że jestem częścią tego miasta. Choć początki były trudne: gubiłam się w metrze, odległości mnie przytłaczały. Dziś wynajmuję mieszkanie na czwartym piętrze kamienicy w Upper West Side na Manhattanie. Odkładam pieniądze, żeby kupić coś na własność, najchętniej w okolicy. Tuż obok mam ulubioną herbaciarnię Alice-T Club. Jest tam zawsze pełno dzieci, dlatego atmosfera jest rodzinna. Uwielbiam Nowy Jork zimą, bo wtedy jest najpiękniejszy. Niedawno poszliśmy z Duncanem do Central Parku. W ciemnościach prószył śnieg, świeciły latarnie, wokół nie było żywej duszy. Poczułam się jak w baśni. Trochę się martwię, że nie wykorzystuję wszystkich możliwości, które tutaj mam. Mogłabym uczyć się ceramiki, gry na fortepianie, fotografii. Oglądam za to namiętnie filmy. Ale nie wybieram hollywoodzkich hitów, wolę przeglądy kina niezależnego. Myślę, że cudownie byłoby zagrać w takich produkcjach...

Jeszcze nie robię planów na przyszłość.

Wcześnie zaczęłam karierę modelki i mam nadzieję, że utrzymam się w branży przez kilka następnych lat. Co potem? Zobaczymy. Ostatnio myślę o otwarciu restauracji z żywnością organiczną albo raw food (surowe jedzenie). W Stanach takich miejsc jest mnóstwo, ale w Polsce nikt się tym jeszcze nie zainteresował. Może wypełnię niszę na rynku?

Anna Jagodzińska urodziła się w 1987 roku. To jedna z najlepszych polskich modelek, związana z agencją New Age Models. W tym sezonie otwierała m.in. nowojorski pokaz Donny Karan i Tommy´ego Hilfigera. Twarz kampanii Calvin Klein Jeans, GF Ferre i Alberty Ferretti. Ostatnio pojawiła się również na okładce włoskiego "Vogue´a" i japońskiego magazynu "Numero". Mieszka i pracuje w Nowym Jorku.

Maria Barszcz

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: vogue | świat | modelki | miłość | Anna Jagodzińska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje