Reklama

Reklama

Marzę o pomyślnych wiatrach

Młoda mama, zdolna i ambitna aktorka. Popularność zdobyła w serialu Klan. Czytelniczkom Interia.pl opowiada o premierze najnowszego spektaklu, macierzyństwie i miłości.

Spotykamy się w gorącym dla pani okresie - premiera spektaklu pt. Lekcja szaleństwa, w której gra Pani obok Joanny Żółkowskiej i Wojciecha Leśniaka. O czym jest ta sztuka?
Paulina Holtz: - Lekcja szaleństwa składa się z dwóch jednoaktówek Eugene Ionesco: z Lekcji szaleństwa, w której gram z mamą i Wojtkiem Leśniakiem oraz z Szaleństwa we dwoje, w której możemy podziwiać Joasię i Wojtka.

- Ta druga część to historia kochanków po dwudziestu latach. Nie mogą już ze sobą wytrzymać ale i bez siebie żyć. Myślę, że ich (prowadzony od 20 lat ) spór jest w stanie rozśmieszyć każdego. Natomiast Lekcja szaleństwa jest obsadzona przez reżysera Waldka Śmigasiewicza dość przewrotnie. Ja gram starego Profesora, moja mama młodą Uczennicę a Wojtek- Służącą. Zabieg ten może wydawać się dziwny i absurdalny, nawet jak na Ioneskę, ale okazało się, że zarówno ten autor (w końcu twórca teatru absurdu), jak i nasz zabieg spowodowały, że Lekcja szaleństwa nie tylko nie straciła na aktualności ale i stała się bardziej zrozumiała, niemal nie absurdalna!

Reklama

Jak się pani pracuje z tak doborową obsadą, zwłaszcza z własną mamą?

- Z mamą pracuje mi się świetnie. Staramy się zachowywać profesjonalnie. Mamy podobną wrażliwość, poczucie humoru i system pracy. Czasem tylko wściekam się, kiedy moja mama zamiast zajmować się tym, co na scenie - martwi się, że spadnę z krzesła, na które wskoczyłam. (śmiech)

Wróćmy na chwilę do początków. Kiedy zdecydowała pani o tym, by swoje życie poświęcić aktorstwu?
- Właściwie to życie zdecydowało za mnie. Oczywiście sama się do tego przyłożyłam, ale prawda jest taka, że długo robiłam wszystko, żeby od tego zawodu uciec. Nie udało się. Zaczęło się od tego, że zupełnie znienacka otrzymałam rolę w Klanie. Oczywiście teraz mogę gdybać, co by było gdybym najpierw skończyła Akademię Teatralną, a dopiero potem decydowała się przyjmować role, ale prawda jest taka, że gdybym nie zaczęła grać w serialu - nigdy nie zdecydowałabym się na Akademię i prawdopodobnie robiłabym teraz coś zupełnie innego.

Miała pani swoje aktorskie autorytety, kogoś, na kim się wzorowała?
- Niestety byłam w tej trudnej sytuacji, że wychowałam się w tzw. aktorskim domu. Oznaczało to, że ci, którzy dla wielu byli autorytetami, wybitnymi aktorami, dla mnie byli znajomymi rodziców. Postrzegałam ich jako zwykłych ludzi. Poza tym bycie aktorką nie było moim marzeniem więc nie przyglądałam się ludziom wokół pod kontem szukania wytycznych do uprawiania tego zawodu.

Zawód aktora bywa kapryśny. Zdarza się pani zrażać chwilowymi niepowodzeniami, czy raczej jest pani optymistką, idzie twardo do przodu, wierząc w możliwość osiągnięcia wyznaczonych celów?
- Staram się wykonywać wszystko, co robię najlepiej jak potrafię. Raczej nie snuję dalekosiężnych planów tylko działam tu i teraz. Nie nudzę się nigdy, zawsze znajdę sobie coś do roboty. Lubię być w ruchu, działać i optymistycznie patrzeć w przyszłość.

Jakie jest pani podejście do życia rodzinnego, roli kobiety w domu?
- Moja mama wychowała mnie na kobietę, która nie szuka potwierdzenia własnej wartości w oczach mężczyzny więc w moim domu panuje cudowne równouprawnienie. Podział obowiązków jest właściwie zależny wyłącznie od tego, kto ma czas. Na szczęście dla mojego ukochanego również jest to naturalne. Właściwie nie zdarza nam się spierać o przysłowiowe "wyrzucenie śmieci". Oczywiście trzeba nauczyć się siebie nawzajem i pogodzić z tym, że np. partnerowi nie przeszkadzają porozrzucane wszędzie rzeczy ( ja obsesyjnie wszystko upycham po szufladach - co też może być irytujące).

Jak zmienia aktorkę macierzyństwo?
- Myślę, że ustanawia się nowa hierarchia wartości. Na jej szczycie staje rodzina a nie kariera. Poza tym bardzo często kobiety stają się silniejsze, spokojniejsze i czasami, przez to właśnie, są ciekawszymi aktorkami. I nawet pięknieją. (śmiech).

Kobiecie bardzo często trudno jest ocenić, czy właściwą jest decyzja o macierzyństwie, czy o poświęceniu macierzyństwa dla kariery zawodowej. Pani ciężko było podjąć tę decyzję?
-Nie. Zawsze byłam przekonana, że kiedy przyjdzie właściwy moment na dzieci to nic innego nie będzie równie ważne. I tak też było. Nigdy też nie miałam potrzeby robienia wielkiej kariery. Wydaje mi się, że w tym zawodzie od krótkotrwałej, oszałamiającej kariery ważniejsze jest to, by grać ciekawe role, pracować w teatrze, i nie zakończyć pracy w wieku 35 lat.

Co do pani życia wniosły Marcysia i Antonina?
- Radość. Beztroskę. Ale też strach o ich zdrowie. No i lekki chaos. Musiałam się nauczyć elastyczności, zmieniania planów w sekundę, dostosowywania się do niespodziewanych okoliczności.

Co chciałaby pani przekazać swoim córkom, czego nauczyć, przed czym uchronić?
- Chciałabym, aby były mądrymi i świadomymi swojej wartości kobietami z pasją. Wiem już, że Marcyśkę będę musiała nauczyć panowania nad emocjami, a w Tosi chronić wrażliwość i uczyć ją wytrwałości.

Wierzy pani w to, że miłość może przenosić góry?
- Chyba tak. Ale wcale nie wiem, czy to dobrze. Myślę, że zdarzają się sytuacje, w których z tego "przenoszenia" wynika więcej złego niż dobrego. Ale oczywiście uważam, że miłość jest piękna i bardzo ważna!

Smaki miłości?
- Miłość to dla mnie raczej muzyka niż smaki...

Czy ma pani jakieś szczególne wspomnienia ze swojego życia, które wywarły na pani psychice lub duszy piętno nie do zatarcia?
- Każde dramatyczne, ważne, wyjątkowe, jedyne, pierwsze przeżycie zostawia ślady w naszej psychice i duszy. Jako aktorka powinnam kolekcjonować te doświadczenia. Jako człowiek staram się szybko odzyskiwać równowagę i nie rozczulać się nad sobą.

O czym więc pani marzy?
- O pomyślnych wiatrach...

Rozmawiała: Ilona Adamska

IDmedia
Dowiedz się więcej na temat: "Klan" | miłość | aktorka | lekcja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy