Matka boska mnie kocha

Nawrócił się wiele lat temu, ale ciągle upadał. Prawdziwą przemianę przeżył w sanktuarium w Medjugorie.

- Show-biznes ma wiele pokus, a ja skorzystałem z nich wszystkich. To bardzo niebezpieczna robota, szczególnie dla facetów - mawia w wywiadach lider zespołu T.Love. Muniek Staszczyk (51) nie ukrywa, że długo prowadził grzeszne życie rockmana. Miał liczne kochanki, zdradzał żonę, nie unikał alkoholu, narkotyków, a imprezy przedkładał nad rodzinę. Choć czuł się wypalony wewnętrznie, nie potrafił przestać. Wtedy poznał księdza, który podarował mu książkę o Bogu.

Reklama

Dorastał w rodzinie robotniczej, bardzo religijnej. Do sanktuarium na Jasnej Górze małego Zygmunta prowadziła babcia. - Byłem jak wielu chłopców wychowany w wierze, choć to kompletnie olewałem - mówi.

Zespół T.Love założył jako 18-latek w stanie wojennym. Ówczesne władze nie patrzyły na grupę buntowników przychylnie. Jednak ludziom podobały się ich teksty, a sepleniący wokalista wzbudzał duże zainteresowanie. - Strajki, Solidarność, czuliśmy się dziećmi rewolucji - wspomina Muniek.

Drzwi do kariery stały przed muzykami otworem. W 1985 roku poznał obecną żonę Martę. - Kiedy ją podrywałem, nie byłem jakimś tam znanym Muńkiem Staszczykiem. Dziś nie powiem, żebyśmy jako nastolatki mieli jazdę na siebie, ale jest dla mnie ważną kobietą i ciągle mi się podoba - przyznał niedawno.

Ślub kościelny wzięli w 1990 roku. Wkrótce na świat przyszła dwójka dzieci: Janek (24) i Marysia (21). Wychowywały się w domu, w którym tata był tylko gościem. Kariera T.Love kwitła. Muniek był ciągle w rozjazdach, dużo koncertował, a jak koncerty, to imprezy, alkohol i kobiety. - Byłem bardzo niewierny. Miałem wiele romansów - przyznaje otwarcie. I nie chodzi tylko o liczne kochanki, ale także miłości. - W moim życiu byłem przynajmniej pięć razy mocno zakochany, w tych pięciu razach jest oczywiście moja żona - wylicza.

To, że małżeństwo Staszczyków przetrwało wszystkie burze, uzależnienie muzyka od alkoholu, depresję, jest zasługą cierpliwości i wyrozumiałości Marty. - Myślę, że miałem szczęście, bo trafiłem na mądrą kobietę - przyznaje Muniek. Jego partnerka to nie jedyna rozsądna osoba, jaką spotkał na swojej drodze.

Muniek Staszczyk: Nic mnie nie wkurza

Dane mu było trafić także na wyjątkowego księdza. Pierwsze nawrócenie Muniek przeżył w 1998 roku. Pewnego dnia zadzwonił do niego dominikanin Wojtek Jędrzejewski z zaproszeniem na spotkanie z młodzieżą w kościele. Wtedy otrzymał od duchownego jego książkę "Msza święta". Wokalista przeczytał ją, a potem poprosił o kolejną i kolejną. Pod ich wpływem po raz pierwszy po 10 latach poszedł do kościoła.

- Wojtek walnął takie kazanie, które bardzo mocno do mnie dotarło. W lutym '99 roku powiedziałem mu, że chcę się wyspowiadać - wspomina. Do sakramentu przystąpił po 15 latach przerwy. - To była fascynacja jak pierwszą, nową miłością - wyznał. Kiedy w 1999 roku do Polski przyjechał papież, słuchał go całym sercem, przeżywał każde słowo.

Jednak dojrzała miłość do Boga przyszła później. Muzyk na swojej drodze nawrócenia kilka razy upadał i wstawał. Karnawał wciąż walczył u niego z postem. Trudno było pozbyć się nałogów, alkohol nie dawał za wygraną. Pojawiła się depresja. W pewnym momencie chciał nawet porzucić muzykę. - Miałem już dość rock'n'rolla i chciałem skończyć z graniem - przyznaje.

Jednak najgorsze były myśli samobójcze, które miał jeszcze pięć lat temu. - Było mi z moim życiem źle. Męczyłem się, miałem przekonanie, że jestem do niczego i najlepiej z tym wszystkim skończyć. Czułem działanie złych mocy. Nie radziłem sobie z tym - wyznaje. Uratowała go pielgrzymka do słynnego sanktuarium maryjnego w Bośni.

- W Medjugorie poczułem, że Matka Boska mnie kocha, od tamtej pory modlę się różańcem - mówi Muniek. Muzyk zrozumiał siłę tej modlitwy i poczuł, że Maryja jest także jego matką. Bez wstydu opowiada, jak z żoną płakali w sanktuarium podczas mszy. To był dla niego przełom. - Wciąż daleko mi do ascety, ale jedno wiem: niewybaczenie, zawiść, zazdrość, brak miłosierdzia i trzymanie tych wszystkich złych emocji w sobie, to nas niszczy. Dawniej byłem kłębkiem nerwów, a teraz jest we mnie spokój - wyznaje.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje