Michał Żebrowski: Gwiazda i gazda

Złoty chłopiec dojrzał. Wie, czego chce, i osiąga cele - żona spoza branży, wymarzony górski dom, własny, komercyjny teatr i upragnione postacie czarnych charakterów. Właśnie zagrał złego zbójnika w nowym filmie o Janosiku. Czuł się świetnie, bo z wyboru jest góralem. A górale, wiadomo, uparci. Jak on. Michał Żebrowski w nowych rolach.

Twój STYL: Ostatnio cała Polska widziała Pana przebranego za górala w kapeluszu z muszelkami. Wziął Pan ślub w górach, ma Pan dom w górach, ostatnia rola - rozbójnik z gór. Ma Pan tam jakichś przodków? O co chodzi?
Michał Żebrowski: Warszawiakiem jestem z urodzenia, ale Podhale to drugi dom. Z wyboru. Gdy miałem trzy lata, rodzice zawieźli mnie na wakacje do wioski niedaleko Bukowiny. Tam zaprzyjaźniłem się z góralami. Pamiętam, że inne dzieci uciekały nad rzekę Białkę, migały się od pracy w polu, a ja uwielbiałem gospodarskie zajęcia.

Reklama

Dla "miastowego" dziecka to musiał być ciekawy, nieznany świat.
Byłem nim zafascynowany. Płaczem wymuszałem, żeby górale zabierali mnie do pracy. Na hale i do obejścia. Interesowało mnie wszystko - koszenie łąk, oporządzanie krów i koni. Jako brzdąc wiedziałem, co to pawąz czy ostrewka...

Ja, ceper z Mazowsza, nie mam pojęcia, o czym Pan mówi.
Pawąz to drąg do przyciskania siana, aby nie spadło podczas zwózki z pola, ostrewka to stojak ułatwiający układanie i suszenie siana na polu.

Zazwyczaj szybko wyrasta się z dziecięcych fascynacji.
Przylgnąłem do tej kultury i ludzi. Jeździłem w góry przez wiele lat. Jako nastolatek patrzyłem na bajeczne krajobrazy i myślałem, że kiedyś dobrze by było postawić tu dom. Potem miałem przerwę. Studiowałem, robiłem tzw. karierę, nie miałem czasu na wyjazdy. Po latach tak się życie ułożyło, że w jednym z najpiękniejszych zakątków Podhala zbudowałem dom. A jak go stawiałem, ludzie się pukali w głowę: wszyscy stamtąd wyjeżdżają, a pan jedzie? Odpowiadałem: no właśnie o to mi chodzi...

Pana dom jest bardzo... góralski.
Trafiłem na świetnego architekta. To było zrządzenie losu, a może jeszcze coś więcej. Projekt był bardzo przemyślany, spędziliśmy nad nim wiele godzin. Fantastycznie wpisuje się w krajobraz. Dokładnie o taki efekt mi chodziło.

Podobno Pański udział w budowie nie kończył się na projekcie?
Lubię pracę fizyczną. Przyjeżdżałem spięty i zmęczony, przebierałem się w robocze ciuchy i pracowałem na budowie. Czułem, jak mi się kręgosłup prostuje, rozluźniają kark i barki. Tajałem, spadał stres. Działo się tak regularnie, więc wkrótce powrót do miasta kojarzył się z niemiłym obowiązkiem, a praca z góralami na budowie była odpoczynkiem.

Planował Pan, że w tym domu odbędzie się Pana ślub?
Wiedziałem, że tak będzie. To też jest część planu. Kiedy miałem 12 lat, zobaczyłem, jak sąsiadka wychodziła za mąż. Górale w odświętnych strojach wyszli z lasu, grając na instrumentach. Spojrzałem na orszak weselny i pomyślałem, że ja też tutaj będę miał własny ślub. Czekałem na to wydarzenie dwadzieścia pięć lat, ale warto było.

Jak w filmie - happy end.
To nie sprawa szczęścia, lecz stara prawda, którą głoszą zarówno Japończycy, jak i górale: konsekwencja, konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja.

Dowiedz się więcej na temat: ślub | górale | żebrowski | Michał Żebrowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje