Reklama

Reklama

Mieczysława Ćwiklińska: Sprzedała kosztowności, by ratować byłego męża

Trzykrotnie wychodziła za mąż. W miłości nie miała szczęścia, ale gdy było to konieczne, potrafiła wznieść się ponad osobiste urazy. W potrzebie można było na nią liczyć.

Rodzice Mieczysławy, objazdowi aktorzy, nie przewidzieli,  że ich córka zrobi wielką karierę. Ojciec, Marceli Trapszo, uważał, że teatr nie zapewni córce godziwej przyszłości. Był z żoną ciągle w drodze, występowali na prowincjonalnych scenach za marne pieniądze. Ucieszył się więc, gdy o rękę siedemnastolatki poprosił 29-letni pisarz i dziennikarz, Zygmunt Bartkiewicz. Związek rozpadł się jednak po dwóch latach z powodu jego chorobliwej zazdrości, ataków furii oraz pijaństwa.

Postanowiła pokierować życiem sama

Zamiast pracować w salonie z sukniami, czego chciał dla niej ojciec, zaczęła grać w teatrze pod nazwiskiem panieńskim babki Ćwiklińskiej. Ponoć Bartkiewicz próbował po rozstaniu popełnić samobójstwo, ale Mieci tym nie wzruszył. - To było wówczas modne - skomentowała po latach tę desperacką próbę.

Reklama

W warszawskim Teatrze Nowości szybko pokonywała szczeble kariery. Zaczęła od najniższego uposażenia (nieco ponad 200 rubli rocznie), by po kilku latach, jeszcze za panowania cara Mikołaja II, osiągnąć pozycję gwiazdy i dziesięciokrotnie wyższą gażę.

Postanowiła spróbować sił na scenie muzycznej (po matce odziedziczyła piękny mezzosopran). Podjęła studia wokalne w Paryżu. Po powrocie debiutowała w 1909 r. w operetce "Krysia leśniczanka". Recenzje miała doskonałe. To był jej ostatni prezent dla chorej matki, która zmarła wkrótce potem. Kariera Mieczysławy rozwijała się. Jako Amiette von Cwiklinska śpiewała nawet w Dreźnie i Berlinie.

W tym czasie poznała przystojnego przemysłowca, Henryka Madera, i zakochała się w nim do szaleństwa. Nazywała go miłością swojego życia. Ślub wzięli dopiero w 1919 r. Niestety, i w tym związku nie znalazła szczęścia, bo Henryk uganiał się za innymi kobietami. Kiedy zdradził ją z rzeźbiarką, która miała wykonać popiersie aktorki, kazała mu się wyprowadzić.

Szukała nowej miłości

Po raz trzeci wyszła za mąż na początku lat 30. za księgarza Mariana Steinsberga. Z nim miała inny problem niż z poprzednimi mężami: szastał na prawo i lewo pieniędzmi, które zarabiała za role teatralne, a od 1933 r. filmowe.

Na kinowych ekranach zadebiutowała w wieku 54 lat. Rolę w komedii "Jego ekscelencja subiekt" przyjęła z oporami. Sądziła, że kamera będzie bezlitosna dla aktorek po 25. roku życia. Bała się, że jej sposób gry zostanie uznany za staromodny. Miała wątpliwości, czy ryzykować sympatię widzów, oklaskujących ją w teatrach od 33 lat. Rolę nagrodzono owacją na stojąco. Okazało się, że kamera ją kocha, a widzowie podzielają to uczucie. Obsadzenie aktorki w filmie gwarantowało sukces kasowy. "Na Ćwikłę" chodziło się do kina tak jak "na Jadzię" Smosarską. 

Ćwiklińska kupiła w Warszawie apartament z widokiem na Park Ujazdowski. Dziennikarze podziwiali u niej mahoniowe meble, orientalne dywany i kolekcję cennych wazonów. Salon był wciąż pełen gości, których przyjmował Steinsberg. Mąż czuł się królem życia, lecz ona sama nie miała czasu, by się tym wszystkim cieszyć. "Rano gnała na próbę, z próby na przymiarkę - notowała jedna z dziennikarek. - Z przymiarki do kosmetyczki, od kosmetyczki do atelier, z atelier do radia (bo i Polskie Radio korzystało z usług tak świetnej aktorki), na spektakl, po spektaklu na plan. Ćwiklińska kręciła film czasem do białego rana".

Latem 1939 roku znów była rozwódką

Wojna przerwała teatralną i zakończyła filmową karierę gwiazdy. Mieczysława nie chciała grać w teatrzykach, na których istnienie pozwolili okupanci. W Cafe Bodo sprzedawała papierosy, potem razem z koleżankami: Elżbietą Barszczewską i Janiną Romanówną oraz kilkudziesięcioma innymi udziałowcami założyła kawiarnię U Aktorek i pełniła tam rolę szefowej sali. Mimo rozwodu wsparła byłego męża, Żyda z pochodzenia, poszukiwanego przez  gestapo. Wzywana na przesłuchania, kryła go. Aby mu pomóc, po początkowych wahaniach, sprzedała całą kolekcję cennej orientalnej porcelany i resztę biżuterii  (z części kosztowności i futer została obrabowana w czasie pierwszej okupacyjnej zimy). Zdobyte pieniądze przeznaczyła na przerzut byłego małżonka do Szwajcarii.

Akcja się jednak nie udała

Marian Steinsberg w dramatycznych okolicznościach został zatrzymany na granicy i aresztowany. Przewieziono go do getta, gdzie zginął w 1943 r. Mieczysława Ćwiklińska była wstrząśnięta, bardzo przeżyła jego śmierć. Ale nie załamała się, czekała na klęskę hitlerowców i nowe życie, gdy nastanie pokój.

Z filmem pożegnała się po wojnie rolą w "Ulicy Granicznej". Potem nie dostawała propozycji, ponieważ zbyt kojarzyła się z kinem przedwojennym, jak mówiono, "sanacyjnym". Został jej więc teatr. Mówiła, że musi grać, bo to jest jej życie, a kiedy zejdzie ze sceny, to umrze...

Od 1964 r. niemal stale podróżowała po Polsce ze spektaklem "Drzewa umierają stojąc". Historia zatoczyła koło: Mieczysława znów stała się aktorką wędrowną, jak jej dziadek i rodzice. Mówiono, że wiekowa artystka chce zamknąć karierę mocnym akordem, umierając na scenie.

Po raz ostatni pojawiła się w teatrze 1 czerwca 1972 r. Odeszła 8 tygodni później, w wieku 93 lat. Jej pogrzeb zgromadził tłumy. Wstrzymano ruch na zatłoczonym Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, przed kościołem św. Krzyża, gdzie odprawiano mszę żałobną. Ludzie mieli świadomość, że żegnają współtwórczynię kilku epok polskiej kultury.

W życiu prywatnym nigdy nie było jej łatwo

Wielu przyjaciół zginęło lub wyemigrowało. Każde z trzech małżeństw dostarczyło jej wielu rozczarowań, ale Mieczysława zachowała też pamięć o tym, co było w nich dobrego. Na pogrzebie drugiego byłego męża, Henryka w 1937 r. rzewnie płakała. Podczas okupacji doceniono jej gest pomocy trzeciemu mężowi, Marianowi. Zawsze zachowywała godność i klasę.

Jedna z naszych najlepszych aktorek w historii

Mieczysława Ćwiklińska w 1955 r. za swój wspaniały dorobek aktorski otrzymała Państwową Nagrodę Pierwszego Stopnia. Wyspecjalizowała się zwłaszcza w rolach komediowych. Krytycy zachwycali się, że jest na scenie śmieszna, ale nigdy schematyczna. Dostrzegali u artystki wyjątkowe wyczucie doskonale dawkowanego humoru.

Tekst pochodzi z magazynu

Tina
Dowiedz się więcej na temat: Mieczysława Ćwiklińska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy