Reklama

Reklama

O zmianie

Usiądź i pogadaj z własną głową; zastanów się, dlaczego czasami jesteś jak ninja, a w innych przypadkach tchórzysz jak struś - rozmowa z Magdaleną Nurkiewicz-Jarońską, autorką książki "Pogadaj z głową".

Marek Łuszczyna: Boimy się zmian?
Magdalena Nurkiewicz: Bardzo. A dodatkowo jesteśmy leniwi. Ciężko nam zdecydować się na zmienienie czegoś w naszym życiu, bo zazwyczaj powstrzymuje nas strach przed nieznanym oraz wygodnictwo. Jeżeli ktoś przyzwyczai się do określonego miejsca pracy, to może mu nawet być tam źle, ale jest w stanie zaakceptować ten dyskomfort ze względu na posiadaną wiedzę o otoczeniu. Zawsze jesteśmy gotowi znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla decyzji o zachowaniu status quo.

Chyba że to otoczenie staje się dla nas nieznośnie - np. podlegamy mobbingowi w pracy.
Wielu z nas jest w stanie znieść bardzo dużo i przełknąć wiele upokorzeń, zanim zdecyduje się na zmianę pracy. Niektórzy podejmują taką decyzję, kiedy codzienna, poranna myśl o pójściu do znienawidzonego miejsca zatrudnienia staje się bolesną torturą. Albo wcale. Przeczytałam ostatnio wyznanie młodego chłopaka, który powiedział: wywalili mnie z pracy, znalazłem coś innego i jestem szczęśliwy. Bo tamta robota nie dawała mi satysfakcji, pieniędzy ani szansy rozwoju. Ale sam by się nie odważył jej zmienić.

Reklama

Bo jest "Bojkiem".
Jak wielu z nas. Jesteśmy "Bojkami" albo "Zastałkami". Rzadko którzy to "Pędziwiatry" albo "Nosy". To postaci z książki Spencera Johnsona "Kto ukradł mój ser?". W tej alegorycznej, nieco bajecznej opowieści, która stała się międzynarodowym bestsellerem, autor trafił w samo sedno naszej natury, dotyczącej mechanizmu podejmowania życiowych zmian. Książka ta stała się też inspiracją dla mnie podczas pracy nad "Pogadaj z głową".

Z własną głową?
Jak najbardziej. Usiądź, pogadaj z własną głową i odpowiedz sobie na pytanie, do którego bohatera z książki Spencera Johnsona jest ci najbliżej.

To dziwne, że większość ludzkości to "Bojki" albo "Zastałki", bo idea rozwoju opiera się na zmianie motywowanej ciekawością albo odwagą.
Albo wymuszanej przez określone sytuacje ekonomiczne. Proszę spojrzeć na okresy wielkich migracji związanych z poszukiwaniem chleba, choćby podróże do USA w XIX i XX wieku. Wielu "Zastałków"

było zmuszonych do podróży. Wyjechało pięć milionów ludzi, nie sądzę, żeby było wśród nich wielu odważnych, nietuzinkowych "Nosów" i "Pędziwiatrów".

Bo ich jest bardzo mało?
Malutko, zwłaszcza takich, którzy potrafią w pełni świadomie podejmować właściwe decyzje we właściwych momentach. Ciężko nam się zmusić do wysiłku emocjonalnego, stanąć twarzą w twarz z nieznanym miejscem i obcymi ludźmi. Jak już sobie - powołując się znów na Johnsona - znajdziemy ten magazyn z serem, to trudno nas z niego ruszyć.

Spośród bohaterów mojej książki, typowym "Nosem" jest Leszek Balcerowicz, który mówi, że dzięki szerokim zainteresowaniom, daleko wykraczającym poza ekonomię, potrafił z wyprzedzeniem wyczuwać czas na zmianę, którą warto podjąć. Intuicja, wiedza oraz intelekt to cechy typowego "Nosa".

Ale można być i "Pędziwiatrem", czyli podejmować decyzje o zmianach zbyt często i pochopnie. Nie przywiązywać się, wciąż szukać.
Ale zazwyczaj zawsze istnieje inna dziedzina naszego życia, w której mamy problemy z podejmowaniem decyzji o zmianie. Niektórzy często zmieniają życiowych partnerów, a jednego miejsca zamieszkania trzymają się przez całe życie, bo nie wyobrażają sobie życia w innym miejscu. Ja przepracowałam 20 lat w jednej firmie, ale przeprowadzałam się 11 razy i nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu.

Pracowała Pani w radiowej Trójce.
Z której ostatecznie zostałam zwolniona, ale jestem o tym w stanie mówić bez żalu, ze spokojem. Miałam podobne odczucia, jak ten chłopak, który poczuł poprawę po zmianie pracy, do której sam by się nie zmusił. Przez wiele lat kochałam pracę w radiu, dawała mi ona niezależność opinii i poczucie współtworzenia rozgłośni. Ale to się skończyło, a ja, mimo narastającego dyskomfortu, trwałam. Bałam się zmiany.

A potem książka Spencera Johnsona otworzyła Pani oczy na "Bojka", który w Pani mieszkał.
Nie od razu. Powoli dochodziłam do tego, żeby umiejętnie wykorzystywać

szanse i podejmować odważne, ale i rozważne decyzje o poszukiwaniu nowego magazynu z serem, który jest u Spencera Johnsona alegorią życiowej satysfakcji i poczucia spełnienia.

Ale jeśli w moim życiu - dajmy na to - zawodowym wszystko od lat układa się jak należy, jest spokojnie, dostatnio, może nieco nudno i mieszczańsko, ale ogólnie satysfakcjonująco, to po co mam niuchać za zmianą?
Z ciekawości. Tak jak Norman Davies, który na kartach mojej książki mówi, że wracał w latach 70. z Rosji, miał postój na Dworcu Gdańskim. Pomyślał: ciekawy kraj, chyba zostanę. I został.

9 "Bojków" na 10 zarzuciłoby nieroztropność, ba, krańcową nieodpowiedzialność.
Naturalnie Davies mógł sobie na to w tej określonej sytuacji pozwolić. Nie chodzi o to, żeby rzucić pracę, rodzinę i zacząć grać w kapeli hip-hopowej. Opowiem panu coś z własnego doświadczenia. Współtworząc w Trójce magazyn motoryzacyjny, współpracowałam w połowie lat 90. z firmami zarządzanymi w sposób zachodni. Przyglądałam się ich strukturom i zainteresowałam się działalnością PR. Zaowocowało to moim udziałem w tworzeniu pionierskich studiów podyplomowych PR przy Wyższej Szkole Bankowości, Finansów i Zarządzania w Warszawie. Potem przez trzy lata kierowałam agencją PR. Zajęłam się tym z ciekawości i odwagi. To nieocenione motory życiowych zmian.

Essence
Dowiedz się więcej na temat: książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy