Reklama

Reklama

Paszport do pisania

Moim paszportem do pisania jest to, że komuś się to przyda - mówi pisarka Roma Ligocka, której zbiór felietonów "Czułość i obojętność" będzie miał premierę 21 maja. Rozmawiamy o książce, pisaniu, emocjach i życiu w cieniu holokaustu.

W tomie felietonów "Czułość i obojętność" autorka odpowiada na wzorowane na kwestionariuszu Prousta pytania, które "chodź proste na pierwszy rzut oka, okazują się fundamentalne, pokazując rzeczywistość z niezwykłą głębią i trafnością oraz złożonością".

Dominika Rzepka-Borys, INTERIA.PL: Wkrótce premiera pani nowej książki "Czułość i obojętność". W jej zapowiedzi czytamy, że zawiera: "opowieści szkatułkowe, mistrzowskie połączenie codziennych obserwacji i wydarzeń z przeszłości, skłaniających do refleksji nad tym, co jest naprawdę w życiu ważne". Co jest w życiu ważne?

Roma Ligocka: Myślę, że naprawdę w życiu ważna jest uczciwość. Taka głęboka, przemyślana uczciwość. Wobec siebie samego. Wobec bliskich. Wobec czytelników. Jeżeli jej nie ma, to czytelnik od razu wie, że coś w tej książce może i jest mistrzowskie, ale na pewno nie jest ludzkie. Dlatego na tej uczciwości najbardziej mi zależy. Wymaga ona zarówno zastanowienia się nad treścią, czyli tym, co chcemy powiedzieć, komu chcemy powiedzieć i dlaczego, ale także - jak to powiedzieć. To jest także uczciwość formy, żeby to było mądre, żeby było tak sformułowane, żeby się chciało czytać. Wychodzę z takiego założenia, że piszę tylko takie książki, które sama chciałabym przeczytać. Kupić i przeczytać. Jak myślę sobie, że tej książki bym nie kupiła, to też jej nie napiszę.

Reklama

Pani kiedyś powiedziała zresztą, że nie pisze literatury, tylko pisze dla ludzi. To jest właśnie ta uczciwość?

Tak, to jest ta uczciwość. To jest to przeniesienie tej rozmowy wewnętrznej, którą człowiek, a pisarz szczególnie, prowadzi ze sobą samym. Czasami bicie się z własnymi myślami, czasami dyskusja z własnymi myślami, czasami dialog serdeczny z własnymi myślami - ja to przekładam na rozmowę z czytelnikiem. Zapraszam go do tego dialogu.

Są książki, z którymi ja po prostu rozmawiam, czytam je po raz któryś z rzędu i rozmawiam z autorem, dlaczego on tak widzi świat, dlaczego opowiada mi o takich, a nie innych ludziach. Mam swoich ulubionych autorów, z którymi ten dialog prowadzę. Kiedyś miałam nadzieję, a dziś już wiem na pewno, że są tacy czytelnicy, którzy też lubią ze mną ten dialog prowadzić i w moich książkach odnajdują siebie, odnajdują sformułowania, myśli, które im przyszły do głowy. I mówią: "pani Romo, skąd pani wiedziała, co ja myślę, co chciałam powiedzieć?" To jest najpiękniejsza zabawa literacka. Nie jakieś skomplikowane fabuły, tylko uczciwa rozmowa.

Pani pierwsza książka: "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" powstała po obejrzeniu filmu Stevena Spielberga "Lista Schindlera", gdzie odnalazła pani samą siebie. Książka "Tylko ja sama" została zainspirowana m.in. artykułami prasowymi, w których pojawiły się oskarżenia wysuwane pod adresem pani ojca. Czy i przy najnowszej książce był taki bodziec, który spowodował jej powstanie?

Właśnie ze zdumieniem uświadomiłam sobie, że w Polsce wyszło już sześć moich książek. Po tylu książkach tym bodźcem jest już sam czytelnik. Świadomość, że ktoś na tę książkę czeka. Pewnie sama bym o tym nie wiedziała i pewnie bym tej książki nie napisała, gdyby nie ludzie, którzy pytają, którzy mówią, że czekają. Dodatkowo w moim życiu prywatnym, w którym zawsze się dużo dzieje, działo się i w ostatnich czasach. I dobrze, i mniej dobrze... Świadomość, że wszyscy mamy jakieś tam cierpienia, że nie wszystko się nam dobrze układa, że jesteśmy nieraz bardzo zranieni wewnętrznie... Uważam, że nie wolno ani epatować własnym cierpieniem, ani też popaść w takie samozadowolenie czy szczęście. Nie wolno myśleć tak: ja jestem osobą szczęśliwą, spełnioną, a wy jesteście po to, żeby was spotykały ludzkie kłopoty i nieszczęścia. Nie. Ja dzielę, my dzielimy ten los. On jest wspólny. Dola człowiecza.

Znalazłam taki fragment w pani nowej książce: "czasem bywam marudna, nieznośna, czasem chcę się odegrać na kimś za jakieś tam niepowodzenia". Podziwiam panią za szczerość. Łatwo jest coś takiego napisać?

Proszę zapytać mojego syna. On o tej marudności mógłby coś powiedzieć... Umiem siebie obserwować i oceniać. Nie można się w sobie przesadnie zakochiwać. Trzeba wiedzieć, że się jest nieznośnym, czasem marudnym i przynajmniej w jakiś sposób za to odpokutować tym, że się o tym głośno powie. To jest właśnie ten rodzaj szczerości. Pełnimy w życiu różne role. Jesteśmy narzeczonymi, przyjaciółkami, kochankami, matkami, córkami, i dobrze jest przypatrzeć się temu, czy nie przesadzamy w tych rolach, czy nie jesteśmy za bardzo... matką, córką, żoną, i tak te ostre kanty troszkę przeszlifowywać. Nie zadowalać się tym, że po prostu jesteśmy i żyjemy sobie z dnia na dzień, tylko - tak jak udało mi się w tej nowej książce napisać - chcieć "każdego dnia coś w sobie zmieniać".

Roma Ligocka opowiada o nowej książce:



Motyw getta i wojennych przeżyć przewija się w wielu pani książkach, także w tej ostatniej wraca pani do tamtych przeżyć, zaczynając często od tak niewinnie brzmiących słów, jak: "babcia gotowała rosół". Nie przygotowuje pani czytelnika na to, co za chwilę się zdarzy. Czy to celowy zabieg?

Życie zgotowało akurat mi zupełnie niezwykłą przygodę, z której nie zdawałam sobie sprawy. Z 10 lat temu, jak napisałam moją pierwszą książkę, mając lat 60, byłam w poważnym wieku, ale czułam się młodą autorką i chciałam wtedy wyładować wszystkie te przeżycia, emocje i wszystko to, co we mnie siedziało, cały ten ból nieopowiedzianego holocaustu, nieopowiedzianego losu, mojego i mojej rodziny. Potem pisałam o tym jeszcze wiele razy i dziś mam taką świadomość, że już nie bardzo mogę czytelnika dołować takimi tylko potwornie trudnymi opowieściami. Z drugiej strony wiem, że już się tego nie pozbędę z mojego życia, z mojej świadomości i mojej głowy. Tego, co tam w dzieciństwie zostało zakodowane i zapisane.

Wiele naszych codziennych zachowań, cierpień, strachów, reakcji jest spowodowanych przeżyciami z dzieciństwa. W moim wypadku - holocaustowym, w innym wypadku - rodzinnych tragedii, katastrof. Cokolwiek by to było, to w nas siedzi. I jakaś tajemnicza ręka kieruje naszymi zachowaniami. I tylko inni pytają, dlaczego ktoś się tak zachowuje, a nie inaczej. Teraz staram się nie męczyć czytelnika detalem, takim poczuciem nieszczęścia, ale pokazuję mu, że w najdziwniejszych momentach życia, pogodnych, zwyczajnych, kojarzy się nam to z tym, co w nas siedzi, co przeżyliśmy. "Babcia gotowała rosół" - rzecz ma być o tym, jaką potrawę lubię najbardziej, a z czym mi się to kojarzy - z tym garnuszkiem rosołu w getcie, który był odrobiną życia, która nam jeszcze została.

Mówi pani: "z zawodu jestem człowiekiem". Czy to jest właśnie to, co pani sobie uzmysłowiła po przeżyciu holocaustu? Czy chce to pani uzmysłowić innym?

Z tym zdaniem to jest zabawna historia. Przyszło mi ono do głowy w słoneczny dzień, na plaży, wśród masy roznegliżowanych, wesołych, grających w piłkę, krzyczących, opalonych ludzi. I tak się zastanawiałam nad sobą i przypomniałam sobie, że kiedy pracowałam jeszcze w filmie, mieliśmy kiedyś trudne zdjęcia - nic się nie udawało. Po zakończeniu zdjęć wszyscy się ze wszystkimi pokłócili, a asystentka reżysera powiedziała do mnie: "Roma, ty byłaś jedynym człowiekiem w tej całej zwariowanej ekipie". I to zdanie jakoś tak przylgnęło do mnie. Potem zaczęło mi na tym zależeć, żeby się zachowywać w każdej sytuacji jak człowiek. Nie jak ktoś, kto ma tylko do wykonania jakąś pracę albo widzi tylko siebie, ale żeby pomóc innemu. Żeby dostrzec, jak współpracownik czy kolega nie nadąża, że ma kłopoty. Nie próbować na siłę swoich interesów, swojego losu, swoich pomysłów forsować, tylko widzieć tego człowieka, czyli być nim.

W opowiadaniu "Czułość i obojętność" opisuje pani proste zdarzenie: sklep, kolejka do kasy i staruszka na szarym końcu z jedną małą rzeczą w koszyku. Nikt oprócz pani nie zwrócił na nią uwagi. Panią uderzyła bezduszność tego tłumu.

Bo ja mam ogromny kłopot z tym nadmiarem czułości i obojętności, jaka w człowieku jest, a jaka powinna być, żeby był z kolei do wytrzymania dla innych ludzi. Są takie osoby, ale je tak samo można chcieć zastrzelić, jak te nieczułe: to są ludzie, którzy wiecznie pomagają, którzy zawsze mają czas, którzy zawsze te aspirynę podają temu, kto ma ból głowy, którzy zawsze kogoś otulają, gdy ten marznie. Ale to może być tak samo trudne, męczące i nieznośne, jak ktoś, kto kompletnie nie widzi niczego wokół siebie. To wyszukanie balansu, to znalezienie siebie w tych sprzecznych dążeniach jest chyba najtrudniejsze, ale to człowieka w jakiś sposób kształtuje. Żeby nie być zbyt dobrym, zbyt łatwowiernym, zbyt narzucającym się, ale też nie być zbyt zimnym i okrutnym. Odszukaj w sobie człowieku, ile w tobie jest obojętności, ile czułości, i odnajdź się w tym wszystkim. Ten sam człowiek - może nawet tego samego dnia - jest czuły np. dla swojego partnera, a obojętny dla sąsiada, albo odwrotnie. Przypominam sobie taki tekst z tej nowej książki, kiedy jadę pociągiem i jedzie nim też pan, który rozmawia przez komórkę. Najpierw z kolegą i mówi, jak to on wszystkich zniszczy i nikomu się nie da, potem rozmawia z dziewczyną i mówi: "kochana, gdyby nie ty, to bym się już dawno zabił, zrezygnował ze wszystkiego", a potem dzwoni do mamusi i mówi, że wszystko jest fantastycznie. I to jest ten sam człowiek, w tej samej godzinie.

Tkwią w nas różne postaci i twarze?

Różne postaci i różne cechy. Jesteśmy dobrzy i źli. Okrutni i obojętni. Tylko porządek w tym utrzymać, to jest cała sztuka.

Ale jest w tym jakaś nadzieja?

Na pewno. Dobrze, że pani o tym mówi, bo to jest bardzo ważne. Szczególnie w młodości, ale i później mamy takie chwile zwątpienia, patrzymy w lustro i mówimy: "ale jesteś drań, tak się źle zachowałeś"... Możemy zwątpić w siebie. Niepotrzebnie. Bo jednocześnie można przywołać momenty, kiedy zachowaliśmy się świetnie. Mamy upadki, kiedy mówimy: "Boże, po co ja to zrobiłem: matce, żonie, koledze... Mogłem się inaczej zachować, mogłem zaniechać takiego zachowania". Wtedy ja mówię: nie martwmy się, bo możemy być też dobrzy, fajni i sympatyczni. Tylko, trzeba się w tym odnaleźć. To jest zawsze sprawa wyboru. Wychodzimy rano z domu i dokonujemy miliona codziennych wyborów. Zawsze od nowa i zawsze ten wybór jest inny i to jest nasza wolność.

Roma Ligocka o tomiku "Czułość i obojętność":



Ma pani w dorobku kilka książek i zbiorów felietonów. Podobno, jak przeczytałam, "Roma Ligocka nie uznaje w sztuce rzeczy błahych. Jeżeli siada do pisania, to ma to czemuś służyć". Czy pisząc ma pani poczucie misji do spełnienia?

Nie, w najmniejszym stopniu. To jest wręcz taka odwrotność misji. Nienawidzę ani słowa "misja", ani tego pomysłu na życie, bo kimże my jesteśmy? Moje pisanie to jest pewien dług wdzięczności. Od momentu, gdy się ukazała moja pierwsza książka i pierwszy czytelnik wziął ją do ręki, i przeczytał, a jeszcze coś mi powiedział na ten temat: sympatycznego, ludzkiego, pozytywnego, od tego momentu zaciągnęłam dług wobec niego i wobec tych wszystkich istniejących i potencjalnych czytelników. Chodzi o to, żeby opowiedzieć im coś, co ich zainteresuje, co im coś da, w czymś pomoże, zabawi, co będzie czytelnikowi w jakiś sposób potrzebne. Czy to są sprawy błahe czy większe, zawsze moim usprawiedliwieniem, moim paszportem do pisania jest to, że komuś się to przyda. Produkować teksty, nie myśląc o tym, czy ktoś się tym zainteresuje, to jest strata czasu mojego i wszystkich tych ludzi, którzy książkę tworzą. Wobec tych wszystkich ludzi ja mam dług wdzięczności do spełnienia, taki, żeby napisać coś rozsądnego, mądrego, komuś potrzebnego.

W pani książkach odnajdujemy wątki autobiograficzne. Najwyraźniejsze w "Dziewczynce w czerwonym płaszczyku", ale także w "Tylko ja sama" czy "Kobieta w podróży". Czy dzięki pisaniu książek ma pani takie poczucie, że odchodzą lęki z przeszłości, albo że nabierają one nowego znaczenia?

I tak, i nie. Kiedyś broniłam się przed taką tezą. I na początku, w pierwszych wywiadach mówiłam i tak też myślałam, że ja tego nie piszę po to, żeby jakąś terapię zastosować, żeby się oczyścić, uwolnić. Piszę to wyłącznie dla czytelnika, żeby on wiedział, jak było, co się stało, żeby o tym, co mam mu do powiedzenia, po prostu wiedział. Ale im więcej czasu mija, tym bardziej się przekonuję, że o tym, o czym już raz napisałam, o tym łatwiej mi mówić i łatwiej z tym żyć. Że temat, któremu się poświęciłam, już nie jest takim "szamoczącym się" we mnie tematem. On jest, ale uspokojony. Wszystkie tematy z moich przeżyć stały się przez to bardziej oswojone, ale nie przestały boleć, nie przestały motywować mojego działania. Zawsze będę dzieckiem holocaustu i zawsze będę tym skrzywionym tą przeszłością człowiekiem, który nie w każdej sytuacji sobie radzi.

Wracają w trakcie pisania tamte emocje?

Wracają. Nie tylko w trakcie pisania. Wystarczy, że ktoś krzyknie na ulicy, że jest jakaś sytuacja niebezpieczna, jakaś katastrofa, że coś się dzieje poza kontrolą. Wtedy wraca ten straszny lęk, że znowu trzeba się ratować, uciekać, chronić. Gdyby to się ograniczało tylko do momentów, kiedy o tym piszę, to może można by było tym łatwiej sterować, ale to po prostu przychodzi. Jakiś dzwonek do drzwi, jakieś pukanie, jakiś tunel, z którego nie ma wyjścia, schody, korytarz i nagle jestem w matni, a tam na końcu czeka gestapo. Od tego już nie ma ucieczki.

Nie boi się pani, że to, co zostanie odkryte w książce, może zostać przeciwko pani wykorzystane? Przyznaje się pani do uzależnień, depresji, nieudanych związków...

Boję się. Ale to jest cena przyjaźni z czytelnikiem, na której mnie tak bardzo zależy. Jeżeli ja nie będę o tym mówiła, to jakie ja mam usprawiedliwienie dla mojej pracy, która w porównaniu z pracą lekarza, pielęgniarki, górnika jest piękna, spokojna i wygodna? Po prostu muszę się do paru rzeczy przyznać. Najbardziej się boję, że czytelnik powie: "Po co pani to wszystko pisze? Co nas to obchodzi?" Wtedy mogę mu powiedzieć: "może ciebie nie obchodzi, ale dziewczynę, która właśnie jest na odwyku od proszków, może obejdzie. Dziewczyna, która właśnie rozstała się z chłopakiem i nie może sobie poradzić, kobieta, która właśnie rozwiodła się z mężem-alkoholikiem - ona może podzieli się tym swoim doświadczeniem ze mną i powie, że ta książka się jej na coś przydała". Mam zresztą tego materialne dowody. Często do tego wracam, ale jest to też najbardziej spektakularny przykład. Przyszła do mnie dziewczyna, która miała raka, przeczytała moją książkę, jedną i drugą i nabrała chęci do leczenia się. Oczywiście cała jej szansa była w rękach lekarzy, którzy ją wyleczyli, i ja tu sobie nie przypisuję zbyt wielu zasług, ale ta chęć jej pomogła. Sama wiem, że kiedy nie mogę sobie poradzić ze sobą, gdy mam jakieś kłopoty - czy rodzinne, czy osobiste - to są książki, do których sięgam. Nieraz nie wiem, czego oczekuję, ale coś znajduję.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że "pisanie jest bardzo samotnym zawodem".

Tak, niezwykle samotnym. Przyglądam się ludziom piszącym, większość z nich bywała samotna przez różne okresy życia. To jest praca samotna. Czasem ilość słów, które przelewamy na papier sprawia, że już ich nie mamy dla bliskich, dla przyjaciół. Kiedy piszę, to już nie bardzo potrafię rozmawiać. I to wynajdywanie w sobie tych obszarów tekstu, które potem nagle okazują się napisane -ja nie piszę inaczej, tylko najpierw na papierze - to przejście, to jest jakaś tajemnica.

A potem do tej tajemnicy dopuszcza częściowo pani nas, czytelników?

Nie częściowo - im więcej tego dopuszczania, tym lepiej. Ale w życiu prywatnym trudno jest być takim otoczonym rodziną, przyjaciółmi, wiecznie aktywnym. Proszę pomyśleć - Wyspiański, kiedy pisał "Wesele" - tam była wielka ciżba ludzi, bawiących się, tańczących, pijących, a on - jak opowiadają świadkowie - stał milczący w progu i tylko obserwował. Myślę, że może ta samotność, te cechy charakteru są najpierw, a potem z tego objawia się pisanie. A może odwrotnie...

Roma Ligocka o pisaniu:



II wojna światowa, krakowskie getto, holocaust, ukrywanie się, życie w ciągłym strachu... Historia, która mojemu pokoleniu wydaje się tragiczna, przerażająca do tego stopnia, że aż niewiarygodna. Jednak pisze pani: "Życie może być piękne nawet dla kogoś, kto przeszedł piekło - a cuda się zdarzają. Mnie moje życie kiedyś podarowano, a potem sama je sobie podarowałam". Czy można się pogodzić z bolesną przeszłością?

Myślę, że jeżeli się ma dar życia i chce go jakoś rozsądnie przeżyć, to nie ma innego wyjścia, jak pogodzić się z tym. Niepogodzenie się doprowadza do tego, że jesteśmy pełni buntu, protestu, pretensji do całego świata. Nigdy nie mówiłam, i zwalczałam taką postawę, że oto ja jestem ofiarą holocaustu i trzeba mnie otaczać jakimiś względami, i już nic nigdy złego nie może mnie spotkać. Takie życie byłoby sztuczne, niemożliwe i bardzo trudne. Dlatego uważam, że musimy ten dar życia brać i żyć normalnie. Kiedy spotykają nas jakieś przeciwności losu, to czasami zdarza się "chandryczenie się" z losem, z Bogiem. Niestety, życie jest wypadkową tylu sprzecznych pomysłów, interesów, spraw... Jesteśmy w nie wciągani i nie zawsze jesteśmy szczęśliwi.

Mam obowiązek w jakiś sposób mieć inny stosunek do życia, poważniejszy, głębszy, ze świadomością, że czasami nie warto każdą bzdurą się przejmować, nie warto z każdym się kłócić, nie warto mieć pretensji o wszystko, bo są rzeczy trudniejsze, bo jest większy ból, większe nieszczęścia. Takiego poczucia proporcji ludzie w pani wieku nie mają, bo niby skąd mieliby je wziąć? Jak ich spotka coś przykrego, jak ktoś zrobi im krzywdę, to wydaje im się to już końcem świata. A to jeszcze bardzo daleko do końca świata. Nikt z nas nie dostał paszportu na szczęście, na spokój. Nikt z nas nie jest pod ochroną. Od największych do najmniejszych. Od utalentowanych, od Młodych, po starych. Każdy jest listkiem na wietrze.

Jest pani optymistką?

Prowadzę z moim dzieckiem, które jest już dorosłe, nieustanną dyskusję na ten temat. W mojej rodzinie, to ja jestem pesymistką, a on optymistą. Jest to ciągnąca się przez większość naszego życia dyskusja. Pewnie nie jestem optymistką w tym sensie, że ja zawsze wyobrażam sobie najgorsze, żeby się jakoś do tego przygotować, żeby jakoś się zabezpieczyć, żeby wziąć ciepły sweter, bo może być zimno... A optymista mówi: "ach, tak źle nie będzie". I teraz pytanie: komu jest trudniej? Nie wiem, ale jeżeli tak patrzeć na optymistę i pesymistę, to jestem pesymistą. Uważam, że należy starać się być gotowym na wydarzenia, na klęski losowe, i próbować się w tym odnaleźć. Ale jestem optymistką w tym sensie, że jak zapyta mnie pani, czy podoba mi się życie, to powiem, że szalenie. Jeżeli zapyta mnie pani, jak chciałabym umrzeć, to powiem, że wcale. Ile jest we mnie pesymisty, a ile optymisty? Próbuję znaleźć w tym równowagę.

W pani życiu pojawiały się bardzo znaczące postaci. Można przeczytać o zabawach z Romanem Polańskim i Ryszardem Horowitzem, o przyjaźni z Piotrem Skrzyneckim...

Zbigniew Herbert, Marlena Dietrich...

Księżna Monaco?

Tak, ale ona pojawiła się tak przelotnie tylko.

Dorota Terakowska

Tak...

Czy te spotkania, czy ci ludzie odcisnęli piętno na pani życiu?

Myślę, że tak. Każdy w czasie, w którym go spotkałam, każdy na swój sposób.. Każde spotkanie bardziej ważne, dające do myślenia, wpływa na mnie. Staram się uczyć - od ludzi, od dzieci. Teraz właśnie od dzieci znajomych uczę się najbardziej, bo ich świat coraz bardziej staje się dla mnie egzotyczny i ciekawy. To może tak jest, że najpierw się uczymy od starszych, a potem się uczymy od młodszych...

Wiele z tych osób było związanych z Krakowem. To jest miasto, w którym się pani urodziła, wychowywała, studiowała, ale także miasto, które dostarczyło pani tych najbardziej traumatycznych przeżyć. Czym był i czym jest dla pani Kraków?

Przywołała pani Kraków tamtych czasów, kiedy studiowałam, kiedy byłam dzieckiem. Tamten Kraków był rzeczywiście niezwykłym miastem, bo znalazła się tam taka masa ciekawych ludzi, postaci, artystów, czego dzisiaj się już powtórzyć nie da. Były to czasy wojenne i wczesnopowojenne, kiedy ludzie mniej wyjeżdżali, kiedy artyści lgnęli do Krakowa, bo było to miejsce szczególne i w jakiś sposób miejscem szczególnym pozostało. Teraz Kraków mnie boli. Stał się takim miastem jak Wenecja: umierającym i zabijanym przez turystów, przez komercję, przez hałas, bałagan, przez jakieś takie tsunami brzydoty, które to miasto opanowuje...

To jest chyba znak naszych czasów?

Tak. Dzisiaj idąc na to spotkanie myślałam sobie właśnie, co te nasze czasy robią ze światem. Że zamieniają wszystko w jakąś taką magmę bez koloru. Widzę ludzi idących po pięknym Rynku, a ubranych tak, jakby szli na wycieczkę w góry. Nie wiadomo dlaczego. Mówimy językiem i nawet nie staramy się, żeby on był ładny, czysty, bardziej przemyślany, tylko bez przerwy przepraszamy za kolokwializm albo za głupotę, po czym mówimy następne głupoty i robi się z tego taka brązowa, niewyraźna magma, w którą przetwarzamy nasze życie. Myślę, że nie należy narzekać na nasze czasy, bo to są też nasze czasy, my je też tworzymy. Ludzie, którzy się zajmują historią kultury, wiedzą, że to już było, że były czasy gorsze i lepsze w kulturze. Może to też jest przelotne, może to też jest epizod, jakieś mgnienie oka w życiu ludzkości?

Na przestrzeni mojego życia, jak patrzę na ten Kraków, jaki był i co się z niego zrobiło, to nie jest to wszystko piękne i zachwycające, nawet dla ludzi, którzy w tym uczestniczą. Mogę sobie to obserwować z boku, ale kiedy się jest w środku tego tłumu, nie bardzo można wierzyć, że ten tłum jest zbiorem szczęśliwych ludzi.

Roma Ligocka o życiu:



To dlatego Pani tak dużo podróżuje? Osiedliła się pani w Monachium. Mieszkała też w Wiedniu. Ostatnio była pani w Rzymie...

Tak i mam ochotę znowu tam pojechać. Rzym bardzo lubię, nie tylko dlatego, że mamy wspólne "imię".

Czy to jakaś pogoń za korzeniami, skoro ten Kraków trochę boli?

Nie wiem. Myślę, że to trochę poszukiwanie miejsca, gdzie będzie ładnie, gdzie będzie ciepło, i gdzie ten wieczny emigrant, którym jestem, odnajdzie jakieś ciepło, sympatyczny kąt i coś dobrego go jeszcze spotka. I taka ciekawość. Zawsze chciałabym być tam, gdzie mnie nie ma, i zobaczyć jeszcze to, czego nie widziałam. I póki to się w sobie ma, to tak, jakby się czytało swoje życie, jak taką bardzo ciekawą książkę sensacyjną. I do tego podróże należą. Tak jak autor zmienia scenerię swojej książki, żeby nie było nudno, tak ja zmieniam scenerię swojego życia, żeby zobaczyć jak jest tam, gdzie mnie jeszcze nie było - jacy tam są ludzie, jaka pogoda. Mało wiemy o świecie. Wbrew możliwościom techniki, wbrew mediom. Świat trzeba przeżyć na własnej skórze, zobaczyć morze, plażę, upalne dni, kowbojów na koniach, eskimosów. Dotknąć, posmakować, poczuć - to jest właśnie uroda życia.

Mówimy tu dużo o książkach, a przecież jest pani także malarką, scenografem i kostiumologiem. Film, teatr, telewizja, reklamy - to także jest pani świat. A jednak dużo mniej się pani o tym mówi.

Żeby powiedzieć uczciwie... Ten cały show-biznes wiele mnie nauczył, dodał mi hartu ducha i dał świadomość, że sobie poradzę w większości sytuacji, ale to nie jest piękny biznes i to nie były zbyt piękne czasy, a ja prawdopodobnie nie byłam właściwą osobą na właściwym miejscu. Byłam zdolna i robiłam ładne rzeczy, bo na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych nauczyłam się, jak posługiwać się kolorem, znałam się na malarstwie, na sztuce. Natomiast show-biznes jest dla innych ludzi niż ja. Mnie to bardzo raniło, bolało, trudno mi było być człowiekiem w tym show-biznesie i dlatego niechętnie o tym mówię. To nie było małżeństwo z miłości, raczej z rozsądku. Show- biznes psuje charakter. Każdemu. Wyjść z tego i wrócić do samotności pisarza, który ma czas się zastanowić, ma czas poczytać inne książki, ma czas na jakąś refleksję, to jest bardziej moim światem. Tak samo jak malarstwo. To tak jak na wojnie. Byłam na wojnie, ale z każdej wojny trzeba kiedyś wrócić do domu.

Czy kiedykolwiek miała pani takie poczucie, że mogłaby być inną osobą?

Tak! Na pewno mogłabym być w innym Krakowie, gdyby nie było wojny, gdyby został świat taki, jaki mógłby być, zanim się stało to, co się stało. Mogłabym być wspaniałą żoną rabina, uczoną w księgach, i wspomagać męża w interpretowaniu filozofii, religii. Mieć dziesięcioro dzieci, być gruba i mieć ciepły, żydowski dom. Tak też mogło być... Mogłam być pisarką kryminałów, o czym marzyłam...

...Agatą Christie, jak pisze pani w nowej książce "Czułość i obojętność"?

Właśnie. I mieszkać w spokojnym, angielskim domu, gdzie są psy i konie. Możliwości jest wiele, ale... Zabawnie jest z nimi poigrać, ale jednocześnie mam bardzo mocną świadomość "tu i teraz", jestem tym, kim jestem, i nigdy tej swojej osobowości nie porzuciłam. Nie miałam nigdy takiej rozterki, że człowiek nie wie, kim jest i co z tym życiem dalej robić. To się u mnie jakoś tak zawsze wyraźnie rysowało. Najpierw będzie show-biznes, potem będzie miłość, potem będzie praca. Przy tych całych marzeniach o byciu rabinową byłam bardzo realistyczna w ocenie tego, co jest teraz i co mogę z tym zrobić. Próbowałam to robić najlepiej, jak się da.

Rozmawiała: Dominika Rzepka-Borys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje