Paulina Sykut-Jeżyna: Małżeństwo jest dla mnie świętością

- Jeżeli się przysięga przed Bogiem, to się czuje, że te słowa mają znaczenie - mówi prezenterka Paulina Sykut-Jeżyna.

Kinga Frelichowska: - Jako dziecko przeżyła pani wielką traumę - stratę ojca.

Reklama

Paulina Sykut-Jeżyna: - Tata zmarł na zawał. Był młodym człowiekiem, miał zaledwie 39 lat. Skończyłam wtedy cztery latka, ale dobrze go pamiętam. I dzień, kiedy mama wróciła ze szpitala i powiedziała nam o jego śmierci. To są dla mnie wciąż tak żywe i bolesne obrazy, że nawet teraz chce mi się płakać.

- Z wczesnego dzieciństwa mam wiele pięknych i wartościowych wspomnień. Tata spędzał ze mną i braćmi dużo czasu. Troszczył się o nas. Nosił mnie na rękach. Często o nim myślę i choć przy tym zawsze się wzruszam, to nie wstydzę się swoich łez, bo przecież mówimy o miłości i stracie, którą odczuwam do dziś.

Pani mamie musiało być ciężko po stracie męża...

- Była to dla niej niewyobrażalna trauma, z którą borykała się przez lata. Owdowiała, będąc młodą dziewczyną - miała 29 lat. Została sama z trójką małych dzieci. Nie miała nikogo bliskiego w Puławach, czuliśmy się osamotnieni. Na szczęście znalazły się osoby, które nam pomagały, okazały serce, więc wiem, że są dobrzy ludzie na świecie.

- Mama nie mogła sobie poradzić psychicznie ze stratą ukochanej osoby. Był moment, że nie było w niej woli życia. Zawsze powtarzała nam, że tylko dzięki nam przetrwała ten najgorszy czas. Teraz, gdy sama mam córeczkę, wiem, że dziecko daje taką siłę.

Jak mama radziła sobie z wychowaniem waszej trójki?

- Nie była nigdy surowa, choć z każdym z nas przeszła jakieś zawirowania. Przerobiła z nami przeróżne problemy, zapewnialiśmy jej tzw. "atrakcje". Ale stworzyła z nami silną więź, byliśmy bardzo zżyci. Nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby ją oszukać. Mama jest osobą ciepłą, zawsze świetnie nas rozumiała. Kiedy mieliśmy jakieś kłopoty w szkole, wspierała nas. Wychowywała dzieci intuicyjnie - spędzała z nami dużo czasu i o wszystkim szczerze rozmawialiśmy. Teraz często się pędzi za pieniędzmi, sukcesem i te rodzinne wartości schodzą na drugi plan, dlatego pojawiają się wychowawcze problemy. U nas tego nie było.

Religia zajmowała w waszej rodzinie ważne miejsce?

- Tak, byliśmy blisko Kościoła. Mama w trudnym momencie życia potrzebowała duchowego wsparcia i znalazła je. Nasza parafia św. Brata Alberta okazała się dobrodziejstwem. Posługiwali tam wspaniali księża. Chodziłam do chórku, jeździłam na oazy. Myślę też, że mama szukała odpowiedzi, dlaczego spotkał nas taki dramat i wiara stała się dla niej pokrzepieniem.

Jako dzieci dorabialiście, żeby wspierać dom finansowo?

- Mama w tym niełatwym dla nas czasie, stanęła na wysokości zadania. Po godzinach pracy w Instytucie Weterynarii, gdzie zresztą pracuje do tej pory, chodziła sprzątać. Myła okna, nawet piekła ciasta, żeby dorobić. My czasem chcieliśmy zrobić jej niespodziankę, więc zbieraliśmy truskawki, jabłka albo kwiat lipy, który sprzedawaliśmy do Herbapolu. Dostawaliśmy za to grosze, więc trudno to nazwać wsparciem finansowym. Mama odbierała to jako wzruszający gest z naszej strony. To były czasy, kiedy mało kto opływał w luksusy. Większość moich kolegów z osiedla dorabiała w wakacje, żeby kupić zeszyty czy książki do szkoły. Poszanowanie pracy i zaradność wyniosłam właśnie z rodzinnego domu.

Z Piotrem, pani mężem jesteście razem już od...

- Media wyliczyły, że znamy się już 20 lat.

Długodystansowcy wśród celebrytów! Jak wam się to udaje?

- Nie jestem show-biznesowa. Uważam siebie za zwyczajną dziewczynę, która ma męża, dziecko i dom. Tę normalność udaje nam się z Piotrem od lat zachować. Każdy musi sam znaleźć swój sposób na udany związek. Na pewno ważna jest szczerość. Staramy się też spędzać ze sobą jak najwięcej czasu i jak najwięcej rzeczy robić razem. Teraz towarzyszy nam w naszych aktywnościach córeczka Róża. Miewamy różne problemy i drobne nieporozumienia, ale rozwiązujemy je na bieżąco.

Sakramentalne "tak" powiedzieliście sobie w 2014 roku, po wielu latach związku.

- Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że chcemy wziąć ślub kościelny. Czuliśmy, że tego potrzebujemy i będzie to dla nas coś bardzo ważnego. Wcześniej dwa razy się zaręczaliśmy - pierwszy raz: dawno, dawno temu, bez ustalania terminu ślubu. To się rozeszło, kilka lat minęło. A kiedy poczuliśmy, że to jest ten moment, odbyły się drugie zaręczyny. Poszliśmy pod kościół "na górce" w Puławach, w którym chcieliśmy przyjąć sakrament. Piotr uklęknął i poprosił mnie o rękę. Zrobiliśmy to, by symbolicznie powiedzieć sobie, że na pewno chcemy iść przez życie razem.

Sformalizowanie związku ma tak duże znaczenie?

- Dla nas ślub był niezwykle ważną uroczystością, było to głębokie, duchowe przeżycie. I jeżeli ktoś się zastanawia, czy ślub jest potrzebny, to ja mogę powiedzieć: jest bardzo potrzebny. Jeżeli się przyrzeka przed Bogiem, to się czuje, że te słowa mają znaczenie. My byliśmy ogromnie wzruszeni, kiedy wypowiadaliśmy słowa przysięgi małżeńskiej. Poczułam wtedy, że nasz związek został uświęcony. Jakby od tej pory Duch Święty nad nami czuwał i czułam błogosławiącą rękę Boga. Małżeństwo jest dla nas świętością.

Jak udaje się pani godzić pracę z macierzyństwem?

- Tak z mężem przeorganizowaliśmy nasze grafiki, żeby Róży było dobrze. Od początku zakładaliśmy, że nie będziemy korzystać z pomocy niań. Dlatego dzielimy się wraz z Piotrem opieką nad córką. Czasem przyjeżdża moja mama, żeby nam pomóc. Mała jest naszym oczkiem w głowie. Róża jest taka dzielna, radosna. Nieustannie wysyła w świat uśmiech i daje nam ogromne szczęście.

Kinga Frelichowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje