Reklama

Reklama

Podniebne dziewczęta, czyli o życiu stewardess w czasach PRL-u

Epoka, która większości kojarzy się z szarością i niedostatkiem, im wręcz przeciwnie - z dalekimi podróżami, pięknymi ubraniami i kawą Nescą. Jak wyglądało życie stewardess w PRL-u? Czy dziś również zdecydowałyby się na wykonywanie tego zawodu? Na te i inne pytania odpowiedziała Anna Sulińska, autorka książki "Wniebowzięte. O stewardessach w PRL-u".

Dominika Dziubińska: Zawód stewardessy zawsze budził zainteresowanie. Jak pani myśli, co ludzi w nim fascynuje?

Anna Sulińska: - Nie wiem jak jest teraz, bo mam wrażenie, że ten zawód stracił na prestiżu, ale kilkadziesiąt lat temu, przede wszystkim fascynowało to, że stewardessy miały możliwość wyjazdu i zobaczenia tego, co było niedostępne dla zwykłych ludzi. Dla Polaków możliwość wyjazdu na Zachód była czymś nadzwyczajnym, stewardessy miały to na co dzień. Poza tym miały również możliwość przywiezienia towarów, których w Polsce nie dało się wtedy zdobyć. Począwszy od prozaicznych rzeczy jak kawa, herbata czy podpaski po kolorowe ubrania, jeansy i lakiery do paznokci. W ten sposób dziewczyny były ze społeczeństwa wyróżnione. Poza tym, to był zawód o tyle elitarny, że stewardess była jedynie garstka. W latach 60-tych to było ok. 20 kobiet.

Reklama

Kiedy pytałam rodziców i dziadków, z czym im się kojarzą stewardessy LOTu z dawnych lat, wszyscy odpowiadali jednogłośnie: elegancja i piękne ubrania. Co najchętniej przywoziły podniebne dziewczęta ze swoich wojaży? 

- To, co przywoziły, zależało od tego, gdzie leciały. Na przykład z Kairu przywoziło się buty i skóry, z Londynu kosmetyki Max Factor i kawę Nescę, ze Stanów tiul. Ciekawym miejscem był Frankfurt. Mimo, że miały tam jedynie krótkie międzylądowanie trwające około godziny, zawsze starały się zdążyć do apteki, ponieważ  stamtąd przywoziło się leki. W hali odlotów polskiego lotniska zawsze czekali na nie często zupełnie obcy ludzie, którzy wręczali im recepty lub kartki z odręcznie wypisanymi nazwami leków. Stewardessy, gdy doleciały do celu w czasie tej jednej wolnej godziny, biegły do apteki i czasem dokładając do nich z własnych pieniędzy.

- Te piękne kolorowe ubrania, o których pani wspomniała również były ważne. Jedna z pań opowiadała mi, że jej sąsiadką była stewardessa, a ona od najmłodszych lat zazdrościła jej strojów. Zawsze marzyła, aby też tak elegancko i kolorowo wyglądać, dlatego kilkanaście lat później sama została podniebną dziewczyną.

W książce wspomina pani, że zarobki stewardess nie były wysokie. Mimo to w PRLu żyło im się lepiej niż przeciętnemu obywatelowi? 

- Żyło im się zdecydowanie lepiej. Oprócz tego, że miały pensję na średnim poziomie, dostawały też diety. Wszystko zależało jednak od tego, czy latało się w Polsce czy za granicą. Wylot zagraniczny każdorazowo wiązał się z dodatkowymi pieniędzmi - dietą za każdy dzień pobytu poza krajem. Loty po Polsce były mniej prestiżowe, nie dostawało się diety, nie można było niczego kupić, na tych trasach latały najczęściej dziewczyny, które dopiero zaczynały pracę. Stewardessy początkowo myślały, że diety będą odkładać, ale bardzo szybko okazało się, że to się nie opłaca. Opłacało się za to kupować za granicą. Zdarzało się, że z jednego lotu przywoziły produkty, których wartość rynkowa przekraczała ich miesięczną pensję.  Były panie, które mówiły, że po pensje w ogóle się nie fatygowały. Zdarzało się, więc że ktoś przez kilka miesięcy nie odbierał wypłaty.

- Jedna z moich rozmówczyń powiedziała, że w ciągu roku udało jej się uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy, aby móc kupić sobie nowy samochód. Dla wielu Polaków był on niedostępnym obiektem pożądania.

A to "lepsze życie" nie budziło zazdrości wśród mieszkańców komunistycznego kraju? 

- Oczywiście, że budziło i automatycznie generowało plotki. Zazdrość była na tyle silna, że stewardessy często nie przyznawały się, skąd mają pożądane przez wszystkich produkty. Jedna z pań przyznała, że raz z zagranicznego lotu przywiozła sobie banany, czyli towar, którego w Polsce w ogóle nie było. Niosła je w przezroczystej reklamówce, było zimno, więc miała płaszcz i nie było spod niego widać munduru. Drugą stroną ulicy szła kobieta z dzieckiem w wózku, na widok bananów porzuciła wózek i podbiegła do stewardessy z pytaniem skąd ma banany. Dziewczyna nie przyznała się, gdzie pracuje i że kupiła owoce za granicą. Powiedziała, że je dostała, ale nie może powiedzieć skąd i podzieliła się z tą kobietą. Podobno obdarowana miała minę wartą zobaczenia! Musiała wziąć stewardessę za kompletną wariatkę. Bo kto przy zdrowych zmysłach oddaje obcemu tak rzadkie owoce?

Dziewczyny, aby móc zostać stewardessami, musiały mieć bardzo wysokie kwalifikacje, znać przynajmniej dwa języki obce. Czy często zdarzało się, że dziewczęta z tzw. "dobrych domów" prosiły o protekcję i pomoc w uzyskaniu wymarzonej posady? 

- Jeśli protekcja się pojawiała, to najczęściej dotyczyła córek lub przyjaciół osób, które należały do  Partii. Rozmawiałam z szefową stewardess, która brała udział w rekrutacji i przyznała, że owszem zdarzały się takie prośby, a wręcz czasami naciski na to, żeby konkretną dziewczynę przyjąć. Aczkolwiek jeśli taka osoba nie miała wymaganych kwalifikacji i komisja rekrutacyjna widziała, że kompletnie się do tego nie nadaje, to mimo protekcji i poparcia ze strony Partii, stewardessą nie zostawała - tak przynajmniej mi o tym opowiadano. Dziewczyny wiedziały, że na pokładzie mogą liczyć tylko na siebie, więc przyjmując do swego grona osobę niewykwalifikowaną skazywały się na to, że będą musiały wykonywać pracę za nią i podział obowiązków będzie nierówny.

Dlaczego stewardessy tak niechętnie mówią o sobie i swoim życiu?

- Wydaje mi się, że z kilku względów. Po pierwsze było to naprawdę małe i hermetyczne środowisko. One żyły trochę w swoim świecie, takiej sztucznej bańce w czasach PRLu. Część z nich miała poczucie, że rozmawiając ze mną zdradzą jakieś tajemnice. Powiedzą coś, o czym dotychczas nikt poza ich grupą nie miał pojęcia.

- Część pań uważała również, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia, ich praca była zwyczajna, a one tyko wykonywały swoje obowiązki. Moim zdaniem, to był taki wykręt. Dyplomatyczne uchylenie się od rozmowy, ponieważ wszystkie doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że ich zawód był bardzo prestiżowy.

- Panie bały się również tego, że zostaną źle odebrane przez inne koleżanki, ponieważ często w tych rozmowach wracałyśmy do wydarzeń nawet sprzed 50 lat. Pamięć ludzka jest zawodna i każdy wspomina te czasy nieco inaczej. Niektóre dziewczyny należały do Partii, inne nie. Poza tym, jak w każdym miejscu pracy były grupy, które lubiły się bardziej i takie lubiące się mniej. Część z pań twierdziła, że ta praca miała bardzo dużo cieni, one zapomniały o złych wydarzeniach  i nie chcą wyciągać trupów, które dawno temu zamknęły w szafie.

Byłe stewardessy po tylu latach utrzymują jeszcze ze sobą kontakt? 

- Bardzo różnie. Jedna z pań po rozmowie ze mną zdecydowała, że zadzwoni do swoich koleżanek i zorganizuje spotkanie. Najczęściej utrzymują kontakt w mniejszych dwu-, trzyosobowych grupach. Część z pań należy także do Warszawskiego Klubu Seniorów Lotnictwa i tam mają okazję spotkać się w większym gronie z całą załogą: pilotami, mechanikami, nawigatorami.

Stewardessy były  "łakomym kąskiem" dla przemykających na pokład agentów Służby Bezpieczeństwa. Jakimi informacjami mogły im służyć?

- One przede wszystkim wyjeżdżały, więc teoretycznie mogły przekazywać informacje na temat sytuacji w Polsce obcym władzom i służbom wywiadowczym.  Mogły również wywozić tajne dokumenty albo broszury drukowane przez "podziemie".  Swego czasu istniał też problem "szmuglowania" dokumentów solidarnościowych. W latach 40-tych stewardessy pomagały również odnaleźć się rodzinom rozdzielonym w czasie wojny. Woziły listy tych, którzy pozostawali zagranicą do Czerwonego Krzyża.

- Jedna z pań opowiadała mi, że kiedy uciekła z kraju i postanowiła zamieszkać za granicą, kontaktował się z nią wywiad tego kraju w celu pozyskania informacji na temat tego, co dzieje się w Polsce. Przez to, że wykonywały tak prestiżowy zawód, były blisko władzy, często latały z osobami, które zajmowały wysokie stanowiska w państwie.

Wielu obywateli w czasach Polski Ludowej starało się za wszelką cenę uciec z kraju. Stewardessom z uwagi na posiadany paszport było łatwiej. Często decydowały się na taki krok?

- Z jednej strony było im łatwiej, ale z drugiej miały świadomość, że jeśli uciekną, to w Polsce zostaje ich rodzina, która będzie musiała ponosić konsekwencje tej ucieczki. Jeśli decydowały się na ten krok, to najczęściej już w latach 80-tych. Panie, z którymi rozmawiałam wielokrotnie powtarzały mi, że wtedy w Polsce nikt nie wierzył, że sytuacja polityczna kiedykolwiek ulegnie zmianie. Ucieczka wydawała się jedynym sposobem na zapewnienie dzieciom lepszego jutra. Znam z pierwszej ręki dwie takie historie, w których stewardessy zdecydowały się uciekać, ale żadna z nich nie powiedziała o swoich planach rodzinie. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że widzi córkę, siostrę po raz ostatni, a dziewczyn nie opuszczała myśl, że być może już nigdy nie zobaczą swojej rodziny. To były bardzo trudne decyzje.

Zawsze interesowało mnie też to, jak stewardessom udawało się łączyć życie rodzinne z zawodowym. To przecież bardzo wymagająca praca...

- One, jak na tamte czasy, bardzo późno zakładały rodziny. Chyba można wyróżnić tutaj dwie grupy. Panie, które po zajściu w ciążę i urodzeniu dziecka już na pokład nie wracały i takie, które decydowały się na powrót. W tym drugim przypadku nieocenioną pomocą okazywały się być mamy i teściowe, które nie tylko pomagały w wychowywaniu dzieci, ale również zajmowały się dorosłymi już stewardessami - prały im ubrania, przygotowywały posiłki. Krótko mówiąc robiły wszystko, aby dziewczyna mogła nadal latać.

- Często zdarzało się tak, że stewardessy ukrywały ciążę tak długo jak się dało, ponieważ wiedziały, że jeśli sprawa się wyda, stracą możliwość latania, a wraz z nim możliwości zarobku, na kilka lat, a przecież chciały zapewnić swoim dzieciom jak najlepszy start.

Załogi samolotów spędzały ze sobą mnóstwo czasu. Zdarzały się w tych kręgach jakieś romanse? 

- Pewnie, że były! Tak jak zdarzają się i teraz podczas wyjazdów integracyjnych. Elementem, który sprzyjał zbliżeniu i romansom, była wspólnota doświadczeń. Ci ludzie przeżywali to samo, a kiedy wracali do domów ich rodzinom trudno był zrozumieć ich uczucia. Kiedy stewardessy wracały z podróży  i opowiadały, co się wydarzyło, to było traktowane trochę jako opowieści o żelaznym wilku. O emocjach, adrenalinie i zmęczeniu łatwiej było porozmawiać z kimś, kto czuł podobnie.

- Jedna z pań opowiadała mi, że wchodząc na pokład każdy z nich stawał się trochę innym człowiekiem i zupełnie zmieniał postrzeganie rzeczywistości.

Te przelotne związki przeradzały się z czasem w coś poważniejszego? 

- Oczywiście! Rozmawiałam nawet z jedną taką parą. Są szczęśliwym małżeństwem od ponad 40 lat. Poznali się właśnie w LOT-cie, on był kapitanem, ona stewardessą. Patrzyłam na nich z prawdziwym rozrzewnieniem, bo gołym okiem widać było, że wciąż darzą się ogromną miłością.

W latach 80-tych polskie lotnictwo doświadczyło serii awarii. Dziewczyny odchodziły, nie chciały latać, bały się. Kiedy ta czarna karta się odwróciła i znów poczuły się bezpieczne?

- Bały się chyba najbardziej po dwóch katastrofach iłów - 62 i w momencie kiedy one zniknęły z pola widzenia, a LOT kupił Boeingi rzeczywiście poczuły się o wiele bezpieczniej.  Zarówno stewardessy, jak i piloci, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że w przypadku tych katastrof głównym winowajcą był sprzęt. Załoga nie zawiniła. Trudno było wchodzić do samolotu ze świadomością, że nie lecisz sprzętem najwyższej jakości, tylko radzieckim iłem, w którym zastosowano przestarzałe technologie. To było ogromne obciążenie psychiczne.

Oprócz częstych awarii stewardessy musiały się mierzyć także z porwaniami. Miały szansę uczestniczyć w specjalnych szkoleniach, które uczyły jak reagować w takich sytuacjach?

- Panie opowiadały mi, że porwania w tamtych czasach były na tyle częste, że spokojnie możemy je porównywać z obecnym zagrożeniem terrorystycznym. Byłam też zaskoczona, kiedy okazało się, że 1/3 wszystkich moich rozmówczyń rzeczywiście doświadczyła jakiegoś porwania. Ktoś albo próbował uprowadzić samolot już na płycie lotniska  przed odlotem albo terroryzował pilotów w czasie lotu.

- W Instytucie Pamięci Narodowej trafiłam na notatkę dotyczącą szkoleń organizowanych w Stanach Zjednoczonych, w których miała szansę uczestniczyć niewielka grupa stewardess. Dziewczyny poleciały do Kansas City, ówczesnej siedziby linii lotniczych TWA (Trans World Airlines) i tam uczestniczyły w szkoleniach z zakresu bezpieczeństwa i reagowania na pokładzie. Czytając tę notatkę miałam jednak wrażenie, że wytyczne ze szkolenia były dość naiwne i zlokalizowanie na ich podstawie porywacza na pokładzie graniczyło z cudem. Porywaczem według nich mógł być tak naprawdę każdy pasażer.

- To, co wydaje mi się niebywale trudne, to to, że stewardessy musiały się takim porywaczem na pokładzie zająć, na przykład powinny z nim rozmawiać, zaproponować mu coś do picia, czyli zyskiwać na czasie i odwracać jego uwagę. Z drugiej strony musiały też zachować kamienną twarz i starać się, aby inni pasażerowie nie dowiedzieli się, że dzieje się coś złego. Ostatecznie nie wiadomo było przecież dokąd samolot tak naprawdę poleci i jak to porwanie się skończy.

Stewardessie w czasach PRLu było można na pokładzie więcej niż obecnie? 

- Moje rozmówczynie przyznają, że wtedy relacja stewardessa - pasażer była zupełnie inna. Pasażerowie np. przychodzili do nich do kuchni, teraz taką sytuację trudno sobie nawet wyobrazić. Kokpity również były otwarte, więc stewardessy przemieszczały się całkowicie swobodnie po całym pokładzie samolotu.

- Jedna z pań opowiadała mi, że jeśli chciała np. jechać z Warszawy do Gdańska to zaprzyjaźniony pilot mówił "Słuchaj mam za chwilę lot, chodź polecisz ze mną w kokpicie" Z całą pewnością mogły sobie więc pozwolić na zdecydowanie więcej.

Podczas pracy nad książką zaglądała pani również do LOT-owskiego muzeum. Eksponaty zamiast cieszyć oczy zwiedzających, niszczeją zamknięte w skrzyniach. Dlaczego?*

- O to już trzeba pytać LOT. Kilka miesięcy temu dzwoniłam do LOTu, żeby dopytać o losy muzeum i wiem, że zostało zamknięte. Mnie udało się jeszcze uchwycić ten moment, kiedy rzeczy były w gablotach, natomiast później wszystko zostało spakowane do pudeł. Na forach zrzeszających pasjonatów lotnictwa toczyły się gorące dyskusje na temat tego, że muzeum powinno działać. Z tego, co wiem, zostało jednak zamknięte i myślę, że warto zapytać LOT, jakie będą jego dalsze losy.

A co na to byłe stewardessy? 

- One bardzo żałują, że muzeum nie działa. A kiedy pytałam o ich pamiątki, to widać było, że autentycznie cieszą się, że mogą je komuś pokazać, wrócić do lat młodości i że te rzeczy nie niszczeją. Niektóre z nich mówiły, że przez lata nie wiedziały, co zrobić ze swoimi starymi mundurami i kilka lat temu po prostu je wyrzuciły, bo uznały, że już nikomu się nie przydadzą, a tylko zajmują im miejsce w szafie. Większość z pań, które były prekursorkami tego zawodu w Polsce już nie żyje i trudno ustalić, co stało się z pamiątkami po nich.

W kobietach, z którymi pani rozmawiała widać było jakieś podobieństwa, taki pierwiastek lotowskiej stewardessy? 

- Oczywiście. Przede wszystkim uroda, zorganizowanie, perfekcja w ruchach i sposobie mówienia. Czasami miałam wrażenie, że ze spotkań z nimi wychodzę bardziej wyprostowana, staram się ładniej wysławiać. Dało się w nich również zauważyć opanowanie i wewnętrzny spokój. Widać było, że panie do wszystkiego starają się podchodzić z uśmiechem i jeśli już zgadzają się na rozmowę są życzliwe.

A gdyby stewardessy, z którymi pani rozmawiała miały zostać nimi ponownie i znowu wejść na pokład, zrobiłyby to? 

- Ja pytałam raczej o to, jak one teraz oceniają pracę stewardess i wtedy odpowiadały mi, że to już kompletnie co innego. Kiedy one pracowały w zawodzie, to pasażer był w centrum. Procedury były ważne, ale koniec końców bardziej liczyło się to, jak czują się ludzie na pokładzie. Teraz - ich zdaniem - jest na odwrót. Żadna z nich na pewno nie żałuje, że kiedyś latała, ale w dzisiejszych realiach już chyba nie do końca chciałyby wykonywać ten zawód.

*O dalsze losy muzeum zapytaliśmy przedstawicieli LOT-u. Otrzymaliśmy odpowiedź, że Polskie Linie Lotnicze mają zamiar ponownie uruchomić je w przyszłości. Kiedy, to się stanie i dlaczego zostało zamknięte nie wiadomo.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje