Reklama

Reklama

Robię pstryk i gram

Lubi formę "pan", "pani", nigdy się nie bił, nie buntował. To Maciej Stuhr, chłopak z dobrego domu, zapobiegliwy mąż i ojciec. Ale jest i ten drugi, który w filmie czy w teatrze nie boi się mocnych scen.

Właśnie dostał Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego dla aktora wyróżniającego się wybitną indywidualnością. Czy na ekscesy pozwala sobie w życiu, sprawdzała Anna Stefopulos.

Chodził Pan do teatru na tatę czy na sztuki, w których grał?
Maciej Stuhr: Głównie na te spektakle, gdzie ojciec występował. Jako chłopak w każdy wolny wieczór zabierałem się z nim na przedstawienia do Starego Teatru. Po raz setny oglądałem Zbrodnię i karę, Kontrabasistę, Zemstę...
A co Pan sobie wtedy myślał?
Maciej Stuhr: Do otwarcia kurtyny był stres. Trzymałem kciuki, żeby ojciec się nie pomylił. Gdy spektakl trwał, obserwowałem reakcje ludzi, czy się śmieją lub wzruszają. Po spektaklu przystępowałem do "operacji ucho". Chodziłem wśród opuszczających teatr widzów i słuchałem opinii o przedstawieniu. Potem kablowałem w domu. Lubiłem też wszystko, co było poza sceną. Do dziś fascynują mnie narodziny postaci. Czy w kulisie stoi jeszcze aktor, czy już pan Fikalski. A może metamorfoza dokonała się jeszcze w garderobie...

Reklama

Kiedy zdecydował Pan, że zostanie aktorem?
Maciej Stuhr: Niechętnie o tym mówię. Tak mi zostało z czasów, gdy byłem chłopcem. Wtedy aktorstwo było moją tajemnicą i wielkim skrytym marzeniem. Od dzieciństwa miałem ambicję, że do wszystkiego w tym zawodzie dojdę sam. Panicznie bałem się zarzutów, że buduję karierę zawodową dzięki wysokiej pozycji ojca. Mam zdolności parodystyczne i umiałbym powiedzieć coś w rytmie, tembrze głosu i poczuciu humoru Jerzego Stuhra. Tylko po co? Wybrałem własną drogę. Dlatego najpierw skończyłem studia psychologiczne, a dopiero potem zdawałem do szkoły teatralnej.

A jak rodzice podeszli do Pana wyborów?
Maciej Stuhr: Byli zadowoleni, że podtrzymuję tradycję. Wszyscy Stuhrowie, łącznie z ojcem, skończyli Uniwersytet Jagielloński. Tata, jak zawsze powściągliwy, do niczego mnie nie namawiał. Wiedział, z jakimi stresami wiąże się zawód aktora, a poza tym zawsze był człowiekiem o bardzo zaostrzonych kryteriach. Na pytanie, jak mu się podobała moja rola w 33 scenach z życia Małgorzaty Szumowskiej, za którą dostałem Nagrodę Cybulskiego, odpowiedział: "Dostałeś odpowiednią ilość zbliżeń".

Wyjątkowa oszczędność w słowach.
Maciej Stuhr: Ojciec przyznaje, że został wychowany w pewnej surowości. Wywodził się ze szkoły, w której pedagog odzywa się tylko wtedy, kiedy coś jest źle. I takie metody przeniósł na rodzinę. Tych pochwał w naszych relacjach nigdy nie jest zbyt dużo. Choć to pewien paradoks, bo on sam jest łasy na słowa uznania. Zresztą podczas spotkań rodzinnych mama, siostra, moja żona i córka nie szczędzą mu zachwytów. Oczywiście lista jego dokonań jest imponująca. Sam niedawno odbierałem za niego nagrodę dla aktora stulecia czy wszech czasów, nie pamiętam, jak to było. Takich wydarzeń jest zresztą mnóstwo: to doktorat honoris causa, tu kolacja z Almodovarem - samo ich wymienianie brzmi niewiarygodnie. Efekt jest jednak taki, że ojciec żyje w trochę nierealnym świecie.

Wiedział Pan, że życie aktora może być fajne, wcześniej jednak zdecydował się Pan na studia uniwersyteckie. Nigdy Pan nie żałował?
Maciej Stuhr: Nigdy, bo to czas totalnej wolności w moim życiu: przesiadywanie w krakowskich knajpach z kumplami przy piwie, włóczenie się po Plantach, spacerowanie nad Wisłą, wycieranie marynarką kurzu w klubach, uczestniczenie w wyborach najmilszej studentki, prowadzenie juwenaliów... Nauka nie pochłaniała wiele czasu, więc z kolegami założyłem kabaret PoŻarcie. Zawsze lubiłem robić zabawne rzeczy. W szkołach, do których chodziłem, byłem takim kolesiem, który coś musi dopowiedzieć. Specjalnie mądre to nie było, ale trochę się pośmialiśmy. Spełniło się też moje marzenie o występowaniu. Zaistniałem w zawodzie, widzowie mnie zaakceptowali. Pisałem teksty, byłem niezależny, kariera rozwijała się w sposób naturalny. Dostawaliśmy nagrody, propozycje również z telewizji. Honoraria rosły. Zainteresował się mną film. A to wszystko jeszcze przed szkołą teatralną.

Przed nią w jednym roku zagrał Pan aż w pięciu filmach. Imponujące.
Maciej Stuhr: Jeśli wejdzie Pani jutro do kiosku i przyjrzy się okładkom kolorowych pism, to założę się, że na kilku z nich będzie pani Marta Żmuda-Trzebiatowska. W tym środowisku zapotrzebowanie na "nową twarz", która miło wygląda, dobrze się prezentuje i potrafi dobrze powiedzieć parę linijek tekstu, jest wciąż ogromne. Największa sztuka to przetrwać to w zdrowiu psychicznym. Nie zadzierać nosa. Nie zachłysnąć się tą całą aferą i wymagać od siebie jeszcze więcej. Życzę tego z całego serca pani Marcie.

Już w dzieciństwie mógł się Pan poczuć kimś wyjątkowym. Uodpornił się Pan na pochwały?
Maciej Stuhr: Chodzi Pani o Dekalog? Zagrałem w nim, mając 12 lat. To był chyba jedyny film, oprócz filmów wyreżyserowanych przez ojca, w którym zostałem obsadzony, dlatego że jestem synem Jerzego Stuhra. Krzysztof Kieślowski, przyjaciel naszej rodziny, znał mnie od zawsze. Urodziłem się podczas kręcenia ich pierwszego wspólnego filmu - Blizna. To był pierwszy człowiek, który zobaczył we mnie aktora. No, może trochę naciągam. Ale poniekąd mam prawo tak mówić, bo Kieślowski poszedł za ciosem i chciał mnie zaangażować do filmu Trzy kolory: Niebieski. Okazało się jednak, że zdjęcia powstaną we Francji. Chłopiec, świadek wypadku, kradnący krzyżyk, który potem odnosi Juliette Binoche, jest niestety czarnowłosym Francuzem.

Kieślowski był częstym gościem Stuhrów?
Maciej Stuhr: To był najbliższy przyjaciel ojca. Pamiętam wspólne wakacje, wspólne rozmowy... Zatrzymywał się u nas w domu na wsi, no i opowiadał, jaki dziwny jest Zachód. Że w filmie rządzą tam agenci i producenci, co wtedy w Polsce było zjawiskiem nieznanym. Ten wielki Kieślowski razem z Preisnerem chodził w Paryżu do salonu z automatami. Grali na flipperach i jednorękich bandytach. Chłopięcy, roześmiany z przejęciem opowiadał o grze, w której uczestnik jest bohaterem westernu. Trzyma się w ręku rewolwer i strzela do bandytów na ekranie. Jako dzieciak przeżywałem te opowieści i marzyłem, żeby kiedyś pójść do takiego salonu. Teraz nawet nie muszę wychodzić z domu. Mam tę grę na ekranie mojego telewizora. Gram w nią z takim samym przejęciem.

Kiedy zdawał Pan do szkoły teatralnej, był Pan doświadczonym aktorem. Warto było?
Maciej Stuhr: Warto. Wiedziałem, że chcę wycisnąć ze szkoły aktorskiej wszystko, co się da. Z pokorą ćwiczyłem zbitki językowe bda bda, bde bde, bdi bdi... Na trzecim roku wydawało się nam, że już sporo wiemy o fachu. Wtedy na zajęcia przyszedł Jan Peszek i bez zbędnych ceregieli kazał grać. Zdębieliśmy. Jak to, bez skupiania, wyciszania, przeżywania? "Czy wyście zwariowali - zawołał Peszek - ja teraz robię pstryk, a pan gra!". Dla mnie to była rewolucja, bo nie tego nas uczono. Ale jednocześnie kamień spadł mi z serca. Ktoś wreszcie nazwał to, co przeczuwałem od dawna. Że wielkość aktora nie polega na ilości pracy, jaką włożył w przygotowanie roli, tylko na tym, czy w ułamku sekundy potrafi uwierzyć i przekonać widza, że np. ta obca dla niego, nie najładniejsza kobieta to miłość jego życia, za którą wskoczyłby w ogień.

Na studiach prowadził Pan luźne artystyczne życie. Ale także wtedy zdecydował Pan, że pora być odpowiedzialnym. Co miała w sobie żona, że zrezygnował Pan z wolności?
Maciej Stuhr: Samantę poznałem na festiwalu filmowym Prowincjonalia. Była tam z filmem Kroniki domowe Leszka Wosiewicza, w którym zagrała. Przeżyłem wielką fascynację tą niezwykłą kobietą. Trwa ona do dziś. Wydawała mi się konkretna, niedostępna, nawet odrobinę zimna. Paradoksalnie to na mnie zadziałało.

Jak zdobywał Pan żonę?
Maciej Stuhr: A na przykład jechałem nocą do Warszawy, żeby zrobić jej niespodziankę: zobaczyć się na pięć minut, życzyć miłego dnia i zaraz wracać do Krakowa. Dość szybko zdecydowaliśmy się, że chcemy być rodziną. Miałem 25 lat i poczułem, że żarty się skończyły. Czas spoważnieć i być odpowiedzialnym.

Bał się Pan?
Maciej Stuhr: Bałem się nowego etapu, ale też bardzo go chciałem. W momencie przyjścia na świat Matyldy, właściwie jeszcze wcześniej, gdy patrzyłem na moją córkę na monitorze USG, przepadłem. Obie kobiety zaanektowały mnie bez reszty.

Powielił Pan model związku, jaki tworzą Pana rodzice, czy stworzył własny?
Maciej Stuhr: Dzisiaj widzę, że oni zbudowali klasyczny patriarchalny układ. Ojciec był dominatorem. Wiele miesięcy spędzał na tournee, ale kiedy się pojawiał, cały nasz domowy świat zaczynał kręcić się wokół niego. Mama odsuwała się na drugi plan. Wobec ojca czuliśmy duży respekt. Gdy wracał z dłuższej podróży, dom musiał być posprzątany, a sprawy załatwione. Ale nawet jak wszystko było w porządku, to też nie zawsze znajdowało uznanie w oczach ojca. Był wesołym, miłym facetem, jeśli jednak coś szło nie po jego myśli, błyskawicznie potrafił ustawić nas do pionu. W moim domu jest inaczej. Żona wodzi mnie za nos w sprawach codziennych. Czasami nieświadomie, a czasem świadomie, ale ja się daję.

Tato bywał "dominatorem". A mama? Łagodna czy wymagająca?
Maciej Stuhr: Jest całym ciepłem związanym z domem rodzinnym. Była bardzo dzielna, bo kiedy ojciec wyjeżdżał, przejmowała stery. W kryzysowych latach 80. to nie było łatwe. Tata zawsze powtarza, że jeżeli ktoś w naszym domu jest prawdziwym artystą, to właśnie mama. Była utalentowaną, koncertującą skrzypaczką i w domu regularnie ćwiczyła. W moim dziecięcym życiu ważni byli też dziadkowie. Babcia - ciepła, dowcipna osoba. Paliła papierosy i codziennie zażywała pastylkę z krzyżykiem, ponieważ bała się migreny. Pracowała w księgowości w Starym Teatrze. Gdy przychodziłem do niej, wyciągała z szafy galaretki w czekoladzie, wówczas absolutny rarytas. Na emeryturze przychodziła do nas prawie codziennie. W czwartki mieliśmy rodzinne obiady. Często cięliśmy w remika. Dziadek był prokuratorem. Miał klasyczne wykształcenie. Należał do tego przedwojennego pokolenia, które niezależnie, czy się wychowywało w Krakowie, Warszawie, czy w Wadowicach, po skończeniu gimnazjum otrzymywało tak solidną wiedzę, że wystarczała na całe życie.

Przypomina Pan w czymś dziadka?
Maciej Stuhr: On do ostatnich swoich dni był w stanie zagiąć mnie z historii, którą bardzo lubiłem i byłem z niej niezły. Pamiętał wszystko... to samo z literaturą, łaciną... Był człowiekiem dość skrytym i chłodnym. To jest charakterystyczne dla męskiej linii Stuhrów, choć kobiety, które weszły do rodziny, bardzo pracowały, aby nauczyć nas okazywania uczuć.

Odniosły sukces?
Maciej Stuhr: Są postępy. Ojciec jest bardziej uczuciowy od dziadka, chociaż niewiele, a ja jestem bardziej od ojca, może najbardziej z tej trójki. Jednak ocena własnej osoby zawsze jest trudna.

Wychowanie w dobrej krakowskiej rodzinie wpłynęło na Pana charakter. Ma Pan wizerunek spokojnego, nawet ugrzecznionego faceta. A okres buntu? Zaliczył Pan?
Maciej Stuhr: Nie miałem przeciw czemu się buntować, w zbyt dobrych czasach się urodziłem. Jest coś takiego w moim pokoleniu, że pozwalamy, by niósł nas prąd, co zresztą czasem wypominają nam rodzice. A że jestem grzeczny? Fakt, jestem i nie uciekam od tego. Bardzo lubię na przykład formy "pan", "pani". Nawet do dobrego znajomego mówię: "niech pan sobie wyobrazi, zrozumże pan" albo: "pojęcia pan nie masz". Zwracanie się w ten sposób do rozmówcy ma swój urok, jest w tym sporo kokieterii. No i od razu widzę, czy jest nić porozumienia, ta sama chemia. Bo przecież w tym "pan", "pani" jest więcej przymrużenia oka niż sztywnych form.

Coś niestosownego chyba Pan w życiu jednak zrobił?
Maciej Stuhr: Zamówiłem do kuchni kamienny blat. Przywieźli go, był piękny, ale na samym środku dostrzegłem brzydką skazę. Wezwałem kamieniarza: "Proszę spojrzeć, to wygląda jakby kot nasrał". A fachowiec: "Ja mam na nazwisko Kot!". Jezus Maria, chciałem się pod ziemię zapaść, dzwoniłem trzy razy, żeby go przeprosić.

Bił się Pan kiedyś?
Maciej Stuhr: Nigdy. Przemoc fizyczna jest czymś, co mnie brzydzi. Jeśli rasa ludzka przeszła ewolucję, to również po to, żeby wyeliminować przemoc. Oczywiście potrafię wyobrazić sobie sytuacje, w których mężczyzna powinien dać w mordę, ale mam nadzieję, że one mi się nie przydarzą. Natomiast odbyłem dziesiątki bójek filmowych, przy czym, co ciekawe, zawsze występuję w roli bitego. Kaskaderzy już wiedzą, że muszą mnie nauczyć jedynie wyprowadzania ciosów, o ile mam się bronić, bo ich przyjmowanie mam opanowane do perfekcji. Można by kiedyś zmontować sceny z Fuksa, Gliny, Poranku kojota, Pogody na jutro, Wesela - wszędzie mój bohater dostaje łomot.

Czyli raczej słaby niż silny. Porozmawiajmy więc o słabościach. Ma Pan nałogi?
Maciej Stuhr: Zacząłem popalać przez reżyserkę Agnieszkę Glińską. Obsadziła mnie jako Frania w tytułowej roli sztuki Włodzimierza Perzyńskiego Szczęście Frania. Bohater pali papierosy, więc siłą rzeczy ja też. I potem kontynuowałem najpierw w sytuacjach towarzyskich, a potem i bez nich. Na trzydzieste trzecie urodziny postanowiłem, że albo rzucę papierosy teraz, albo nigdy. Udało się, od pół roku nie palę. Lubię też napić się dobrego alkoholu, głównie czerwonego wina. Nie udaję, że się na nim znam. Potrafię tylko powiedzieć, czy smakuje mi, czy nie. Czasem, kiedy wracam do domu po ciężkich zdjęciach, przedstawieniu, a zwłaszcza po chałturze, bo przecież kilka mi się zdarzyło, sięgam po szklaneczkę whisky. To najprostszy sposób, żeby zrzucić stres, poczucie, że, jak ja to mówię, przytarło się twarz...

Czy udział w reklamie banku był "przytarciem twarzy"?
Maciej Stuhr: Dziesięć lat temu byłby. Teraz aktorzy w reklamach nie są już kontrowersyjni. Do tej pory odmawialiśmy z ojcem, a propozycji było naprawdę sporo. Kiedyś wzięliśmy udział w programie telewizyjnym, w którym zawodowi badacze udokumentowali drzewo genealogiczne rodziny Stuhrów łącznie z naszymi austriackimi korzeniami. I wtedy odezwał się jeden z najstarszych i najbardziej nobliwych austriackich banków, co nas ujęło na dzień dobry. Gdy kręciliśmy reklamówkę, jeszcze nikt nie miał pojęcia o kryzysie i teraz odwiedzający bank biznesmeni żartują, cytując reklamę: w co inwestować? W kaczki? Odbiór jest raczej sympatyczny.

A pieniądze? Poczuł się Pan bogatym człowiekiem?
Maciej Stuhr: Odkąd zacząłem zarabiać, nigdy nie brakowało mi pieniędzy. Zawsze miałem trochę więcej niż potrzebowałem. Mówią mi, że powinienem żądać jeszcze wyższych stawek, ale ja nie chcę. Myślę, że istnieją granice przyzwoitości. Nie chcę, żeby o mnie źle mówiono na mieście. Mam resztki skrupułów. Zgodziłem się na reklamę, aby potem mieć luksus robienia ambitnych projektów. Mogę teraz pracować trochę mniej, wybierać ambitne projekty i spędzać czas z rodziną.

Ambitne projekty to na przykład praca u Krzysztofa Warlikowskiego?
Maciej Stuhr: Owszem. Już od kilku miesięcy mamy próby do sztuki zatytułowanej (A)pollonia. Jest inspirowana tekstami antycznymi i współczesnymi. Premiera odbędzie się prawdopodobnie na wiosnę w Nowym Teatrze. Dla mnie praca nad spektaklem to wielka intelektualna przygoda, nieustające poszukiwania. Siedziba naszej sceny dopiero będzie budowana. Idea jest bardzo ambitna. Będzie to centrum sztuki współczesnej. Oprócz teatru ma być tam przestrzeń wystawowa, knajpka, biblioteka, będą się odbywały również koncerty muzyki współczesnej. Powstaje miejsce, do którego sam chciałbym chodzić. Nie wiem, jakie zakręty zafunduje mi życie, ale obecny stan, zawodowy i prywatny, bardzo mi odpowiada i chciałbym, żeby trwał jak najdłużej.

Pojawiło się coś na kształt stabilizacji?
Maciej Stuhr: Skończyłem etap uganiania się za rzeczami. Urządziłem mieszkanie, samochód jeździ, dziecko ma szkołę. Rodzina daje mi poczucie spokoju, normalności. Powoli staję się... tatusiem. Oby tylko nie podtatusiałym tatusiem.

A jest coś, co naprawdę Pana wkurza?
Maciej Stuhr: Niezrozumienie dla dowcipów. Obrażanie się z powodu czyjegoś żartu uważam za reakcję poniżej pasa. Ta bardzo cienka granica pomiędzy złośliwością a humorem jest często papierkiem lakmusowym, po którym poznaję "swojego".

Rozmawiała Anna Stefopulos

Twój Styl

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: chłopak | papierosy | żona | rodzice | szkoły | ojciec | Maciej Stuhr

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje