Reklama

Reklama

Russell Crowe: Bywam nieprzyjemny

Łatwo się denerwuje. A wtedy z dystyngowanego laureata Oscara przemienia się w szarżującego rugbystę. Potem w zaciszu domowej kaplicy dzieli się z Bogiem swoimi przemyśleniami. Tylko nam Russell Crowe mówi o tym, dlaczego słucha zawodowych kłamców i jakie są według niego granice lojalności.

Genialny aktor, właściciel prowincjonalnej drużyny rugby i szalony rockman w jednej osobie jest dziś w bojowym nastroju. Od rana "zerwał" już dwa wywiady, a potem zamknął się w swoim pokoju i wyłączył telefon, doprowadzając tym swoją agentkę do rozpaczy. Dziennikarze, którzy przyjechali z całego świata do Londynu na wywiady z gwiazdą filmu "Stan gry" Kevina Macdonalda, po kolei rezygnują i znacząco stukając w zegarki, odjeżdżają taksówkami na lotnisko.

Reżyser krąży nerwowo po hallu hotelu Dorchester i bezradnie rozkłada ręce, gdy korespondent włoskiej gazety "La Repubblica" podniesionym głosem pyta, kiedy gwiazdor raczy pojawić się na rozmowie. Grupa brytyjskich dziennikarzy na znak protestu wychodzi, trzaskając drzwiami. Russell, po czterech godzinach, wychyla głowę przez drzwi apartamentu.

Reklama

W czapeczce z naszywką swojego ulubionego australijskiego klubu rugby Rabbitohs i ciasnym podkoszulku wygląda jak robotnik z pobliskiej budowy, a nie laureat Oscara za rolę szlachetnego rzymskiego wojownika Maximusa w "Gladiatorze" Ridleya Scotta. Szeroko ziewa, niecierpliwym gestem posyła asystentkę po kubek kawy i ochrypłym głosem oznajmia, że jest już gotowy. "Ale dziennikarze wchodzą na własne ryzyko", dodaje ostrym tonem. Obejrzałem się. Została nas garstka i jakoś nikt nie palił się do tego, by pójść na pierwszy ogień. Przestąpiłem próg pokoju gwiazdora...

Russell Crowe: Ostrzegam! Nie znoszę udzielać wywiadów. Łatwo się wkurzam i bywam wtedy nieprzyjemny, więc uważaj!

Czemu?
Słuchaj? To nie jest kwestia mojego złego humoru czy nastawienia, tylko doświadczenie życiowe. Zbyt wiele razy mnie oszukałeś.

Ja???
Może nie konkretnie ty, ale w ogóle dziennikarze.

Pan, oczywiście, nigdy nie manipulował dziennikarzami...
Jeżeli ktoś mnie wali w zęby, to nie nadstawiam drugiego policzka.

Najnowszy Pana film jest właśnie o takiej próbie sił. Tylko że wciela się Pan tam w skórę dziennikarza, a nie gwiazdora.
Kiedy właśnie mój bohater jest takim aroganckim "gwiazdorem" dziennikarstwa. Wie, że tekst podpisany jego nazwiskiem trafi na pierwszą stronę, a nie na jedenastą. Wydaje mu się, że to on rozdaje karty. Ale w trakcie dziennikarskiego śledztwa dojrzewa do refleksji, że też bywa obiektem manipulacji. To odkrycie jest jak cios między oczy.

Zaręczam Panu, że znam ten zawód. Wystarczy uczciwość i obiektywizm.

Obiektywizm to mit. Można do niego dojść jedynie przez ciągłe i uparte dążenie do prawdy i ciężką pracę. Bohater, którego gram, w ten właśnie sposób osiąga cel. Najpierw pisze jedną wersję - obiektywną w jego mniemaniu, bo opartą na informacjach, które zdobył. Ale jeszcze przed upływem ostatecznego terminu oddania tekstu okazuje się, że jego artykuł nie jest wart funta kłaków. Pisze więc znów kolejną wersję. A gdy w ostatniej chwili przed posłaniem materiału do drukarni pojawiają się wątpliwości, nie waha się rzucić na szalę całego swojego autorytetu, by wstrzymać druk gazety i napisać wszystko od początku.

Dziennikarz idealny?
Powiedzmy, że bliski ideału. Ale w dzisiejszych czasach, w dobie Internetu i pogoni za newsami tacy ludzie już nie istnieją.

Skoro Pan tak twierdzi, to rozumiem, że konsekwentnie nie czyta Pan gazet, nie ogląda telewizji, nie słucha radia. Bo wszystkie media kłamią.
Gdyby można było po prostu machnąć ręką na świat? Ale ja, cholera, mam w sobie ogromny głód informacji. Naturalną ciekawość tego, co się gdzieś wydarzyło. Przy tym rzeczywiście nie potrafię się przełamać i zaufać dziennikarzom jakiejś jednej stacji czy gazety. Dlatego też kupuję i przeglądam zawsze kilka dzienników. Przełączam nieustannie kanały telewizyjne. Porównuję, jak te same informacje przekazują różne media. Zakładam, może nazbyt optymistycznie, że nie wszyscy kłamią tak samo. Problem w tym, że w gazetach pełno jest dziennikarzy i polityków, a według mnie to zawodowi kłamcy.

"Stan gry" to właśnie film o dziennikarzach i politykach. Nie rozumiem, po co Pan wziął udział w projekcie, który opisuje świat, którego Pan nie znosi?
Mam swoje zdanie o tym środowisku, ale nie mogę powiedzieć, że mnie ono w ogóle nie obchodzi. To, co mnie zawsze w ludziach pociągało, to pasja. Nie znoszę bezdusznych, zimnych technokratów, cynicznych manipulatorów. Za to podziwiam polityków i dziennikarzy, którzy mają w sobie jakąś polemiczną energię. Jeśli z ogniem opowiadają o swoich pomysłach i wizji przyszłości, przykuwają moją uwagę.

Nawet wtedy, kiedy szczerze nienawidzę ich poglądów.

To też jest film o męskiej przyjaźni i lojalności. Pan jest lojalny?
To zależy od okoliczności.

Czyli nie. Ale przynajmniej Pan szczerze...
Poczekaj! Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Po prostu nie jestem naiwny. Jeśli ktoś chce mnie wyrolować, to choćby był moim kumplem, powiem mu w oczy, co o nim myślę i nasza znajomość się zakończy.

Przyjaźń się nie liczy?
W imię przyjaźni i dobrej zabawy jestem gotowy na wszystko.

Co to znaczy "gotowy na wszystko"?
Kiedyś kumpel zadzwonił do mnie i zaprosił na swoje 40. urodziny. Problem polegał na tym, że kręciłem film w Meksyku, a on robił imprezę w Queensland, na środku australijskiej pustyni. Powiedziałem mu więc: "Stary, nie dam rady". Ale potem chodziłem cały dzień wkurzony, bo wiedziałem, że zawiodłem przyjaciela. No i wziąłem dwa dni wolnego...

Sergiusz Pinkwart

Wywiad pochodzi z czerwcowego numeru magazynu PANI. Więcej artykułów z najnowszej PANI znajdziesz na WWW.styl24.pl

Tekst pochodzi z magazynu

PANI
Dowiedz się więcej na temat: gazety | rugby | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy