Siostra Anastazja: Nie można co do joty kierować się przepisem

Od lat gotuje i piecze dla krakowskich jezuitów, którzy namówili ją na wydawanie książek kucharskich. Do tej pory sprzedano ich ponad 3 miliony egzemplarzy. Czytelnicy uwielbiają przepisy Siostry Anastazji Pustelnik, bo jej dania zawsze się udają. Rozmawiamy o tajnikach gotowania, życiu zakonnym, rodzinie i o tym, jak przylgnęło do niej imię Anastazja.

Agnieszka Łopatowska, Interia: Ile siostra spędza godzin w kuchni?

Reklama

Siostra Anastazja Pustelnik FDC: - Jak etat przykazuje - 8 godzin. A kiedy są jakieś święta czy imieniny, to wtedy trzeba i dłużej.

Ile ma siostra osób do pomocy?

- Dwie panie, które pracują na zmianę co drugi dzień.

To kiedy ma siostra czas na eksperymenty w kuchni?

- W tych ośmiu godzinach trzeba się zmieścić.

W siostry książkach doliczyłam się około 2 tys. przepisów...

- Nie wiem, bo ja nie liczyłam (śmiech). Kiedy robimy przepisy do książki, to wszystko idzie na obiad. Ciasta też od razu jemy.

Które potrawy są siostry specjalnością?

- Ciasta. Widać po mnie, prawda? Zwłaszcza serniki i biszkopty przekładane z owocami.

Zdjęcia do przepisów robi Andrzej Sochacki. Jak pracujecie nad książką - jak na przykład nad ostatnią "102 ciasta z owocami Siostry Anastazji"?

- Jak zrobimy ciasta, to dzwonimy po niego, przychodzi i zabiera po kawałku do zdjęć. Maksymalnie dziennie pieczemy trzy, zwłaszcza owocowe, bo je trzeba szybko zjeść. Jedną książkę średnio przygotowujemy przez trzy miesiące.

WYGRAJ KSIĄŻKĘ KUCHARSKĄ SIOSTRY ANASTAZJI 

Jak w takich warunkach nie narażać się na piąty grzech główny - nieumiarkowania w jedzeniu i piciu?

- Pan Bóg dał wolną wolę i człowiek wybiera. Musi wybierać to, co uznaje za dobre, a nie to, co złe. Trzeba odsuwać od siebie łakomstwo. Kiedy robimy książkę, to ciasta jest jedna blaszka. Każdy dostaje po kawałku i nie ma się jak przejeść. W domu każdy członek rodziny z takiej blaszki zje więcej.

Jak wyglądają oryginały siostry przepisów, ma siostra jakiś zeszyt z nimi, są skatalogowane?

- Zanim wyjdzie książka, to sobie ułożę ten przepis i napiszę na kartce. Do grafika idzie złożona książka, napisana ręcznie i ze zdjęciem do każdego przepisu. Ale kiedy książka już wyjdzie, to potargam wszystko. Ile bym ich w pokoju później miała? Nieporządek by był. A tak, jeśli sobie coś zapomnimy, to przeglądamy te książki. W sobotę i niedzielę też sobie panie z nich korzystają, kiedy mnie nie ma.

Jak ustala siostra jadłospis dla ojców jezuitów?

- Na ogół jak gotujemy kaszę, to zupę z ziemniakami. Jak gołąbki, to pikantniejszą zupę, na przykład ogórkową. Ale kiedy usłyszałyśmy, że się zorientowali, że jak jest ogórkowa, to będą gołąbki, wszystko pozmieniałyśmy (śmiech). Jeśli jest zupa czerwona, to nie podajemy kapusty czerwonej i marchewki, żeby obiad nie był w jednym kolorze. Żeby był urozmaicone i smakami, i kolorami...

Mówi się, że mężczyźni i kobiety mają inny smak - zauważyła siostra taką zależność?

- Niektóre kobiety lubią pikantne dania, a niektóre nie mogą ich zjeść. Mężczyźni tak samo. Tak jak tutaj u ojców - jeśli ktoś chce mieć bardziej doprawione, to na stole jest pieprz i sól czy maggi i niech sobie doprawi. Surówek z marchewki czy kapusty nie słodzimy, bo mężczyźni nie chcą słodkich. U sióstr muszą być posłodzone.

Ojcowie mówią siostrze, kiedy coś im nie smakuje?

- Jeśli jest niedobre, to na pewno im nie smakuje. Mnie też nie smakuje. Nie da się wszystkim dogodzić. Tak jak w rodzinie - coś lubią dorośli, a dzieci tego nie będą lubiły. W klasztorze nie mówi się, że nie lubię, nie będę czy nie chcę. Takie słowa się wykreśla.

Ma siostra jakiegoś swojego ulubionego autora książek czy programów kulinarnych?

- Nie oglądam programów, bo nie mam kiedy. W pracy musimy pracować, telewizora w kuchni nie ma. Kiedy wracam do domu, to muszę się przystosować do porządku zakonnego. Mamy z siostrami wspólne modlitwy, nie tak, jak ojcowie. Później rekreacja też wspólnie. Muszę z nimi być.

Czyli w zakonie siostra w ogóle nie gotuje i nie piecze.

- Nie, tam inne siostry to robią.

Jaką radę da siostra osobie, która pierwszy raz wchodzi do kuchni, zaczyna przygodę z gotowaniem?

- Żeby się nie zniechęcać, jeśli jej pierwszy raz coś nie wyjdzie. Jak ciasto nie urośnie, zrobi się zakalec - trzeba następnym razem pomyśleć, co mogłam źle zrobić. I domownicy muszą pomóc. Jak to jest młoda żona, żeby mąż od razu nie siadł i nie krytykował. Tylko żeby pochwalił. A za tydzień może powiedzieć: "Wiesz co, tamto ciasto było dobre, ale mogłoby być lepsze". Nie przekreślić z góry, że ktoś się nie nadaje. A jeszcze byłoby najlepiej, żeby jej pomógł. Później wspólnie zasiąść do stołu. I jeszcze mamę zaprosić. Wydaje mi się, że tak powinno być, a różnie w tych rodzinach teraz jest. Mąż żąda, żeby było wszystko ugotowane, wszystko podane. Wraca z pracy i patrzy w telewizor, w komputer, w internet. A biedna żona w te garnki tylko.

Siostra korzysta z internetu?

- Nie mam internetu i nie umiem tego, zajmują się tym pracownicy wydawnictwa. Jeśli ktoś zadaje pytanie przez internet, to przychodzą mnie zapytać, co odpisać. Wolę bezpośredni kontakt, kiedy gdzieś jedziemy na targi książki, na festyn, na spotkanie z kołem gospodyń wiejskich, do parafii.

Ma siostra jakiś tajemniczy składnik swoich potraw?

- Ser na sernik. Przywozi nam gospodarz spod Krakowa takie prawdziwe mleko i robimy ser domowy.

Zawsze siostra powtarza, że najważniejsze są odpowiednio wybrane składniki. Na co powinniśmy zwracać szczególną uwagę, na przykład chcąc piec ciasta według siostry przepisów?

- Gotowałam już w kilku regionach Polski, tam gdzie mnie przenosili, i wiem, że na przykład mąki są teraz bardzo różne. Trzeba wybierać najlepsze. W Warszawie była dobra mąka. Masło trzeba sprawdzać, jaką ma zawartość tłuszczu. Jajka muszą być dobre, u nas jeden z braci przywozi je ze wsi. Bo czasem jak się rozbije jajko, to białko jak woda z niego wyleci, nawet piana się dobrze nie ubije. Trzeba mieć swoich pewnych dostawców, najlepiej ze wsi.

Wspomina siostra, że to jej mama wymodliła się o jej i powołanie, i gotowanie. Pamięta siostra smaki dzieciństwa?

- Kiedy żyła moja mama, nie było jakichś specjałów, ciast na przykład. U nas na Wschodzie był barszcz biały, gołąbki z ziemniaków, tarte kluski - na które przepis mamy nawet w którejś książce. Chleb się piekło w domu. Pamiętam - był u nas taki zwyczaj, że w święto (tylko nie w Boże Narodzenie) czy w niedzielę były pierogi na śniadanie - z serem albo z kapustą.

Później trafiła siostra do zakonu i tam uczyła się gotować. Od kogo nauczyła się siostra najwięcej?

- Zawsze w zakonie łączą starszą i młodszą siostrę, żeby ta starsza tę młodszą nauczyła. Pamiętam, że w kolegium była siostra Ludwina, która długie lata już gotowała. W Jastrzębiu była siostra Bolesława, bardzo dużo mi pomogła. 12 lat z nią pracowałam. Z siostrą Ludwiną uczyłam się gotować w zasadzie do podstaw, bo umiałam gotować po swojemu, po wschodniemu. Pracowałam z nią w ośrodku dla dzieci, ale tam były już duże dzieci, to nie było problemów. W Jastrzębiu były malutkie dzieci, od urodzenia. One musiały być karmione przez smoczki. Choć czasem były i większe, ale miały przełyki poparaliżowane. Przedtem nie było mikserów, trzeba było im wszystko robić ręcznie - mielić jedzenie, przecierać przez sitka...

Może teraz siostra powinna pomyśleć o książce dla dzieci?

- O nie. Dietetycy by mnie przegonili, bo teraz wszystko trzeba dokładnie obliczać.

Co siostra myśli o dietetycznej kuchni, w której wszystko jest odtłuszczone, delikatne?

- Jak komuś to pasuje, to może tak gotować. Ja wolę tradycyjne potrawy. Ale my też nie używamy dużo smalcu, majonezu do sałatek czy śmietan. Najwięcej dajemy jogurtu naturalnego. Żeby nie było za tłuste, ale żeby było czym pojeść.

Czytelnicy siostry książek chwalą te przepisy, że zawsze wychodzą. O czym trzeba pamiętać, żeby tak było?

- Trzeba znać piec. Kiedy jesteśmy na spotkaniach z różnymi paniami, to podkreślają, że trzeba zwracać na to uwagę. W 180 stopniach jeden piec upiecze dobrze, a w drugim ta temperatura będzie już za wysoka i wszystko spali.

- Na ogół mówią, że im się wszystko udaje, a ja się nawet czasami dziwię (śmiech). Kiedyś jedna pani zadzwoniła, że kupiła książkę i że to bubel, bo w jednym przepisie było napisane, żeby dodać pół łyżeczki gazu do ciasta. To był amoniak, a ona nie wiedziała, że jest amoniak spożywczy.

- W naszych książkach nie ma wagi składników, tylko szklanki, łyżki. Nie można się co do joty kierować się przepisem. Jeśli są duże jajka, to według swojego myślenia trzeba dać do mąki jedno mniej, bo ciasto będzie za rzadkie. A jak są malutkie, to trzeba dodać jedno więcej.

Czyli trzeba być kreatywnym.

- No właśnie. Nie wyważyć co do deka, bo czasem nawet waga zawodzi.

Jak to się stało, że przyjęła siostra imię Anastazja?

- To dopiero była historia! Chciałam mieć na imię Aldona. Ale moje koleżanki z nowicjatu śmiały się, że jestem Anastazja. W ogóle mi się to imię nie podobało, strasznie się z niego śmiałyśmy. Podczas obłóczyn okazało się, że dostałam właśnie to imię. Szłam od ołtarza i nie mogłam powstrzymać śmiechu. Jeszcze przez kilka miesięcy jak się tak do mnie zwracano, to nie reagowałam. Ale teraz już się przyzwyczaiłam.

Są tacy, którzy wierzą, że jak się wejdzie złemu do kuchni, to ciasto nie wyrośnie. Ma siostra swoje przesądy?

- W takie przesądy nie wierzę. Ale trzeba mieć patronkę do gotowania.

Lepszą niż święty Antoni - patron spraw beznadziejnych?

- Mam Matkę Bożą, zawsze pomodlę się "Pod twoją obronę" i to stosuję od młodości, to jest takie moje. A w to, czy to przyjdzie, a tamto przeleci nie wierzę.

Jest siostra mistrzynią polskiej tradycyjnej kuchni, a gdyby chciała poznać kuchnię z innej części świata, to co by siostra wybrała?

- Włoskie makarony. Tylko bez tych dziwactw morza (śmiech).


Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje