Reklama

Reklama

Tańczę w snach

Silna, piękna, wrażliwa. Była wokalistka Varius Manx po kraksie samochodowej, która była na ustach całej Polski, jeździ na wózku. I udowadnia, że nie oznacza to rezygnacji z marzeń.

O czym myślisz patrząc w lustro?
Monika Kuszyńska: - Patrzę na siebie sprzed lat. Byłam atrakcyjną dziewczyną skoncentrowaną na dobrym wyglądzie. To mnie wręcz ograniczało. Uległam przeświadczeniu, że uroda jest najważniejsza i przysłania innym mój prawdziwy obraz. Doszłam więc do wniosku, że nie ma sensu z tym walczyć. Kiedy ktoś codziennie mówi ci, że jesteś świetnie ubrana, że jesteś ładna, to w pewnym momencie można wpaść w pułapkę i nie starać się w innych dziedzinach. Uległam presji i przez to na przykład... mniej pracowałam nad głosem. Bo skoro wszyscy i tak zwracają uwagę przede wszystkim na ładną buzię, to po co się starać? Przestałam się rozwijać wokalnie, bo i tak wszyscy komentowali moją sukienkę.

Reklama

Wypadek zmienił cię fizycznie? Na pierwszy rzut oka wyglądasz dokładnie tak samo...
- Już nie jestem taką smukłą, zgrabną dziewczyną jak kiedyś. Mięśnie inaczej pracują. Kiedyś we wszystkim wyglądałam dobrze. Po wypadku musiałam nauczyć się sztuki maskowania pewnych niedoskonałości. Osoba siedząca ma zupełnie inne proporcje niż ta, która chodzi. Po wypadku moja samoocena, jako kobiety, była bardzo niska. Byłam w takim momencie życia, że stwierdziłam, że zupełnie odpuszczam ten temat. Kompletnie nie myślałam o takich rzeczach jak związki, miłość.

To jak to się stało, że od kilku miesięcy jesteś mężatką?
- Mój obecny mąż jest moim przyjacielem. Kiedy spotkaliśmy się już po wypadku (Kuba Raczyński grał na saksofonie w Varius Manx - przyp. red.), zupełnie nie zastanawiałam się, czy mu się podobam. Nie pomyślałam nawet, że mogę być dla niego atrakcyjna. A potem zaczęłam zastanawiać się: "A może jednak?" (śmiech).

Czy osoby niepełnosprawne mają prawo do miłości? Czy same muszą je sobie dać?
- Człowiek na wózku czuje się mniej atrakcyjny, wie, że może sobie na mniej pozwolić. Kobiety porównują się do innych. Tymczasem atrakcyjność jest zapisana nie tylko w naszym ciele i twarzy, ale musi za tym iść coś więcej. I, paradoksalnie, kobiety i mężczyźni na wózkach spotykają wspaniałych partnerów. Bo oni nie widzą tylko wózka, ale coś głębiej. Każdy ma prawo do miłości. Widziałam już tak dziwne, przeróżne związki, że powstawało pytanie: "Jak to działa?". Ale to już ich tajemnica.

Jesteś optymistką?
- O tak! Teraz nawet bardziej, niż kiedyś. Dopiero po wypadku w pełni odkryłam u siebie tę cechę. W czasie trudnych wydarzeń w moim życiu, zawsze zwyciężała u mnie dobra myśl. Żeby przetrwać, zbudowałam system chwytania się pozytywnych elementów rzeczywistości. Nie wiem, czy ten optymizm był we mnie, czy też zbudowałam go w sobie. Dla mnie była to szkoła przetrwania. Może to banalne, ale szukałam pozytywów i to pozwoliło mi przetrwać.

Co powtarzałaś sobie w trudnych chwilach?
- Na początku stawałam sobie cel, który był wtedy bardzo odległy. Nie zdawałam sobie nawet sprawy jak bardzo... ale po wypadku miałam małą świadomość tego, co się dzieje. Żyłam bardziej na zasadzie "tu i teraz". Mobilizowała mnie myśl, że będzie dobrze. Nie wiadomo kiedy, ale w jakiejś niedalekiej przyszłości. I ta myśl była motorem do tego, żeby się nie załamywać. Oczywiście, w międzyczasie przychodziły chwile zwątpienia. Powtarzałam sobie, że muszę wytrwać.

- Teraz, co prawda, jest źle, ale to nie potrwa wiecznie. Trzeba się skoncentrować nad tym, co trzeba dziś zrobić. Oddawałam się marzeniom. Mój świat był podzielony na ten realny - bardzo monotonny, trudny do zaakceptowania, ograniczony do bardzo prostych czynności, oraz ten ze snów i marzeń. W tym czasie bardzo dużo spałam i niemal za każdym razem w mojej głowie wyświetlały się bardzo sugestywne obrazy. W snach przeżywałam niesamowite historie. Tam odbywało się moje alternatywne życie. Jak sobie to teraz analizuję, to dochodzę do wniosku, w życiu różne sprawy się rekompensują. Coś jest nam zabrane, coś dane. To jest magiczne.

Co było wtedy twoim celem?
- Stanąć na nogi. Bardzo dużo ćwiczyłam, poddawałam się rehabilitacji. Oddałam się temu bez reszty. A miałam to szczęście, że byłam otoczona cudownymi ludźmi. Docierały też do mnie różne rzeczy. Najpierw - że nie jest to taka łatwa sytuacja. Potem, że się nie poprawia, a później pojawiła się myśl, że być może nigdy nie stanie się to, o czym marzę. Nie będę chodzić. Nie było to dla mnie odkrycie dramatyczne. Kiedy pozwoliłam samej sobie dojść do takiego wniosku, byłam już na takim etapie, że stwierdziłam: "To nie będzie aż takie straszne". Miałam już poukładanych tyle rzeczy, że nie była to dla mnie ogromna strata.

Jak to możliwe?
- Do tej myśli musiałam dojrzeć, zajęło mi to cztery lata. Oczywiście, patrzę w przyszłość z optymizmem, jestem otwarta na możliwość powrotu do chodzenia. Polecam się! Ale jednocześnie jestem realistką. Nauczyłam się funkcjonować w zupełnie innych realiach.

Wypadek sprawił, że czujesz się szczęśliwsza?
- Długo szukałam odpowiedzi na pytanie, dlaczego zdarzył mi się ten wypadek. Rozmawiałam z wieloma osobami, które miały podobne doświadczenia. Wszyscy powiedzieli mi, że, paradoksalnie, zostali w jakiś sposób ubogaceni. Być może w moim przypadku sensem było to, że poznałam siebie? Wszystkie banalne stwierdzenia, że najcenniejszy człowiek rodzi się w bólach, że przyjaciół poznaje się w biedzie, okazały się bardzo prawdziwe. Rzeczywiście jest tak, że za pewną wartość, pewną świadomość trzeba zapłacić. Dzisiaj, czuję się innym człowiekiem. Bardziej wartościowym, lepszym. I, tak, czuję się szczęśliwsza.

Czego dowiedziałaś się sama o sobie?
- Wydawało mi się zawsze, że nie jestem zbyt dobra w działaniu. Że na dzień dobry jestem nastawiona na "nie", że jestem mało wytrwała, jak coś zacznę, to nie skończę. Po wypadku przeniosłam się do innego miasta, musiałam wszystko zorganizować, podjąć szereg bardzo trudnych decyzji. Okazało się, że potrafię być samodzielna. To było wyzwanie - bardzo trudne, ale takie, które trzymało mnie przy życiu. Przez moment byłam skazana na totalne uzależnienie od innych osób. W pewnym momencie miałam tego dość i postanowiłam to radykalnie uciąć.

- Udowodniłam sobie, że jestem dzielna, wytrwała, konsekwentna. Byłam zupełnie poświęcona rehabilitacji. Codziennie przez dwa lata ćwiczyłam przez kilka godzin. Czułam, że jeśli zrobię sobie przerwę, to coś zaniedbam. Odkryłam w sobie cechy, których się nie spodziewałam. Kiedyś byłam bardzo zamknięta, również przez środowisko, w którym się obracałam, trudno nawiązywałam kontakty z ludźmi, podejrzewałam złe intencje. Nagle okazało się, że ludzie do mnie lgną, bo potrafię być otwarta i ciepła. Rzadko się rozczarowuję ludźmi. Coś w tym jest, że nasza dobra energia przyciąga dobrą energię innych.

Dowiedz się więcej na temat: wywiady | Monika Kuszyńska | niepełnosprawność | Varius Manx

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje