Reklama

Reklama

Trwa zamieszanie wokół Ewy Chodakowskiej

Nie widać końca konfliktu Ewy Chodakowskiej z byłymi uczestniczkami jej projektu Ambasadorki. - Dostałyśmy wrogie wiadomości i wykluczenie - mówią kobiety, które współpracowały z trenerką. Chodakowska odbija piłeczkę: - Nie godzę się na wykorzystanie swojego wizerunku do promocji bez mojej zgody.

W projekcie "Ambasadorki" od lata 2019 roku brały udział wybrane przez Ewę Chodakowską fanki. Żeby taką ambasadorką zostać, należało spełnić kilka kryteriów, o których trenerka napisała w poście inaugurującym projekt:

- Należysz do #chodagang - jesteś aktywna, pozytywna, gotowa na wyzwania. Korzystasz z moich materiałów! (treningi na dvd, BeActiveTv, książki). Wspierasz moje działania. Jesteś gotowa motywować swoich obserwatorów do zdrowego stylu życia.

Wybrane osoby mogły używać statusu ambasadorki Ewy Chodakowskiej w swoich mediach społecznościowych. Opatrywały swoje treningi jej nazwiskiem i odpowiednimi hasztagami, polecały też produkty trenerki.

Problem pojawił się wtedy, gdy kobiety, oprócz promowania treningów i produktów Chodakowskiej, zaczęły brać udział w innych przedsięwzięciach sportowych i oznaczać się w konkursach organizowanych przez siłownie oraz robić zdjęcia produktom innych firm.

Trenerka poprosiła je o usunięcie wzmianek o ambasadorstwie, a część kont zablokowała na swoim fanpage'u. Jak uzasadniła, było to podyktowane tworzeniem się niezdrowej atmosfery. Fankom nie spodobało się jednak to działanie, niektóre z nich same zrezygnowały więc z przyznanego wcześniej statusu. Ostatecznie projekt został zamknięty.

Reklama

Byłe ambasadorki są rozgoryczone takim zachowaniem Chodakowskiej. Uważają, że była niesprawiedliwa.

- Dawanie banów, blokowanie? Dla mnie to poziom przedszkola... I teraz jawnie kłamie, że tylko zablokowała osoby, które udostępniły według niej pełne hejtu story Jagody. Nieprawda. Znam kilkanaście dziewczyn, które dostały bana za nic - mówi jedna z fanek trenerki. Tłumaczy też, że ambasadorka, o której mowa "była jedną z największych wizytówek Ewy. Organizowała eventy w Londynie, z Ewą znała się i rozmawiała wielokrotnie".

Po nagłośnieniu konfliktu przez serwis Pudelek.pl, Ewa Chodakowska zamieściła w swoich mediach społecznościowych relację, w której powiedziała m.in.:

- Nawet, jeżeli polecasz sposób, w jaki osiągnęłaś swój cel, ja wciąż nie mam ci nic więcej do zaoferowania. Mogę tylko oficjalnie pogratulować. (...) Zauważ jedną rzecz, dziennie kupujesz różne produkty dostępne na rynku, zaczynając od tych, które ci służą, tobie, twojemu zdrowiu, kończąc na tych, które je niszczą. Te, z których jesteś zadowolona, polecasz dalej. Czy oczekujesz od producentów danego produktu czegoś w zamian? Kotek, dziennie moje produkty poleca w sieci tysiące zadowolonych osób. Ja nie płacę tym osobom. Te osoby nie dostają za to jakichś zniżek, darmowych koszulek. Jedyne, co mogę zrobić, to udostępnić efekty tych osób, ich historie na moim profilu, przedstawiające je tym samym prawie dwumilionowej społeczności. To wszystko, co mogę zrobić.

Fanki i byłe ambasadorki, do których dotarliśmy, te słowa jednak nie przekonują. Przeciwnie, one uważają, że są krzywdzące.

- Mówi ciągle o liczbach, wzrastających followersach, a tak naprawdę dziewczyny nigdy nie potrzebowały atencji oprócz tej od Ewy. Każda robiła to, co robiła, dla siebie i innych dziewczyn, które potrzebowały wsparcia. Nie chciały za to pieniędzy czy dóbr materialnych. One liczyły tylko na uznanie Ewy. A dostały tylko wrogie wiadomości i wykluczenie z czegoś, co tak bardzo kochały - mówi Joanna, jedna z byłych fanek Ewy Chodakowskiej.

Trenerka widzi to inaczej. - Nie będę promować osób, które podpisują się moim nazwiskiem tylko i wyłącznie w celu zaistnienia na mojej tablicy w ramach promocji swojego profilu. Nie będę reklamować osób, które korzystają z rozwiązań, z którymi nie chcę być kojarzona. Ja nie uznaję dróg na skróty. Po żadnych plecach nigdy się nie wspinałam i takich praktyk nie będę tolerować - powiedziała w swojej relacji na Instagramie.

Te słowa szczególnie dotknęły jedną z byłych ambasadorek: - Proszę mi pokazać dowody na to, że jakaś dziewczyna czegoś chciała. To jest nieprawda (...) myśmy dopiero później powiedziały, że tak to powinno wyglądać. A dlaczego? Bo ta pani zaczęła się upominać o swoją część korzyści. Nagle się okazało, że nie możemy promować niczego innego, musimy promować tylko jej rzeczy - powiedziała w relacji, którą zamieściła w swoich mediach społecznościowych.

Inna fanka trenerki również uważa jej słowa za krzywdzące. I zarzuca jej manipulowanie faktami.

- To z Ewy strony nagle pojawiły się oczekiwania i pretensje. Nagle upomniała się o lojalność, o której wcześniej mowy nie było. Bo jak mogło być, skoro ambasadorstwo miało polegać na promowaniu zdrowego stylu życia? Nigdzie nie było ujęte, że jest tylko jedna słuszna droga. Jest to hipokryzja, bo Ewa wielokrotnie zachęcała: idź na rower, pobiegaj, przeplataj to z moimi programami. Nawet na jej nagraniach to jest. A tu nagle mówi, że ambasadorka to tylko ta, co siedzi w domu i zapieprza na macie. Bo jak dołoży rower czy siłownię, to już nie może nią być, bo to nie Ewy efekty. Ja tego naprawdę nie rozumiem - mówi fanka.

Z perspektywy trenerki sprawa jest jednak jasna: - Projekt miał na celu wzajemne promowanie działalności Ambasadorek i mojej. Ambasadorki wśród swoich odbiorców - których grono jest zazwyczaj drastycznie mniejsze - promowały moją działalność, a w zamian za to ich aktywność była promowana wśród ogromnej społeczności moich fanów - napisała Chodakowska w oświadczeniu zamieszczonym w mediach społecznościowych. I wyjaśniła, że nie zakładała żadnych rozliczeń, ponieważ działania promocyjne były korzystne dla wszystkich.

Dodała też, że nie jest prawdą, że zabraniała jedzenia innych produktów i stosowanie innych treningów niż jej. Nie chciała tylko, by ambasadorki te produkty promowały.

- Chodziło jedynie o oczywisty, jak się wydaje, sprzeciw w stosunku do tego, że ktoś w bezpośrednim sąsiedztwie powoływania się na bycie moją Ambasadorką, promuje także inne produkty/usługi. Zdaniem trenerki prowadziło to do podbijania popularności tych produktów, dzięki jej nazwisku.

Jedna z byłych ambasadorek, z którą rozmawialiśmy, zauważa, że do konfliktu mógł się przyczynić brak jasno określonych reguł. - Nie było żadnego regulaminu, a ja o nic się nie upominałam (...) natomiast pani guru upomniała się o lojalność - mówi. Jej zdaniem problemy pojawiały się już na początku projektu. O niektórych na Instagramie informowała sama trenerka. Tłumaczyła m.in. fankom, że zgłoszeń jest tak wiele, że nie nadąża z wybieraniem uczestniczek.

- Żaden ze mnie robot. Zamiast teraz spędzać czas z mężem, wzięłam się za listę ambasadorek - napisała latem 2019 roku. Zapowiedziała również, że do końca roku zostanie wybranych 1000 ambasadorek, a kolejne osoby będą typowane co miesiąc.

Nasze rozmówczynie twierdzą, że skończyło się na zaledwie dwóch turach. - Miały być też organizowane spotkania ambasadorek z Ewą dwa razy w roku, ale nigdy się nie odbyły - mówi jedna z nich. Według niej konsekwencji brakowało również w przypadku konkursów.

- Ludzie zaczęli się buntować i dopytywać. Bo jak jest konkurs i ktoś bierze w nim udział, to znaczy, że chce coś wygrać, a nie, że jest roszczeniowy. Jeśli konkurs jest nierozstrzygnięty, to nie jest fair.

Agentka Ewy Chodakowskiej w rozmowie z nami zaprzecza tym zarzutom:

- Ambasadorki miały być wybrane do końca roku. Spotkanie miało odbyć się ze wszystkimi ambasadorkami i pierwsze jest zaplanowane na 8 marca w Poznaniu. Jedyny konkurs, jaki pozostaje do rozstrzygnięcia to tzw. Łańcuch motywacji, gdzie nagrodą jest spotkanie się z Ewą podczas kolacji. Oczywiście to się wydarzy. Wszystkie pozostałe konkursy zostały rozwiązane - przekonuje.

PAP life
Dowiedz się więcej na temat: Ewa Chodakowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje