Reklama

Reklama

Tymon, który dojrzewa

Tymon Tymański opowiada dlaczego yass nie żyje, a przyjaźnie nie wytrzymują próby czasu. Mówi, że wierzy w miłość, choć jego związki się rozpadają. Rozmawiamy o muzyce, rodzinie, idealizmie i przemijaniu. To nie jest wesoły wywiad...

Agnieszka Łopatowska, INTERIA.PL: Wraz z zespołem The Transistors otworzyłeś 32. edycję Jazz Juniors w Krakowie, festiwalu, dzięki któremu młode zespoły mogą wdrapać się na scenę jazzową, której jesteś jednym z filarów. Takie festiwale pomagają w tym czy przeszkadzają?
Tymon Tymański: Mam bardzo sentymentalny stosunek do Jazz Juniors, ponieważ lat temu bodajże - aż wstyd się przyznać - 16, zdarzyło nam się grać tutaj z Miłością. Pamiętam, że graliśmy przez dwa lata u Leszka Możdżera w mieszkaniu i nagle powstał pomysł, żeby pojawić się na Jazz Juniors z materiałem, który zawarliśmy na pierwszej płycie Miłości, bez nadziei, że ktoś tam zostanie zauważony.

Reklama

Okazało się, że ten establishment jazzowy zauważył przynajmniej Leszka Możdżera i Jacka Oltera i przypadło nam w udziale drugie miejsce, co wiązało się z nagraniem pół godziny muzyki dla Radia Szczecin i docelowo w ogóle dla Polskiego Radia. Wykorzystaliśmy to i zamieniliśmy na godzinę płyty. Powiem szczerze, że mimo, że jakoś niespecjalnie "pałuję się" - jak to się mówi młodzieżowo - festiwalami, to pamiętam Jazz Juniors jako zdarzenie bardzo przyjazne i sympatyczne. Nie ma co się obawiać. Warto w takich akcjach brać udział, chociaż na pewno establishment jazzowy nie jest do końca taki - że się wyrażę - tolerancyjny. I to nie jest do końca miejsce dla ludzi, którzy grają muzykę odmienną.

Na czym polega ta nietolerancja?
Przede wszystkim jest taka zastałość w jazzie polskim, która się bierze - wydaje mi się - ze skostnienia. W latach 60., jak wiadomo, jazz miał się bardzo dobrze. Pamiętamy Komedę czy Muniaka, czy Stańkę, czy Urbaniaka - z takich bardzo ciekawych składów, które wnosiły sporo do muzyki europejskiej. Później lata 70. to Seifert, Stańko, składy typu Laboratorium.

W latach 80. kiedy zastaliśmy jazz jako muzycy nowofalowi czy punkowi, działo się bardzo mało. Jazz wycofał się do sytuacji gastronomicznych, restauracyjnych. Pamiętam takie koncerty w Akwarium, kiedy przyjeżdżaliśmy z Mazzollem czy Trzaską. Trudno było to nazwać takim jazzem przez duże "DŻ" czy "J". Wychowaliśmy się na muzyce bardziej światowej. Owszem, na pewno był tam rock'n'roll wszelkiej maści - od Beatlesów, Stonesów, Kinksów czy The Clash. Swojego czasu też zasłuchaliśmy się bardzo w amerykańską muzykę lat 60. - Coltrane'a czy Davisa. Tego nie było w tym czasie w Polsce. Panował klimat mocno konserwatywno-zapyziały i stąd powstał pomysł na yass i naszą odmienną twórczość w latach 90. Zresztą powstały różne jej muzyczne odnogi, typu muzyka Mazzolla czy Trzaski współczesna, czy nawet składy post-yassowe takie Robotobibok czy Pink Freud, tudzież nawet Contemporary Noise - tu się teraz przyznaję.

Yass żyje?
Yass był pewną formacją, która była społecznie historyczna, podobnie jak ruchy juwenilne typu Fluksus czy futuryści, dadaiści - wykreowane przez ludzi młodych. Bardziej tu chodzi o uwspólnienie zbioru wrażliwości pewnych indywiduów. Później ludzie rzadko się przyznają, że współtworzyli dada czy futuryzm - nie wiem jak na to Max Ernst, Kurt Schwitters czy Dali. Też nie wiem co na to Aleksander Wat, który tworzył ze Sternem i Młodożeńcem futuryzm polski. Ale myślę, że wielu ludzi się odżegnuje od tego, co tworzyli w latach młodości.

Stworzyliśmy yass na modłę jazzu amerykańskiego po to, żeby się natchnąć i zainspirować muzyką, która nie była w Polsce grana wcześniej (była grana w latach 60. oczywiście, ale zaginęła), jako nurt oryginalny i taki domorosły. Na pewno nie był to tylko jazz, stąd też odżegnywaliśmy się od niego, bo były tam wpływy i rocka, i etno, i muzyki elektronicznej, co do dzisiaj zostało jeszcze posunięte. Yass spełnił swą rolę dziejową i przestał istnieć. Pozostały nazwiska, pozostały postaci charyzmatyczne jak Leszek Możdżer, który dzisiaj jest wspaniałym reprezentantem yassu, gra muzykę i klasyczną, i jazzową, a nawet hip-hopową. Dzisiaj już nie potrzeba yassu.

Obejrzyj całość wywiadu z Tymonem w INTERIA.TV

---

Na kolejnej stronie przeczytasz m.in. za co uwielbiają się ci dwaj muzycy i dlaczego Tymon uważa się za rozpadowca, którego kochają bomby atomowe

Leszek Możdżer w wywiadzie dla naszego portalu deklarował, że Cię kocha i uwielbia i że jeśli tylko w Twojej głowie pojawi się myśl, żeby z tobą zagrał, to na pewno zagra. A okazało się, że nie tylko zagra, ale i zaśpiewa - na nowej płycie The Transistors.
Leszek jest wspaniałym człowiekiem i myślę, że to jest jedna z największych przyjaźni, jeżeli chodzi o scenę yassową. Niestety nie mam takich dobrych relacji z Mikołajem Trzaską, który w tej chwili odpłynął w stronę free jazzu z Kenem Vandermarkiem. Bardzo mu kibicuję, nawet mi się śnił ostatnio. Myślę, że to dobra droga, dobry kierunek. Ale Leszek ma taką klasę - nie będę mu tutaj "dupy lizał", bo to nie ma sensu, ale przede wszystkim sprawdza się jako przyjaciel. To jest ważniejsze niż sztuka.

Powiem tylko taką rzecz, prywatnie. Zadzwoniłem do Leszka z propozycją zrobienia akcji dla ludzi, którzy są dotknięci chorobą SM (stwardnienia rozsianego), bo nasz przyjaciel, który projektował płyty Miłości ma taką przypadłość. Leszek odpowiedział, że z przyjemnością w to wejdzie i w każdej chwili z nami zagra taki festiwal. Przy okazji zapytałem go, czy ma ochotę zagrać na nowej płycie The Transistors. Są różne tytuły robocze: "Make better vodka", albo może "Love don't last" (miłość nie trwa) - jeszcze się zastanawiam nad tym, bo takie mam ostatnio przemyślenia. Leszek powiedział: "Stary, kocham cię i z tobą wejdę nawet w gówno". Ta deklaracja była tak wzruszająca, że miałem łezkę w oku.

Lechu jest przyjacielem, który chętnie grał i z Kurami, i z Miłością... Ostatnio mieliśmy bardzo fajny czas, kiedy nagraliśmy film dokumentalny o Miłości. Powstał pomysł, żeby Miłość reaktywować na parę miesięcy. Mamy siedem płyt, które nagraliśmy, może ósma będzie w zanadrzu, może trasa. Myślę, że warto, bo nas łączy ciągle dużo - świeżość i miłość do muzyki. Jesteśmy chętni do eksperymentów, chętnie gramy rzeczy nietypowe. To jest taka komitywa, która przetrwa i z przyjemnością się już na to czaję i zacieram ręce.

Powiedziałeś o nowym tytule, przemyśleniach. Znalazłam na Twoim blogu bardzo smutny i nietypowy dla ciebie wpis - o rozstaniu z Twoją dziewczyną. Pomogło?
Wpis trochę pomógł na pewno. Zastanawiałem się długo co napisać. Ostatnie trzy tygodnie upłynęły pod znakiem rozstania i to takiego poważnego, bo to moja druga wielka miłość życia, może największa nawet, niestety. Nie było mi łatwo o tym pisać, ale pomyślałem sobie, że jest to uczciwe - kiedy piszesz o różnych rzeczach, duperelach typu polityka, muzyka, przyjaźnie (to już ważniejsze rzeczy) dobrze jest napisać o czymś, co się zdarza w życiu. Tym bardziej, że nie miałem nic do powiedzenia w tym momencie. Przez trzy tygodnie nie pisałem nic innego oprócz tego wpisu o miłości, która uległa degradacji.

Najgorsze jest to, że dalej się kochamy. Przeklęta sytuacja, kiedy ludzie, którzy się bardzo kochają muszą się rozstać, ponieważ następuje jakiś desynchron. Może to jest kwestia wieku? Ja jestem osobnikiem 40-letnim, a dziewczyna moja była, Sara, ma lat 23 niecałe i nie mamy tego wspólnego mianownika. Ja chcę założyć rodzinę i o tym marzyłem, Sara ma teraz fazę bardzo "dojrzewaniową". Robi to, czego nie robiła przez całe lata, kiedy była ze mną. Czyli zamiast opiekować się moimi synami, być w domu, sprzątać, nie być sobą, teraz zajmuje się sobą: robi muzykę, ma zespół, gra koncerty, imprezuje. Stąd to rozstanie.

Czuję się jak człowiek po przejściach, rozpadowiec, jak powiedział kiedyś Mikołaj Trzaska: "Tymański, ciebie kochają bomby atomowe, nigdy nie będziesz miał żadnego stałego związku". Nie jest to fajne, bo nie jestem ani alkoholikiem, ani narkomanem, ani nie jestem też "ruchaczem". Kolejne marzenie legło w gruzach, marzenie o rodzinie. Nie jest to w tym momencie, kiedy we wrześniu skończyłem 40 lat zbyt miłe, bo marzyłem, że jednak miłość przetrwa. Zobaczymy, co będzie. W tej chwili mam fazę "randkową" i jest to dość ciekawa sytuacja, ale ból w sercu pozostaje bólem i ciężko mi. Nie jest to przyjemne i wolałem tego nie przeżywać, ale tak się stało.

---

Dlaczego Tymon ciągle podkreśla swój wiek, czy czuje się dojrzały i na co nie zgadza się jego idealizm - przeczytasz na kolejnej stronie

Bardzo często podkreślasz, że jesteś 40-letnim facetem - to był próg dojrzewania, który założyłeś, jakiegoś przejścia?
Lat 40 to jest takie zawieszenie pomiędzy młodością a starością. Nie czuję, żebym był jakoś specjalnie napoczęty zębem przemijania. Zresztą przemijanie jest wrośnięte w nasze życie - jeżeli spojrzysz na związki - czy z facetami, czy zespoły, firmy, kluby - trwają pięć lat, siedem lat, nie są trwałe. Zdarza się, że ludzie są na tyle rozsądni, że po okresie kiedy miłość znika, są w stanie się znowu pojawić - jak Stonesi - znowu ze sobą współpracować. W tej chwili obserwuję to bardziej realistycznie, mniej optymizmu jest w tym wszystkim. Też nie ma pesymizmu. Jestem osobą bardzo pozytywną i nastawioną na afirmację. Kocham ludzi i jestem za tym, by ludzie szukali swoich marzeń, inspirowali się, żeby była misja kulturalna, żeby nie chodziło tylko o chlanie i o dymanie.

Jest taki element przemijania w naszym życiu, który trudniej zauważyć. Jak by to powiedział I-Cing: "subtelne zmiany są naturą rzeczywistości". Nie jest mi łatwo się z tym pogodzić, ponieważ trudno jest przyjąć, że ta zmiana rozpieprza ci dom, życie, związek i jak założysz, że ciągle czekasz, aż będzie zmiana i rozpad, to nie jest budujące. Z drugiej strony takie jest życie, taka jest natura. Pewnie kiedyś umrzemy, przyjdzie nam rozstać się z życiem, z rodzicami swoimi, z miłościami - to taki rodzaj memento mori.

Czuję się osobą bardzo młodą i niedojrzałą. Ciągle mam wrażenie, że nie wiem, ile mam lat - 28, 30? Zostałem na takim etapie życia, że w głowie mam bardzo zielono. Owszem, jestem gotów na związek i na stałe partnerstwo, ale ciągle czuję się kimś nie do końca uformowanym. Może to przez sztukę... Trudno mnie nazwać starcem i mam nadzieję, że tak będzie to trwało.

Jesteś "Piotrusiem Panem"?
Marzenia i latanie są moimi hobby, więc na pewno tak. W tej chwili jest dobrze. Nie mogę powiedzieć, że przeżycia takie minorowe mnie zdominowały na tyle, że czuję jakiś koniec w powietrzu. Trzeba będzie przemyśleć pewne sprawy.

Jeżeli chodzi o pomysły, mam ich cholernie dużo w tej chwili, co się wiąże też z moją pracą, która jest bardzo intensywna. Pracuję w "Łossskocie", gram koncerty, piszę do "Wyborczej", "Dziennika" i do bloga, przy okazji robię film "Polskie gówno", więc wyjątkowo z braku czasu dla siebie zacząłem bardzo dużo tworzyć. Wcześniej nie miałem tego tak często. Pamiętam okres, kiedy robiłem muzykę do "Sztosu" - miałem trzy utwory w ciągu roku w zanadrzu. Ta nadprodukcja to rodzaj strachu przed tym, żeby mnie nie wciągnęła fabryka mojego własnego pomyślunku. Mam pomysły na dwie, trzy płyty Transistorsów, łącznie z "Polskim gównem" i tą płytą z Leszkiem Możdżerem, na nową płytę Miłości i w zanadrzu mam jeszcze pomysł na Yass Ensemble. Może to jest rodzaj bronienia się przed nieistnieniem - nie wiem.

Wolałbym, żeby życie było bardziej poukładane, ale nie jest. Jestem skazany na rozpad. Często i chętnie czytam biografie, żeby się skonfrontować z tym, co inni ludzie, artyści, kiedyś przeżywali. Taka jest prawda, że miłość spotykasz dwa, trzy razy w życiu. Ona nie trwa. Ktoś tam z rzadka ma okazję przeżyć taką miłość do końca życia jak Johnny Cash i jego kochanka - połowica. To są rzeczy wymarzone, ale się zdarzają inne sytuacje. To samo jest z zespołami. Wolałbym trochę stałości w tym życiu zażyć, ale jest jak jest. Mój idealizm się na to nie zgadza, ale z drugiej strony realizm mówi mi: ok. Nie jestem gościem, który promuje chlanie, ćpanie, ruchanie i tak dalej. Wolę wierzyć w idealizm. Jest jak jest i jakoś sobie z tym poradzę.

Uważaj na siebie, te biografie zazwyczaj są krótkie i tragicznie się kończą...
Mam za dużo lat, żeby kończyć depresyjnie. Raczej moje życie przenika duch afirmacji, jestem sportowcem przy okazji - jak tylko mam czas, to chodzę z synami do aquaparku, "pakuję" w domu...

...co widać...
Siłownia w domu jest. To dlatego, że wywodzę się z rodziny sportowej. Jeżeli pomyślisz o tym, co zrobić z życiem, kiedy masz chandrę, kiedy jest ci smutno - jogging czy dbanie o ciało same się nasuwają przez się.

---

Chcesz wiedzieć o co chodzi w filmie "Polskie gówno" i czy będą powody, żeby ktoś się za niego obraził? Przejdź na kolejną stronę, a dowiesz się też jaki plan ma Tymon na ukojenie bólu po rozstaniu

A propos projektu "Polskie gówno", musicalu o polskim show-biznesie na podstawie Twojego scenariusza - jesteście po pierwszych dniach zdjęciowych i co dalej?
Mieliśmy cztery dni zdjęciowe, które były takim przelotem po klubach polskich. Byliśmy w Gdańsku, w Warszawie, w Krakowie (w Pięknym Psie) oraz w Łodzi. W tej chwili kręcimy w hotelach. Bardzo fajna jest to przygoda filmowa.

Pomysł wynikł z mojej kooperacji, przyjaźni z Grzesiem Jankowskim z "Łossskotu" - niespełnionym reżyserem, który zrobił wcześniej "Pegaz" i "Po godzinach". Strasznie sympatyczny facet z Warszawy, który ma ambicje, żeby zadebiutować dobrym filmem. On mnie skatował filmem "Rok diabła", ja go skatowałem z kolei filmem o zespole Spinal Tap. Dogadaliśmy się w połowie drogi. Opowiedziałem mu o moich doświadczeniach trasy koncertowej od 20 lat. Moja trasa nie jest tym samym co trasa Skiby czy Konja, bo nie jestem konferansjerem, Dody czy Wiśniewskiego i nie zdarza mi się mieć groupies na koncertach, jak tym kolegom rzeczonym. Do mnie raczej przychodzą ludzie wykształceni, studenci, ludzie przytomni, oświeceni. Ale zaczerpnąłem anegdot garścią z kieszeni kolegów, którzy "znają życie" i z tego wszystkiego urodził się film.

To historia zespołu, który podróżuje po Polsce, gra koncerty - bez specjalnego powodzenia. Naszym menedżerem jest Grzesiu Halama, który wcielił się w postać Czesława Skandala, byłego komornika z Węgorzewa - co przed nami ukrywa i nie dość, że płaci nam 100 zł za koncert na głowę, to jeszcze przy okazji dyma nasze groupies. To jest pół filmu, drugie pół - kiedy już wyrzucamy Skandala, który się jeszcze pojawi później, to konkurs piosenki futbolowej w telewizji Polwsad, którego reżyserem jest Arek Jakubik z filmu "Wesele". Pojawia się też Sonia Bohosiewicz jako Doda, czyli Trzoda, pojawia się zespół Zombi, czyli Kombi, Janusz Gajos, Konjo, Kazik, Skiba, L.U.C. z zespołu Kanał Audytywny - mnóstwo ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i z reguły są z szołbizem polskim związani, ale w sposób bardzo luźny i refleksyjny.

Kiedy będziemy mogli obejrzeć efekty?
Chcemy skończyć zdjęcia do czerwca. To jest takie moje opus magnum, bo założyłem sobie, że będzie to trzeci, kończący temat triumwiratu "P.O.L.O.V.I.R.U.S" - "Wesele" - "Polskie gówno", trzecie dzieło literacko-filmowe. Oczywiście jest to rzecz złośliwa bardzo, zjadliwa i sowizdrzalska, ale mam nadzieję, że element rubaszny przeważy nad zjadliwością. Nie chciałbym, żeby ludzie kojarzyli to tylko ze złośliwością w stronę szołbizu, bo on pojawia się oczywiście początkowo w tle, pojawia się Feel, pojawia się Doda...

Doda ma całkiem fajną rolę - jest niemądra, jest bezczelna, ale w sumie nawet jest pozytywna. Bardziej się dostało Kombi, powiem szczerze, i Feel'owi. Musiałem to opisać, bo nasz zespół jest po prostu zespołem nieudacznym, głupim. Naszym problemem jest to, że nie kumamy na czym polega szołbiz polski - Halama nas cały czas namawia, żebyśmy śpiewali piosenki o miłości, o dziewczynach, o sprawach, które rozumieją ludzie, to my ciągle lgniemy do sytuacji kosmicznych, przez co nie możemy osiągnąć sukcesu. I go nie osiągniemy nigdy.

Film zamierzamy skończyć w czerwcu, potem będzie montaż i chcemy pojawić się z nim na festiwalu filmów niezależnych w Gdyni. W sektorze niezależnym, ponieważ pewnie z racji tytułu i pewnej nieobyczajowości filmu nie zaistniejemy w nurcie mainstreamowym tego wydarzenia. Chociaż - kto wie?

Każdego dnia operujesz ogromem słów. Są dla ciebie słowa ważne i ważniejsze?
Pewnie, że tak. Jestem osobnikiem wyszczekanym i sprawnym werbalnie. Wydaje mi się, że moja sztuka nie jest cyniczna i zjadliwa do końca. Jeżeli używam czy wulgaryzmów, czy jakiś złośliwych znaczeń, są to sprawy wytłumaczone ideowo. Nie czuję się dekadentem.

Wierzę w miłość. Całe życie wierzyłem w miłość i dalej obstaję przy tym, że jest bardzo ważna. Rodzina, dzieci - to dla mnie sprawy, których nie wyszydzam. Mam dwóch synów, których bardzo kocham i tylko oni mi zostali w tej sytuacji, kiedy rodzina mi się rozpadła, ale synowie są. Jestem jak Kazik, który po każdym koncercie wraca prosto do domu, osobnikiem bardzo rodzinnym. Wierzę w to, że ma sens bycie w związku i rodzina - nie robię z tego żartów w ogóle. Bardziej mój film jest żartem z mojego rozdmuchanego ego. Podobnie jak wyszydzam sytuację Dody, czy Kombi śmieję się z siebie - w tej chwili nieudacznika, który nie radzi sobie z życiem, jest osobą pełną wad.

Co chciałbyś dostać od Mikołaja?
Chciałbym dostać starą dziewczynę na Mikołaja, ale to niemożliwe. Jestem w takim stanie, że przyjedzie mój syn z Dusseldorfu, Lucas, będzie u mnie drugi syn - Kosma. Na pewno będziemy mieli dobry czas. Będziemy zjeżdżali na nartach... Ale gdyby pojawiła się rodzina, to bardzo bym się ucieszył, ponieważ nie chce mi się chlać, ani ginąć, ani ćwiczyć rozpadu. To jest sytuacja, która zaszła już tak głęboko, że nie wiem, czy to jest możliwe, więc nie mam nadziei specjalnej. Nie jestem gotowy na nowy związek, więc będę teraz hodował rozpad i... będę ruchał. (Uśmiech. Sowizdrzalski. Wreszcie - red.)

Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: rozpad | trasa | rzeczy | koncerty | pomysł | film | jazz | miłość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje