Reklama

Reklama

Wrażliwość na wierzchu - rozmowa z Agatą Kuleszą

- Jeśli mam swoje zdanie, coś czuję, robię to, choćbym miała popełnić błąd - mówi Agata Kulesza Jackowi Wakarowi w książce "Zawód: aktor". - Nie powinno się zawsze słuchać starszych aktorów, bo lepiej wiedzą - przekonuje aktorka znana z tego, że nie boi się nawet najtrudniejszych zawodowych wyzwań.

Jacek Wakar: Jak się zaczęła twoja fascynacja aktorstwem, od kiedy wiedziałaś, że będziesz próbować tej drogi?

Agata Kulesza: - Do siódmego roku życia byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem. Jak miałam siedem lat, to zrozumiałam, że muszę zaatakować i potrafię to zrobić...

Co cię przekonało o tym, że potrafisz to zrobić?

- Poczułam, że muszę. Do tej pory siedziałam w kącie i rysowałam. Kiedy poszłam do pierwszej klasy, chyba zorientowałam się, że ten świat mnie zje, jeśli nie wyzwolę w sobie czegoś, co prawdopodobnie mam. Nagle ruszyłam na pozycję lidera. Uaktywnił się też gen występowania, bo sama poszłam do klubu tanecznego w domu kultury na osiedlu. W domu zakładałam trykot gimnastyczny - czarny z czerwoną lamówką. Moi rodzice grali w karty, a ja w przedpokoju stawałam na rękach. Gdzieś z boku, że niby dla siebie to robię, ale... Śpiewałam w chórze Politechniki Szczecińskiej. Gdy byłam w drugiej klasie liceum, chłopak z naszej szkoły dostał się do szkoły teatralnej. Wtedy pomyślałam, że to jest możliwe, i pierwszy raz pojechałam do Warszawy na Miodową na konsultacje. Weszłam do sali, powiedziałam jakiś wiersz. W trzeciej klasie pojechałam na dzień otwarty na PWST i postanowiłam, że zdaję. Jednocześnie złożyłam papiery na germanistykę, bo na aktorski było dwadzieścia pięć osób na jedno miejsce. No i się dostałam.

Reklama

- W szkole teatralnej nic nie wiedziałam, taka zupełna świeżynka. Może dostałam się dlatego, że nie byłam niczym naznaczona, byłam jak plastelina, mogli mnie lepić, jak chcieli. Szkoła to było spełnienie moich marzeń. Nie wiem, czy dobrze wykorzystałam ten czas, ale spotkałam się z wieloma osobowościami. Jestem zdania, że uczelnie artystyczne polegają tylko na inspirowaniu. Doświadczenia nie nauczysz, wrażliwości nie nauczysz, ale możesz pomóc jej wyjść na wierzch. Wiesiek Komasa czy Maja Komorowska to byli moi wykładowcy, mogłam się na nich wściekać, dyskutować z nimi, ale wiem, że mieli na mnie ogromny wpływ. Później, przez lata nauczyłam się wielu rzeczy już w pracy. Przez cztery lata nie nauczysz się tego zawodu, ale to jest świetny poligon doświadczalny.

Miałaś bardzo mocny rok.

- Tak. Kaśka Herman, Dominika Ostałowska, Gośka Kożuchowska, Anka Samusionek, Bartek Opania, Norbert Rakowski, Piotr Kaźmierczak, Andrzej Szeremeta, Kasia Łochowska, nieżyjąca już, niestety, Agnieszka Kotlarska, Jacek Sołtysiak, Zina Kerste. Nie chcę kogoś pominąć...

Lubiliście się, rywalizowaliście?

- Byliśmy zlepkiem bardzo różnych osobowości. Ostatnio mieliśmy spotkanie i mimo upływu lat czuliśmy się przy sobie swobodnie i spokojnie, naprawdę fajnie. Dużo ludzi spośród nas uprawia ten zawód z satysfakcją i uznaniem. Bardzo wielu osobom się udało. Chyba tylko jedna robi coś zupełnie innego. A reszta pracuje, to był bardzo silny rok. Ale muszę znów wspomnieć o profesorach - Wieśku Komasie czy Mai Komorowskiej. Ona jest wzruszająca, czasami do mnie dzwoni i mam poczucie, że cały czas się mną opiekuje. 

Słyszałem, że w szkole byłaś liderką. Zadziorną, ostrą.

- Byłam bezczelna. To chyba taki moment, który każdemu w życiu jest dany. Młodość ma to do siebie, że jest bezczelna. Ale ten zawód jest potem sprawiedliwy, bo każdemu da w ryj. Albo nie spełni twoich oczekiwań, albo spełni je za szybko i masz inne kłopoty życiowe. I mnie życie też tak potraktowało. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem i myślałam, że jak mają mnie zobaczyć, to mnie znajdą, nie będę biegać i dawać im zdjęć. Nie rozumiałam tego rynku. Przez kilka lat grałam dużo w teatrze i byłam zadowolona, ale wszyscy myśleli, że Kulesza ruszy tak jak Gośka Kożuchowska - bardzo ostro. To był też moment mojego dojrzewania. Miałam dwadzieścia trzy lata, gdy zrobiłam dyplom - myślę, że byłam jeszcze dzieckiem. Uwierzyłam, że jestem wyjątkowa, bo się dostałam do tej szkoły... Takie sito, a tu dobrze idzie, chwalą cię. Życie szybko wszystko wyprostowało. Nauczyłam się dobrze pojętej pokory. W szkole co prawda mówiono, że aktor musi być pokorny, ale ja nie do końca podzielam to zdanie. Nie w ten sposób. Owszem, pokora jest potrzebna w tym zawodzie...

Ale szczera, nie fałszywa.

- Szczera i twórcza. Jeśli mam swoje zdanie, coś czuję, robię to, choćbym miała popełnić błąd. Nie powinno się zawsze słuchać starszych aktorów, bo lepiej wiedzą. Może czasem wiedzą, ale dajmy młodym nauczyć się doświadczenia. Bezczelność tworzenia jest czymś przepięknym. Kojarzy mi się ona z dwoma aktorami. Pierwszy to Tomasz Schuchardt, drugi to teraz wschodząca, barwna osobowość - Maciek Musiałowski. Może cię wkurzać, za chwilę świat będzie chciał go utemperować za bycie jak diwa. Ale to jest przepiękne - taka bezczelność. Często do mnie dzwoni, a ja, jak mama, mówię: "Już przestań, obraziłeś się na reżysera" i się śmiejemy. Tak, on też ma bezczelność tworzenia.

A ty zawsze miałaś bezczelność tworzenia?

- Nie zawsze. Na początku miałam wpojoną źle pojętą pokorę, nikogo jednak za to nie obwiniam. Chyba po "Ptaszku Zielonopiórym" w Teatrze Dramatycznym w reżyserii Piotra Cieplaka podszedł do mnie Marek Walczewski i powiedział: "Nareszcie pani, magisterku kochany, wyzbyła się nerwicy wyrzucania z siebie tekstu i dała sobie prawo do pauzy". Zapamiętałam to, i teraz czasami opowiadam młodym, że rola to jest twoja własność. Zbuduj to sobie, masz te klocki. Nie musisz się nikomu podobać, a twój partner nie musi cię lubić. Ta część należy tylko i wyłącznie do mnie. Trwało latami, zanim to zrozumiałam. Miałam odwagę, ale nie miałam bezczelności tworzenia. Teraz mam.

A byłaś skłonna kłócić się o swoją wizję?

- Kiedyś nie, teraz tak. Doświadczenie, które mam, świadomość środków aktorskich, sprawiają, że jestem w stanie długo rozmawiać z reżyserem. Jeśli go nie przekonam, to przynajmniej nagramy również moją wersję.

I sprawdzimy, co lepsze.

- Tak. Teraz mam konieczną do tego asertywność. Bardzo dużo się nauczyłam od Wojtka Smarzowskiego, od Iwony Siekierzyńskiej i od Pawła Pawlikowskiego. Paweł mówi, że ma bardzo duży luksus pracy ze mną, bo ja nie myślę, jak wyglądam, mnie to nie interesuje. Jest operator, są inni fachowcy i jeżeli mam świetnie wyglądać, niech oni nad tym pracują. To nie jest mój problem. Jeśli nie chcecie cieni pod oczami, to zróbcie takie światło, żeby ich nie było. Większość ról dostaję, bo mam twarz normalnego człowieka z ulicy i widz się ze mną identyfikuje. Jestem podobna do zwyczajnego człowieka.

- Największe aktorstwo jest wtedy, kiedy jest ludzkie, a ludzkie jest wtedy, kiedy mamy odwagę pokazać słabość. Szukam słabości w moich bohaterkach i momentu, gdy mogę ją pokazać. Oglądam wiele zagranicznych aktorek i aktorów, ale jest jedna, którą uważam za wybitną. To Michelle Williams - ona się nie boi. "Blue Valentine", "Manchester by the Sea", serial "Fosse/Verdon" - we wszystkim jest wyśmienita i przejmująco ludzka. Jest człowiekiem z krwi i kości. Takich ról nie zbudujesz bez porozumienia z reżyserem. Wojtek Smarzowski ma taką wnikliwość obserwacji, że jak cię zainspiruje, to oddasz mu wszystko. Zharatasz się w lewo, w prawo. Nie wiem, jak on to robi. Cała ekipa zrobi dla niego wszystko także dlatego, że ma wielki szacunek dla drugiego człowieka.

Kwestia zaufania.

- Zaufania, bezpieczeństwa, wyzbycia się wstydu. Moja koleżanka Agnieszka Roszkowska powiedziała kiedyś, że aktor to jest taki człowiek, który ma na ciele dużo różnych blizn. I do roli je rozdrapuje, dokonując operacji na sobie samym. Musisz też wiedzieć, komu oddać coś tak intymnego, swoją wrażliwość, refleksje, przemyślenia. Uczyłam się tanga argentino do rumuńskiego filmu "Parkiet". Uczył mnie Rosjanin Siergiej, raz nam wyszło pięknie przy wszystkich moich brakach technicznych i on mówi tak: "Boh ty moj, ja wiem, po co my się spotkaliśmy, ty rozumiesz tango, ty umiesz tańczyć tango. Tylko pamiętaj, nie pokazuj tego każdemu".

Taniec z gwiazdami wygrałaś.

- To była jedna z najlepszych moich decyzji zawodowych.

Dlaczego?

- Wszyscy się dziwili - Kulesza poszła do takiego show. A to było świetne, lubię tańczyć, płacili mi, nie miałam za dużo pracy, niczego nie ryzykowałam, miałam świetnego nauczyciela Stefana Terrazzina, jest moim przyjacielem do tej pory. Wyjątkowy człowiek, który coś we mnie otworzył. I nagle wygrałam. Ludzie za mną poszli, bo ja uwierzyłam sobie. Instynkt prowadził mnie ku temu, żebym pokazała się ludziom taka, jaka jestem, i oni mnie wzięli. W najmniejszym stopniu się tam nie oszczędzałam. Mieliśmy wtedy próby, pracowaliśmy nad "Borysem Godunowem", pięć godzin treningów tanecznych, potem szłam do teatru. Dzięki "Tańcowi z gwiazdami" zrobiłam sobie nazwisko. Ktoś kiedyś mówił, że Kulesza dobra aktorka, ale za słabe nazwisko, żeby mnie obsadzić. Po "Tańcu z gwiazdami" byłam już dobrym nazwiskiem, bo pół Polski mnie znało z programu. Jednak nie poszłam w stronę komercji. Krótko po "Tańcu..." zrobiłam "Salę samobójców" i "Różę". Ani Wojtkowi Smarzowskiemu, ani Jankowi Komasie nie przeszkadzało, że wygrałam show i jestem znana z tanga, rumby i cha-chy. Miałam szczęście.

To cię ośmieliło?

- Tak, ośmieliło mnie, że mogę sobie zaufać. Stefano mówił: "O, moja drama queen, kroków zapomina, a od razu zaczyna grać". Taniec to nie są tylko kroki, ale emocje. I ja rozumiem taniec emocjonalnie. Ta wygrana utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam iść spokojnie swoją drogą. Nie muszę się popisywać, kreować, ale po prostu iść. Taka, jaka jestem.

Wojciech Smarzowski zebrał stałą ekipę aktorów, ale poza sprawami zawodowymi wasze kontakty są raczej rzadkie.

- W jego filmach dotyka się bardzo intymnych rzeczy. I nawet jeśli się rzadko widzimy, odczuwamy bliskość. Bo bardzo dużo mu oddaliśmy, podobnie jak on nam w tym ciągłym inspirowaniu. Aktorzy bardzo często wyznają mu miłość na planie i to nie tylko kobiety, a również mężczyźni. Jak mówią, wojsko łączy na całe życie. Nie to, że my razem jeździmy na wakacje, grillujemy z Marianem Dziędzielem, Smarzolem, Więckiewiczem i jego rodziną. Nie, absolutnie. Teraz mam z nim kontakt, bo niebawem wchodzimy na plan. A tak od czasu do czasu napiszemy sobie: "Jak tam u ciebie, OK?". "Tak, a u ciebie?". "Też OK". I tyle. (...)

Nie muszę znać się na wszystkim.

- I się nie znam. Nie mogę chodzić do "Śniadania mistrzów" i rozmawiać na tematy polityczne, bo nie mam pojęcia o polityce. I tego pilnowałam. Joasia Kulig z tego powodu co chwilę zmienia numer telefonu. Rozmawiałyśmy o tym i radziłam jej: "Obierz ziemniaki, obejrzyj film o zwierzętach". Trzeba zachować równowagę. Nie można uwierzyć, że jest się wiecznie diwą w szpilkach i sukni wieczorowej. W domu mamy mnóstwo innych ról. Jesteśmy matkami, żonami, kochankami, gospodyniami. Nie można leżeć na kanapie, oglądać filmy ze sobą i zapraszać znajomych: "Zobacz, jak świetnie zagrałam". Śmiejemy się ze Stefano, że jak ktoś prosi, że chce zobaczyć jakiś mój występ w "Tańcu z gwiazdami", pokażę od razu moją cha-chę. Tylko to, bo jestem pełna podziwu dla siebie, że byłam wysportowana, miałam takie mięśnie i byłam taka chuda. A filmy ze swoimi rolami oglądam z reguły raz. (...)

A wasza wyprawa na Oscary, jak patrzysz na to z perspektywy czasu? To było jak wyprawa na Księżyc?

- Byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam, co się dzieje. Wcześniej jeździłam z planu na plan, miałam tylko walizki, które przepakowywałam. Zabierali mnie z miejsca na miejsce, spałam w samochodzie. Teraz sobie nigdy na to nie pozwolę. Byłam wrakiem. I potem Oscary. Pojechałam na czterdzieści osiem godzin, zobaczyłam i wróciłam. Do mnie to wszystko dotarło po dwóch latach, potrafiłam się tym cieszyć. Wcześniej nie.

Ze zmęczenia?

- Tak. Pojechałam, zobaczyłam, że ta impreza jest dosyć długa i męcząca, że właściwie jest tak jak na naszych Orłach, tylko większa sala, więcej ludzi i są tam osoby znane na całym świecie.

Spotkałaś kogoś, kto zrobił na tobie wrażenie? Gdybym zobaczył Ala Pacino na korytarzu...

- Wchodziłam z Patricią Arquette na czerwony dywan. Ethan Hawke przyszedł na śniadanie w hotelu, ale na ceremonii siedziałam na trzecim balkonie. Na dół mogli wejść tylko Paweł Pawlikowski, Ewa Puszczyńska i producent angielski. Zeszłyśmy z Agatą Trzebuchowską na dół do holu, żeby pooglądać gwiazdy. Inny świat, ale to nie są inni ludzie, tylko mają inny rynek. Po dwóch latach tak sobie pomyślałam: "Jezu, dziewczyno, zastanów się, jak mieszkałyście na studiach z Gośką Kożuchowską w wynajętej kawalerce, i tak się zastanawiałyście dla wygłupów, jak to będzie, gdy pojedziecie na Oscary... A ja tam już byłam". To jest wspaniałe, jak John Malkovich mówił do charakteryzatorki: "Uwielbiam rolę Wandy Agaty Kuleszy w Idzie. Nawet kiedyś chciałem do niej zadzwonić". Dla Jima Carreya byłam "Women from Ida", on mnie zna z tego, co zrobiłam. Moja próżność jest nasycona. "Ida" poszła w świat, to dla mnie bardzo miłe, ale tu jest mój rynek pracy, moje miejsce. (...)

Twoje aktorstwo i twoje życie składa się z sumy barw, smaków, odczuć, emocji.

Trochę tak, niewątpliwie jest w tym nieco impresji, które ze sobą współgrają. Tworząc rolę, najpierw analizuję. Ale później zaczynam już to kolorować i używam wszystkiego - spotkań z moimi przyjaciółmi, rozmów, zdań, barw, zapachów. I pęknięć. Pęknięcie w postaci, słabość w postaci, jest dla mnie podstawą. Nasze czasy nie są dobre dla nieśmiałych ludzi. Ja lubię nieśmiałych ludzi. I lubię, gdy nagle widzę moment w rozmowie, kiedy taki człowiek się otworzy. Lubię tę wrażliwość, która jest na wierzchu. W świecie teraz jest to postrzegane jako słabość. A ja uważam, że słabości są czasami największą siłą.

Fragment książki "Zawód: aktor", Jacek Wakar. Wydawnictwo Czerwone i Czarne. Premiera: 14 października 2020 r.

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: Agata Kulesza | aktorstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje