Reklama

Reklama

Wszystko, co mnie kręci!

Z zawodu nauczyciel WF, z powołania satyryk. Pozostawiony pięć minut bez uwagi natychmiast zaczyna o nią zabiegać. SHOW zdradza, kto się na niego obraził za dowcipy i w jakich sprawach... nie ma z nim żartów.


Reklama

Miał pan kiedyś dziewczynę bez poczucia humoru?

Marcin Wójcik: - Ja akurat jestem stały w uczuciach. Magdalenę, moją żonę, poznałem jeszcze w liceum. Cenię jej genialne poczucie humoru i do tej pory nie spotkałem kobiety, która by ją pod tym względem przewyższała.

W domu jest pan taki jak na scenie?

- Mam córkę w wieku szkolnym. Jest naturalnie ukochaną córeczką tatusia, ale kiedy mówię, że musi siadać do lekcji, ona wie, że nie ma żartów. Generalnie fascynuje mnie fakt, że poczucie humoru dziedziczy się w genach. A może Nadia jest dowcipna dlatego, że wychowuje się wśród satyryków?

Czuje się pan czasem zmuszany do bycia śmiesznym na zawołanie?

- Zabawne jest to, że dzwonią do mnie dziennikarze z prośbą o dowcipny komentarz do jakiegoś wydarzenia. Ostatnio poproszono mnie, abym wystąpił w programie informacyjnym i powiedział coś śmiesznego o Święcie Niepodległości. Taki sam pomysł pojawił się przy okazji otwarcia Stadionu Narodowego. Przyznam szczerze: nas satyryków nie trzeba specjalnie zmuszać do bycia śmiesznymi ani do występów. Pozostawieni przez pięć minut bez uwagi, natychmiast zaczynamy o nią zabiegać.

Czyli wciąż ma pan niedosyt rozśmieszania?

- Od zawsze byłem towarzyską małpą. Na wszystkich spotkaniach rodzinnych opowiadałem żarty. Wreszcie ktoś mi doradził, że skoro jestem taki zabawny, to może zacząłbym opowiadać te dowcipy na scenie. No i tak to się zaczęło.

Istnieją tematy, z których pan nie żartuje?

- Nie żartuję z polityków. Przede wszystkim dlatego, że nie chcę im przysparzać jeszcze większej popularności. Poza tym dziś ludzie przychodzą na występ kabaretu z innych pobudek niż w PRL-u. Teraz chcą się oderwać od rzeczywistości i tym samym od polityki.

Żarty Wojewódzkiego pan ceni?

- Jestem pewien, że on dokładnie wiedział, jaka będzie reakcja po wypowiedzi o Ukrainkach i wtykaniu flagi w psie kupy. Znam Kubę na tyle. To były zaplanowane prowokacje.

Satyrykowi wolno więcej?

- Trudno powiedzieć. Z jednej strony status nadwornego błazna może coś usprawiedliwiać. Ale ja uważam, że jeśli mój żart ma kogoś mocno dotknąć, to powinienem się jednak powstrzymać.

Bywało, że ktoś się na pana obraził?

- Nie. Chociaż raz po skeczu o supermarkecie, gdzie występują osoby na wózkach inwalidzkich, pewien mężczyzna zarzucił nam, że wyśmiewamy się z niepełnosprawnych. Natomiast od samych osób jeżdżących na wózkach słyszeliśmy, że ten żart jest super. To chyba jednak polska przywara, że staramy się myśleć za innych.

Jak długo żyje dobry dowcip?

- Podczas dziesięciolecia kabaretu pytaliśmy naszych widzów, które skecze najbardziej lubią. Okazało się, że te najstarsze, na przykład "Król i wieśniak". Dobre żarty się nie nudzą.

Kiedy czuje pan, że wymyślił świetny żart?

- Jeżeli dobrze bawimy się na scenie, wiadomo, że ludziom też się spodoba. Zasada najważniejsza: kiedy nas przestaje śmieszyć jakiś numer, to znaczy, że wychodzi tylnymi drzwiami. Skecz doskonały musi mieć inteligentnie poprowadzoną fabułę i wyrazistych bohaterów osadzonych w konkretnych realiach. Ale najważniejszy jest element zaskoczenia. To właśnie najbardziej mnie kręci w kabarecie.

Czyli dobra puenta?

- Niekoniecznie. Czasami taką samą satysfakcję jak wybuch śmiechu na końcu numeru sprawia mi... "dźwięk niedowierzania", który przechodzi przez salę: takie "ooooooch". Wtedy wiem, że było dobrze.

Pan jest autorem wszystkich tekstów?

- Piszę teksty, które później konsultuję z kolegami. Znamy się na tyle, że gdy konstruuję skecz, to od razu wiem, kto w nim będzie grał. Wiemy, jak publiczność reaguje na Michała, na Waldka i na mnie. Kiedyś próbowaliśmy przełamać ten stereotyp i odwrócić nasze role. Bo proszę zauważyć, że Michał zawsze gra postaci słabsze ode mnie, takich wariatów. Kiedyś zagraliśmy jeden skecz na odwrót. I ludzie nie reagowali tak, jak się tego spodziewaliśmy. Kiedy wróciliśmy do sprawdzonej konwencji, skecz zaczął znowu "hulać".

Co ludzi śmieszy najbardziej?

- Nie ma łatwej odpowiedzi na to pytanie. Zrobiliśmy kiedyś eksperyment. Michał przez 30 sekund stał na scenie i nie robił absolutnie nic. A ludzie autentycznie się z niego śmiali.

Wymarzona sytuacja dla komika na scenie?

- Uwielbiam, kiedy ktoś coś do mnie krzyczy z widowni, a ja daję się wciągnąć w rozmowę z nim. Kocham improwizacje.

Żarty ze sceny przenoszą się do waszego prawdziwego życia?

- Raczej jest odwrotnie: to żarty z życia przenoszą się na scenę (śmiech).

Ma pan czasem taką czarną wizję: budzi się pan rano i okazuje się, że... stracił poczucie humoru.

- Wtedy chyba mógłbym zostać striptizerem. Bo jeszcze rozbierać się umiem (śmiech). Albo zawodowym golfistą (Marcin jest jednym z najlepszych golfistów wśród polskich gwiazd, przyp. red.). Z zawodu jestem nauczycielem, więc coś bym wymyślił.

Oskar Maya

SHOW 1/2013

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Wójcik | kabaret | Kabaret Ani Mru Mru

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje