Reklama

Reklama

Żałoba i jak dalej...

Żałoba, jeśli będzie odpowiednio wykorzystana, może przynieść dużo korzyści dotkniętemu nią człowiekowi - przekonuje Katarzyna Kamińska, psycholog, założycielka grupy wsparcia dla osób w żałobie działającej przy Centrum Pomocy Psychologicznej Verbum w Katowicach.

Czy - z punktu widzenia psychologa - powinniśmy opłakiwać zmarłych?

Katarzyna Kamińska: Zdecydowanie tak, choć niekoniecznie dosłownie. Nie chodzi o prawdziwy płacz, lecz o pewien stan, który nazywamy żałobą, a który trzeba przeżyć, by negatywne emocje - niewyrażone we właściwym czasie - nie wróciły kiedyś ze zdwojoną siłą. Tymczasem ludzie często próbują ten etap ominąć, nie chcą myśleć o stracie, starają się odizolować od niej i od swojego bólu. Ale to nie działa. Za ileś lat w podobnej sytuacji będzie im znacznie trudniej.

Reklama

Jeśli się nie przeżyje żałoby, ona wraca. Uczuciom żalu, smutku czy rozpaczy trzeba dać ujście, nie wolno ich blokować. Niewyrażone emocje mogą zamienić się na objawy cielesne, jako że uczucia są pewną energią, która gdzieś musi się objawić. Charakterystyczne jest na przykład, że wiele osób, które nie potrafiły płakać na pogrzebie bliskiej osoby, wpada później w stany lękowe, z których trudno je wyciągnąć. Dlatego bardzo pożyteczną instytucją były niegdyś płaczki, które lamentowały wprawdzie zawodowo i zarobkowo, ale dzięki nim także rodzina zmarłego mogła swobodnie wyrazić swój ból. Dziś panuje raczej tendencja do ukrywania uczuć i zdarza się, że nawet rodzice nie pozwalają dzieciom płakać po stracie bliskiej im osoby. To jest wielki błąd.

Jak długo powinna trwać żałoba?

Nie da się określić jakiegoś średniego czasu, który powinien upłynąć, by można było powiedzieć, że człowiek przeżył żałobę. Czas żałoby zależy od tego kogo straciliśmy, w jakich byliśmy z nim relacjach, a także od okoliczności w jakich odszedł. Inna jest żałoba po kimś, kto umiera na nieuleczalną chorobę w hospicjum, inna po osobie nagle ginącej w wypadku, jeszcze inna po samobójcy. Inna jest żałoba współmałżonka po śmierci męża czy żony, inna rodziców po śmierci dziecka, inna młodego człowieka po śmierci któregoś z rodziców. Generalnie jednak czas wychodzenia z żałoby zależy przede wszystkim od dwóch czynników: struktury osobowości danego człowieka i rodzaju śmierci jaki dotknął jego bliskiego. Są osoby posiadające dobrze rozwinięte mechanizmy radzenia sobie ze stratą i one potrzebują pomocy tylko na samym początku. A są i takie, którym pomoże dopiero roczna praca w grupie wsparcia lub podczas terapii indywidualnej.

Na czym polega praca w grupie wsparcia?

Przede wszystkim na rozmowie, ale tak ukierunkowanej, by przerobić z uczestnikami pewne procedury umożliwiające im załatwienie z ich zmarłymi wszystkich niedokończonych spraw. Najczęściej pracujemy nad wybaczaniem, bo okazuje się, że z wszystkich negatywnych uczuć najsilniej "trzyma" poczucie winy - że się kogoś skrzywdziło, że ktoś skrzywdził nas. Takie nieprzebaczone sprawy najsilniej wiążą ze zmarłym, nie pozwalając normalnie funkcjonować nawet przez wiele lat.

W popularnych poradnikach można wyczytać radę, że aby uwolnić się od pretensji i żalów do kogoś, kogo już nie ma, należy napisać do niego list, w którym się to wszystko z siebie wyrzuci.

Może być list, może być "rozmowa" ze zmarłym. Ja sama też czasem radzę, by ktoś poszedł na cmentarz i powiedział zmarłemu to wszystko, czego nie zdążył, albo o czym bał się powiedzieć za życia. To dobry sposób i może być skuteczny, jeśli jest to zrobione w odpowiednim czasie. No i trzeba dokładnie wiedzieć, co się chce komuś wybaczyć. A ludzie często są tak zamotani w swoich emocjach, że nie potrafią nazwać tego, co ich boli. Temu właśnie, m.in. służą spotkania w grupie wsparcia.

Podobnie zachęcam do takich rozmów ze zmarłym, jeśli ktoś bardzo go kochał i mocno cierpi po jego odejściu. Wiele osób kultywuje obecność zmarłego, zachowuje jego ubrania, urządzenie pokoju, stwarza pozory dalszej jego obecności. W pierwszym okresie to może pomóc, trzeba jednak czuwać, by ta żałoba nie stała się sposobem na życie. Bywają ludzie tak uczepieni swej żałoby, że świadomie nie chcą z niej wyjść. To jeden z najtrudniejszych przypadków dla psychologa.

Czy grupa wsparcia zawsze daje skuteczną pomoc osobie pogrążonej w żałobie?

Grupa to bardzo prosta metoda i często skuteczna, bo ludziom łatwiej jest uwierzyć w siebie, gdy widzą, że inni borykają się z takim samym problemem, a jednak z niego wychodzą. Ale oczywiście nie jest to jedyna forma pracy z osobami w żałobie. Gdy po wstępnej konsultacji stwierdzam, że dana osoba nie kwalifikuje się na grupę, prowadzę z nią terapię indywidualną.

Czy grupy są jednorodne - osobne dla ludzi tracących współmałżonków, dla rodziców tracących dziecko, itd.?

Niestety nie, nie mam takich możliwości organizacyjnych i finansowych, lecz wciąż myślę jak do tego doprowadzić. Takie grupy istnieją w ośrodkach zachodnich, z którymi mam kontakt i na których doświadczeniach w dużej mierze się opieram. Niedługo wyjeżdżam do Anglii, gdzie istnieją wspaniałe programy dla grup wsparcia skupiających rodziny samobójców. Praca z takimi ludźmi powinna być zupełnie inna, bo samobójca w rodzinie stwarza jej członkom problem psychiczny z niczym nieporównywalny. Grupy jednorodne mają też oczywiście swoje minusy, ale pozwalają uniknąć pewnych rodzajów konfliktów. Kiedyś np. jedna pani nakrzyczała na drugą, że ta jej nigdy nie zrozumie, bo ona straciła dziecko, podczas gdy tamta "tylko" męża. I rzeczywiście, specyfika pracy z takimi osobami jest inna, podobnie jak z całymi małżeństwami, w których umarło dziecko. Tam często zaczynają się sypać więzi między małżonkami i okres żałoby służy głównie temu, by uratować ich własny związek. To oczywiście tylko przykłady, bo w tej materii nie ma reguł. Nawet w stosunkowo jednorodnej grupie, jaka powstała kiedyś samoistnie, bo zgłosiły się do niej głównie panie, które straciły mężów, obserwowałam skrajnie różne reakcje. Jedna chciała od razu popełnić samobójstwo, druga wpadła w apatię i nie chciała niczego w ogóle, a trzecia popadła w gorączkową aktywność, bo postanowiła nauczyć się wszystkiego, co robił mąż i przejąć wszystkie jego role.

Mówi pani głównie o kobietach. Mężczyźni nie korzystają z pomocy takich grup wsparcia?

Są w zdecydowanej mniejszości. Przynajmniej u nas, bo na Zachodzie te proporcje są bardziej wyrównane. Mam znajomego w Kanadzie, który prowadzi nawet grupę wyłącznie dla mężczyzn. To jest krok w dobrą stronę, bowiem mężczyźni generalnie w ogóle nie radzą sobie z żałobą. To jest sfera uczuć, a tu znacznie lepiej poruszają się kobiety. Panom częściej potrzebna byłaby profesjonalna pomoc, ale w naszym społeczeństwie nie ma tradycji korzystania z pomocy psychologa, a już w odniesieniu do mężczyzn to dopiero "orka na ugorze".

Co jest takiego fascynującego w żałobie, że poświęciła jej pani swoje życie zawodowe?

Moim zdaniem żałoba to bardzo ciekawy okres w życiu człowieka. To jest czas niesamowitej szansy. Trochę jak choroba, która zawsze prowokuje pytanie: czego ma mnie to doświadczenie nauczyć, po co spotkało właśnie mnie? Żałoba, jeśli będzie odpowiednio wykorzystana, może przynieść dużo korzyści dotkniętemu nią człowiekowi. Wiele osób właśnie wtedy odnajduje siebie. Zaczyna odpowiadać sobie na pytania: kim jestem, co ja tutaj robię, jaki jest sens mojego dalszego życia? Od kilku lat przyglądam się ludziom, z którymi idę ten kawałek drogi razem i potem widzę, jak wychodzą na pełne słońce. Kiedyś jedna pani powiedziała mi znamienne słowa: "Kiedyś byłam żoną swojego męża. Teraz uczę się być sobą". To jest bardzo optymistyczne.

Rozmawiała: Agata Rauba

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje